Jerzy Łukaszewski: Pozdrowienia z Berlina9 min czytania

()

2015-11-25.

Taki jak w tytule napis na pocztówce z widoczkiem to nic szczególnego. Miliony takich codziennie przemierzają przestrzeń od nadawcy do odbiorcy.

Bywa jednak, że zestawienie życzeń z przysłanym obrazkiem pobudzi do śmiechu, czasem złośliwości.

Wyobrażacie sobie państwo odbiorcę, który otrzymuje kartkę z widokiem na berliński Criminal und Gerichtsgebäude Moabit opatrzoną napisem „Pozdrowienia z Berlina”? Przecież to się aż prosi o złośliwe komentarze.

A cóż dopiero gdy widoczek w połączeniu z napisem kojarzy nam się z jakimś konkretnym wydarzeniem i nagle okazuje się, że one wyjątkowo do siebie pasują?

Taki przykład z naszej historii.

W budynku tym o przepysznej architekturze odbywał się od lipca do grudnia 1864 roku proces 149 Polaków oskarżonych z §§ 60 i 66 o zbrodnię stanu, czyli czyn zagrożony najwyższym wymiarem kary.

Oskarżeni, to Polacy prowadzący działalność wspierającą powstanie styczniowe w najrozmaitszy sposób, prócz trzech wszyscy będący obywatelami państwa pruskiego.

No i od razu pierwszy dylemat: dlaczego Prusy oskarżały ludzi, którzy wspierali walkę z Rosją i groziły im aż takimi karami?

Odpowiedź jest nader prosta: polityka.

Kiedy pod koniec stycznia 1863 roku wybuchło powstanie w zaborze rosyjskim, w tempie wręcz błyskawicznym, na początku lutego  Bismarck zawarł z Rosją układ o zwalczaniu powstania przy użyciu wszelkich sił i środków.

No tak, ale co to wszystko może obchodzić sąd, który ma rozpatrywać winę ludzi, którzy myślą, słowem i uczynkiem nie zwrócili się przeciw pruskiemu państwu i nie złamali pruskiego prawa? No, prawie nie złamali, bo od biedy dałoby się ich pociągnąć do odpowiedzialności za naruszenie przepisów celnych w związku z przemytem np. broni. To jednak zupełnie inna kategoria niż zbrodnia stanu.

A Prusy były, co by o nich złego nie powiedzieć, państwem prawa.

W związku z tym sąd miał prawdziwy dylemat. Z jednej strony odmowa postawienia Polaków przed trybunałem mogłaby zaszkodzić interesom politycznym państwa, bo Rosja niewątpliwie nie zrozumiałaby prawniczych zastrzeżeń, a z drugiej sędziowie zdawali sobie sprawę z absurdalności oskarżenia.

Jak z tego wybrnąć?

Rozpoczęto więc proces tak kuriozalny, że same ciekawostki go dotyczące mogłyby wypełnić sporą książkę (niewykluczone, że wypełnią).

To, że proces był „ustawiony” widać było gołym okiem. Jakoś tak się złożyło, że pierwszych 11 oskarżonych (byli w akcie oskarżenia ponumerowani) kilka miesięcy później zostało skazanych na karę śmierci. Na dodatek byli to akurat ci oskarżeni, których na sali rozpraw … nie było. Cała jedenastka przebywała za granicą i nie widziała powodów, by się na proces stawić.

Oczywiście, są ludzie, którzy lubią wierzyć w przypadki, ale…

Ze względu na dużą liczbę podsądnych, którzy wraz z publicznością nie zmieściliby się w żadnej sali w Moabicie, na jednym z dziedzińców wybudowano kosztem 6 tys. talarów prowizoryczną szopę.

To ta, na miejscu której pobudowano stałą Schulhausschuppen (lewy dziedziniec na szkicu).

Koszty budowy okażą się istotne na końcu.

Pierwszą ciekawostką było to, że na sali spotkała się „grupka znajomych”, a mianowicie 9 podsądnych i dwóch sędziów ze składu, którzy mieli wątpliwą przyjemność odbyć już takową sesję w roku 1847. O ew. kordialnych powitaniach sprawozdania milczą.

