Jerzy Łukaszewski: Jak się buduje państwo

urząd2015-11-20.

[dropcap]N[/dropcap]ie, ja znów nie o polityce, a o historii. Tej, z której można by się nieco nauczyć, ale nikomu się nie chce.

Rozumiem, że lekcje historii dla dzieci koncentrują się wokół konika i szabelki, bo to i do wyobraźni przemawia i łatwiej zapamiętuje się obrazek, ale już np. starszej młodzieży można by zaserwować jej wersję może mniej kolorową, za to bardziej prawdziwą. Nic to, że „przyziemną”, ale przynajmniej dającą jakie takie pojęcie, jak to drzewiej bywało. I dziś być powinno.

Powstanie styczniowe? Ależ to proste – wredny Wielopolski, branka, lud w odwecie powstał, ksiądz Ściegienny  i już.

Tak to mniej więcej wygląda w ujęciu testowym.

Czego można się z tego nauczyć? Ano tego, że jak coś nam za bardzo doskwiera, to  „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele i – jakoś to będzie !” („Pan Tadeusz”, Zaścianek)

Trzeba przyznać, że ten model polityki i dziś ma swoich wyznawców, a postępujący według niego zyskują sobie zwolenników, co wychodzi potem w dość żałosnych wynikach głosowania.

A jeśli zasada jest prosta i przynosi efekty, to po co ją zmieniać?

Nie wiem, może po to, by na wsiadaniu na koń się sprawa nie kończyła? Ot, taka fanaberia.

Kiedy Juliusz Machulski nakręcił swój „Szwadron” posypały się na jego głowę gromy ze strony prawdziwych patridiotów, którzy oskarżali go o „fałszowanie historii” (to chyba miał być dowcip), o „kalanie świętości” i tym podobne bezeceństwa, a żydowski chłopiec – jedyny, który miał odwagę przyznać się głośno do „wyśnionej Polski” rozdrażnił sumienia widzów tak bardzo, że do dziś pozostały na nich swędzące krosty nie dającego się upchać w szafie wstydu.

Może więc lepiej, że nie uczy się ich prawdziwej historii, bo wysypka mogłaby przerwać granice ich sumień i wyleźć na wierzch nawet w miejscach intymnych?

Poza tym jakże nudne byłoby wysłuchiwanie na lekcji, że przygotowania do powstania trwały od dawna, co najmniej od roku 1860, a niektóre wzmianki z firm przewozowych w Gdańsku (Makowski, Kendzior & Co) świadczyłyby, że jeszcze wcześniej, że trwała organizacja „siatki narodowej” we wszystkich zaborach i już latem 1862 wszystkie części dawnej Rzeczpospolitej zgłosiły swą gotowość do działania, że każda miała przypisaną rolę i zakres działania, że na uczelniach niemieckich i austriackich od roku 1861 polskie organizacje studenckie  szykowały się do czynu, by już po wybuchu czynnie wesprzeć narodowy zryw itd.

Cóż dopiero, gdybyśmy zaczęli mówić o szczegółach. Kto by to wytrzymał?

Po takim „szczepieniu” patridioci przyznaliby Machulskiemu tytuł „reżysera narodowego” i postawiliby mu pomnik, jako sławiącemu czyn zbrojny Narodu, a księża modliliby się za niego jako obrońcę wytartości… znaczy – wartości.

Prawda bywa nudna, czasami do bólu nudna.

Okazuje się bowiem, że powstanie nie wybuchło „nagle” i nie było tak bardzo „nieprzygotowane” jak się na ogół sądzi.

Poprzedziła je mrówcza praca ludzi, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli stali się czymś w rodzaju urzędników przyszłego, wolnego państwa i w pocie czoła przygotowywali jego kształt pozwalający na przedsiębranie czegokolwiek.

Powoli, z mozołem budowali państwo.

Daje to też odpowiedź na pytanie: dlaczego powstanie wybuchło tylko w Królestwie Polskim, a w innych zaborach nie? Bo tak to wykoncypowano. Zamiast  robić raban wszędzie od razu i z miejsca zostać otoczonym pierścieniem wrogów, rozpoczęto od Rosji pozostawiając sobie drogę ew. ewakuacji w kierunku zachodnim. Pozostałe zabory póki co miały pełnić rolę korytarza, którymi do powstania szli ludzie, pieniądze i dostawy broni z zagranicy. I to działało.

Po pierwsze – biorąc za podstawę dawna mapę Rzeczpospolitej podzielili ją na województwa, powiaty i okręgi. Rząd Narodowy zobowiązany był do stworzenia w każdej z tych cząstek sieci działaczy dla realizacji stojących przed nim celów. I tak robił. Zajęło to co najmniej ok. dwóch lat.

Czego potrzeba przyszłemu państwu? Odpowiedź zależy od odpowiadającego. Pomijając jednak wszystko co wzniosłe i szlachetne, a co dziś wybija się na plan pierwszy w opowiadaniach pseudohistorycznych, każdemu państwu, także nowopowstającemu potrzeba pieniędzy. Przede wszystkim pieniędzy.

Pamiętnik Juliana Łukaszewskiego nie pozostawia pod tym względem najmniejszych wątpliwości. Jego korespondencja jako Komisarza Pełnomocnego na Prusy Zachodnie (później na cały zabór pruski), to w 80% sprawy finansowe. Wykaz potrzeb, sprawozdania z wydatków, relacje z zakupów, tabelki (!) z wykazami zebranych składek itd. Ze strony Rządu narodowego tony pretensji o nieścisłości, niejasności w dokumentach, wyjaśnianie najmniejszych nawet drobiazgów, ustalanie procedur pobierania i rozliczania pieniędzy. Wzniosłych słów tam niewiele.

Czytając to człowiek ma wrażenie, że powstaniem kierowali księgowi.

Ale taka jest prawda. Powołani przez Rząd Narodowy urzędnicy zachowywali się tak, jak w normalnych czasach zachowują się państwowe urzędy. Może to i mało romantyczne, ale za to bardziej optymistyczne, kiedy widzi się tę mozolną robotę tysięcy nikomu nie znanych i nie uwiecznianych na obrazach ludzi, którzy swoją drobiazgową dociekliwością, czasem pewnie złoszczącą co bardziej krewkich, stwarzali fakty. Stwarzali poczucie istnienia Polski w dość powszechnym odbiorze, poczucie funkcjonowania prawdziwego organizmu państwowego ze wszystkimi tego funkcjonowania niedogodnościami.

Okazuje się też, że to co funkcjonowało najsłabiej to powstańcza wierchuszka złożona w dużej mierze z ludzi myślących wciąż kategoriami I Rzeczpospolitej, wrażliwa na każde wyniesienie kogoś innego, przeżarta ambicjami, które potrafiły dać obraz bardziej kabaretowy, niż heroiczny, co w podręcznikach zwykle jest „skorygowane”.

Przykład: Ludwik Mierosławski, człowiek niewątpliwie zasłużony, w czasie powstania styczniowego dał popis dość niezwykły. Uważany za wybitnego wojskowego (nie do końca wiadomo dlaczego) i sam tę legendę skrzętnie podtrzymujący uznał się (tak to należy określić) za naczelnego wodza powstania. Rząd Narodowy miał wprawdzie inne plany, ale jak to powiedzieć takiemu człowiekowi?

W pospiesznej korespondencji uzgodniono, że Mierosławski może objąć komendę nad całością wojsk pod warunkiem, że … pojawi się w Polsce. „Wódz” bowiem dopominał się tej nominacji bawiąc w Paryżu.

Zaproponowano kompromis, według. którego miał być Mierosławski wodzem sił polskich za granicą, ale też stawiano warunek jego przybycia do kraju. Pojawił się z nielicznym oddziałem, z marszu przegrał dwie potyczki, co go na tyle sfrustrowało, że postanowił wrócić do Paryża, po drodze oprotestowując postępek Langiewicza (kolejny kandydat na wodza) i nadal żądając od RN uznawania go za naczelnego powstańca. Absurd? Komedia? Jeszcze nie cała.