Drugą, ważniejszą było to, że do obrony oskarżonych adwokaci zgłosili się sami! I to nie byle jacy adwokaci, ale wybitni niemieccy prawnicy, prawdziwe autorytety z sławnym naonczas w Berlinie prof. Gneistem.

Dlaczego?

Ano dlatego, by zaprotestować przeciw odbywaniu się tego procesu w ogóle. Swoją obecnością pragnęli dać wyraz dezaprobaty wobec mieszania prawa w sprawy aktualnej polityki, co w ich opinii musiało prowadzić do jego naginania, bądź wręcz łamania, a to z kolei groziło wpadnięciu państwa w chaos prawny szkodzący wszystkim bez wyjątku jego obywatelom.

Adwokat Lens w swej tyradzie kwestionował zasadność oskarżenia

„… zamiar Rządu Narodowego warszawskiego wcale nas nie obchodzi (a na te zbrodnicze zamiary powoływano się w akcie oskarżenia ( przyp. mój), trzeba każdemu obżałowanemu z osobna dowieść o co się go posądza i sprzeciwiamy się temu, by kłaść intencje rządu warszawskiego na kark wszystkich obżałowanych. Niniejszy proces ma dwie osobliwości – 1) poczytują obżałowanym ich myśl za zbrodnię lub chcą karać za zbrodnie innych i ich zamiary, 2) – nie zważa się wcale na autentyczność dokumentów i każdy świstek uważa się za dowód.”

Przypominam – te słowa padły w roku 1864.

Jeszcze jedna ciekawostka. Dla prasy przeznaczono jedynie 5 miejsc, ale ponieważ wymagała tego przyzwoitość, jedno otrzymała znienawidzona przez Niemców chełmińska gazeta „Nadwiślanin” sama będąc oskarżana o antyniemiecką działalność. Uznano, że odmówić jej prawa do sprawozdań z procesu byłoby wbrew dobrym obyczajom.

No a potem się zaczęło.

Ze strony obwinionych sąd otrzymał zmasowany ostrzał wniosków formalnych i porządkowych, którymi chcąc nie chcąc musiał się zająć. Wymagało tego prawo.

Pan Królikowski, dyrektor żeglugi wiślanej z Warszawy zażądał prawa do wysłuchiwania aktu oskarżenia na sali, ale w łóżku, ponieważ czuje się niezdrów.

Nie podobała się oskarżonym szopa, która była zbudowana niedbale i przez szpary wiał wiatr, co groziło przeziębieniem się, w celach panował zaduch (lipiec), akustyka była tak słaba, że nie słychać było dobrze sędziów, no i ci tłumacze…

Pomimo, iż niektórzy z obecnych legitymowali się dyplomami ukończenia niemieckich uczelni, na procesie jak jeden mąż … zapomnieli niemieckiego.

Rad nie rad, sąd musiał nakazać tłumaczenie 2200 stron aktu oskarżenia na polski, do którego to tłumaczenia podsądni znów zgłaszali uwagi.

Do tego brak zgody (wymagano zgody!) oskarżonych na niektórych tłumaczy symultanicznych, do których „nie mieli zaufania”.

Jeden z najbardziej aktywnych uczestników konspiracji pomorskiej, wyjątkowo rozrywkowy człowiek, Leon Czarliński zażądał od sądu … urlopu, ponieważ zamierzał podreperować nadwątlone zdrowie w Karlsbadzie!

Możecie państwo wierzyć, lub nie, ale dokumenty świadczą, że taką zgodę otrzymał.

Oskarżony o zbrodnię stanu jedzie do wód – czyż nie piękny widok?

Potem za jego przykładem poszli inni i w rezultacie w grudniu w więzieniu siedziało zaledwie 30 osób, reszta albo powynajmowała sobie mieszkania w Berlinie, albo wręcz pojechała do domu (zbliżały się Święta) i tam oczekiwała wieści o wyroku.

Kilku więźniów uciekło. Przedtem starannie przygotowali i sprawdzili „kanały przerzutowe”. Szczególnie jedna taka próba warta jest zapamiętania.