Korespondencyjna dyskusja z RN trwała od stycznia do listopada 1863 czyli przez większość czasu trwania walk. Wyobraźcie sobie idiotyczność tej sytuacji. Powstanie trwa, ludzie walczą, prowadzone przez zastępy anonimowych ludzi państwo polskie działa, a gość siedzący w Paryżu, który poza powoływaniem się na bliżej nieokreślone zasługi prowadzi dyskurs polityczny mający na celu jedynie zaspokojenie własnych ambicji.

Problem polegał na tym, że RN w ogóle z nim dyskutował. A nie powinien. To jednak dopiero po powstaniu styczniowym zdano sobie sprawę, że opierając się na hałaśliwej, acz mało produktywnej emigracji polskiej niczego się nie osiągnie. To powstanie styczniowe było właściwym grobem I Rzeczpospolitej w sensie mentalnym.

Co potrafili ci bezimienni urzędnicy? Właściwie wszystko.

Zawsze mnie ciekawiła sprawa organizacji dostaw broni, ponieważ jak świat światem oręż i handel nim zawsze znajdował się pod czujnym okiem państw.

Tymczasem do powstania przetransportowano ok. 80 tys. sztuk karabinów, tony prochu, patronów i kapiszonów przy czym według. Juliana Łukaszewskiego bywała to broń najnowocześniejsza z istniejących w tym 18 strzałowe amerykańskie sztucery. Jak ci „cisi bohaterowie” załatwiali takie rzeczy?

Wyjaśnienie dał prof. Goddeeris z uniwersytetu w Leuven, zajmujący się historią Polski, a współpracujący m.in. z KUL (jedna z jego belgijskich studentek obroniła kilka lat temu pracę magisterską na temat powstania styczniowego).

Otóż rzecz była „prosta”. Belgijscy rzemieślnicy mieli państwowe zezwolenie na sprzedaż swoich wyrobów Amerykanom (trwała właśnie wojna secesyjna), a także na sprowadzanie ich wyrobów do Europy. Nietrudno zgadnąć, że część tych wyrobów łącznie z oryginalnymi papierami trafiła nie nad brzegi Missisipi, a nad Wisłę. Pracowała nad tym cała siatka „urzędników”, nieznanych nikomu z imienia (no, może poza Aleksandrem Guttrym i samym Julianem), pracowała intensywnie i ochoczo, będąc nękana wymaganiami swoich kolegów w kraju o rachunki, potwierdzenia, wykazy, dowody wypłat itp. Funkcjonowała ta siatka ponad dwa lata.

Jaki z tego wniosek? Ano taki, że w działaniu państwa na ogół istotna jest wspomniana rzesza małych ludzi pracujących każdy na swoim odcinku, wykonujących „nudną” pracę codzienną, bez której „wodzom” pozostałaby jedynie wspomniana wyżej korespondencja kompletnie wyabstrahowana z rzeczywistości, pisanie odezw i apeli w tonie tyleż wzniosłym co absurdalnym.

Bez trudu można wykazać, że niepowodzenia nawet niezłych pomysłów wzięły się stąd, że ich wykonanie powierzano niekompetentnym urzędnikom i odwrotnie – czasem tacy jak oni ratowali państwo przed niedowarzonymi pomysłami wodzów.

Tych ci zaś u nas dostatek. Teraz i zawsze, jak mawia patron naszych obecnych władz.

A więc – „nie lękajcie się…” Kto to powiedział?

Ja proponuję: pracujcie.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. hazelhard 2015-11-20
  2. j.Luk 2015-11-20
    • Medieval 2015-11-23
      • j.Luk 2015-11-24
  3. slawek 2015-11-20
  4. Woziwoda 2015-11-21
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com