Hrabina Działyńska bardzo musiała się zdziwić, gdy otrzymała przez posłańca list od nieznanego sobie pana Rusteyki z prośbą o … bieliznę.

Mimo to jako kobieta odznaczająca się empatią, wysłała żądaną bieliznę do więzienia.

Wtedy to ów Rusteyko przysłał drugi list z przeprosinami, ponieważ nie sądził, że pierwsza kartka w ogóle do hrabiny dotrze, a on tylko chciał sprawdzić lewy kanał korespondencyjny.

Jednym z powodów takiej pobłażliwości sędziów była absurdalność samego oskarżenia w stosunku do obowiązującego prawa, z drugiej beznadziejna jakość dowodów zgromadzonych przez policję, która to policja sterowana przez polityków, a nie znająca się na takiej robocie, rzeczywiście przesłała do Berlina stosy chłamu, nie nadającego się do niczego. Żadnego porządnego oskarżenia nie dało się na tej podstawie sklecić.

Świadkowie i donosiciele gremialnie zmieniali zeznania tak pod wpływem przymusu sądowej przysięgi, jak i ostracyzmu w miejscu zamieszkania, kilku policjantów wręcz przyznało się do fałszowania dowodów na polecenie przełożonych.

Oskarżeni przyjęli jedyną logiczną w tej sytuacji linię obrony. Najkrócej powiedział to na sali płk Callier. „Przeciw Prusom nie zawiniłem wcale, przeciw Moskwie zawiniłem bardzo”.

Sęk w tym, że pruski kodeks karny nie przewidywał pociągania do odpowiedzialności za czyny przeciwko państwom trzecim.

Cóż miał robić biedny sąd? Zapytać Salomona?

Zapytał. I wydał wyroki.

11 oskarżonych, którzy byli  na procesie nieobecni zostało skazanych na karę śmierci. Wyegzekwować wyrok było niemożliwością, ale za to pruscy politycy mogli pochwalić się Rosji, że dotrzymali umowy i że „zapadły surowe wyroki”.

Reszta otrzymała wyroki od pół do dwóch lat z zaliczeniem czasu śledztwa, tak że kilka dni po procesie w więzieniu zostało jedynie trzech oskarżonych, nie będących pruskimi obywatelami, co do których była wątpliwość czy nie wydać ich władzom rosyjskim. Ostatecznie tego nie zrobiono.

Wilk cały i owca syta – można by powiedzieć. Politycy mieli co chcieli i prawo zostało … no właśnie… uszanowane?

Niemieccy prawnicy nie mieli wątpliwości. Prawo zostało splamione samym faktem odbycia procesu. Mowa obrończa prof. Gneista, będąca w gruncie rzeczy mową oskarżycielską pod adresem polityków została wydrukowana w ogromnym jak na owe czasy nakładzie 80 tys. egzemplarzy!

Życie dopisało tej historii zakończenie, którego nie wymyśliłby chyba najlepszy scenarzysta.

Po procesie szopa, w której się odbywał stała się zbędna. Sprzedano ją na przetargu za 2 tys. talarów. Te brakujące 4 tys. można zapisać jako koszt fanaberii polityków (nie licząc ogromnych – 300 000 kosztów sądowych).

Niejako symbolem całej tej hucpy był jednak nabywca owej szopy. Nie mniej ni więcej tylko dyrektor … berlińskiego teatru marionetek!

Czy takie historie czegoś uczą? Nie mam pojęcia, ale chyba powinny.

Na studiach prawniczych jest przedmiot „Historia państwa i prawa”. Myślę, że wystarczyłoby, aby studenci znali na pamięć szczegóły owego berlińskiego procesu, by wyrośli z nich godni następcy prof. Gneista i jego kolegów.

Bardzo by się nam przydali.

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

8 komentarzy

  1. A. Goryński 26.11.2015
  2. j.Luk 26.11.2015
    • A. Goryński 26.11.2015
      • A. Goryński 26.11.2015
  3. Magog 26.11.2015
    • A. Goryński 26.11.2015
  4. narciarz2 26.11.2015
  5. ZJC 30.11.2015