-
Faszyzm. Mit zinstrumentalizowany
Oto, co znaczy etymologia i związana z nią „prawdomówność” języka. Fascinātor – ten, kto urzeka, czaruje. Fascinus – członek męski (fallus). Fasciō – wiązać, obwiązywać. Fascis – wiązka, pęk (faszyna). Wiązkę rózeg nieśli liktorzy przed najwyższymi władcami dla oznaczenia ich władzy. Czyli: charyzmatyczny, uosabiający samą męskość przywódca, który wiąże, skupia wokół siebie zbiorowość uznającą jego władzę – to kwintesencja faszyzmu. Gdyby odwołać się do prawa rzymskiego, do Digesta Iustiniani, trzeba by członków takiej zbiorowości uznać za niewolników; taki jest bowiem w rzymskiej wykładni status każdego, kto podlega arbitralnej władzy.
W wielu opracowaniach wskazuje się na charakterystyczne właściwości tego systemu. Jest dyktaturą. Opiera gospodarkę na urzędniczych dyrektywach. Poprzez społeczną inżynierię – propagandę, zideologizowaną kulturę, cenzurę prewencyjną – trwale mobilizuje masy. Odwołuje się do pierwiastków irracjonalnych – mistyki narodu, ziemi, krwi łączącej z rasą (stąd opozycja: My – Obcy). Instrumentalizuje świadomie wywołane lęki. Sakralizuje wodza urzeczywistniającego konieczności dziejowe i wolę Opatrzności („Gott mit uns”). Nakazuje działania wyzbyte pułapek intelektualizmu i samowiedzy moralnej (czyn, akcje bezpośrednie). Dąży do stworzenia nowej klasy rządzącej. Wzmacnia znaczenie silnego aparatu wojskowego i policyjnego. Joseph Goebbels tak oto określał zadania mediów: „Idea i tym samym egzystencja prasy polega po prostu tylko na tym, że stanie się ona środkiem do wychowania i prowadzenia narodu w służbie państwa. Stanie się ona tym samym środkiem walki i oddziałem bojowym w rękach kierownictwa w walce o pozyskanie duszy poszczególnych obywateli i towarzyszy partyjnych”. Adolf Hitler zamawia u Leni Riefenstahl filmy gloryfikujące idee NSDAP (Triumf woli, 1934). Zakazana jest twórczość „zdegenerowana”, osłabiająca ducha walki. Siłę ducha wyrażał marsz, a nie improwizacja jazzowa; durowa rześkość – nie przygnębiający moll; wzorce figuratywne, nie zaś malarska abstrakcja; piękno cielesnej tężyzny, nie zaś erotyka czyniąca z człowieka ofiarę pożądań i uczuć.
Podstawową figurą faszystowskiej struktury jest dyktator – wódz, władca charyzmatyczny. Opisuje go Roger Caillois w eseju pt. Władza charyzmatyczna (w: Żywioł i ład, 1973): „Nie podlega on żadnej kontroli. Władzę zawdzięcza względom, jakimi darzy go lud; podstawą władzy jest urzeczenie, z jakim wodza przyjmuje społeczeństwo. Wybrany przez aklamację, wódz taki utrzymuje się dzięki entuzjazmowi, jakim lud go darzy, a który on sam starannie podsyca. Wódz rządzi samowolnie, a uchodzi za kogoś, kto ucieleśnia losy danej grupy, za jej mistycznego wyraziciela. Ten rodzaj władzy jest znamienny dla społeczeństwa w ruchu, to jest dla stowarzyszenia ludzi zjednoczonych pewnym wspólnym celem, do którego dążą”. Francuski myśliciel odnosi swe uwagi do jednej z najbardziej wyrazistych personifikacji władcy charyzmatycznego, do Adolfa Hitlera. Dodaje jednak, że ten typ przywódczy bynajmniej nie zaniknął – odgrywa wciąż istotną rolę w życiu współczesnych partii politycznych. Bez trudu można dziś znaleźć stosowne egzemplifikacje, partię, „[…] w której obowiązuje surowa dyscyplina idąca w parze z absolutną wiernością wobec przywódcy partii, partię, której wmawia się, że jest powołana do wielkich dzieł. […] Nie toleruje się żadnej odmiany pluralizmu. Nawet obojętność wobec systemu staje się czymś podejrzanym: jeśli ktoś trzyma się na uboczu, dowodzi, że jest wrogiem”.
Ernst Cassirer – znany niemiecki (urodzony we Wrocławiu) neokantysta i badacz form symbolicznych, od 1933 roku chroniący się przed faszyzmem na emigracji – jeszcze podczas trwania II wojny światowej pisał o jej mentalnych źródłach, o zwycięstwie w Niemczech narodowego socjalizmu (nazizmu) przy całkowitej bierności i indolencji umysłowej weimarskich elit intelektualnych. „Towarzyszyło im przekonanie, że całe życie społeczne i polityczne uzależnione jest wyłącznie od warunków ekonomicznych. Wychodząc z takiego założenia czynili desperackie wysiłki celem polepszenia sytuacji ekonomicznej mas oraz uniknięcia niebezpieczeństwa inflacji i bezrobocia. Jednocześnie ich trzeźwy, empiryczny, »rzeczowy« sposób myślenia i wydawania sądów pozostawał ślepy na wybuchową moc mitów politycznych”. Rychło okazało się, że ówczesna „ciepła woda w kranie” połączona z jałowością aksjologiczną nie wytrzymuje konfrontacji z najbardziej paskudnymi mitami, przystosowanymi do konkretnych potrzeb i celów politycznych.
Obecność mitu w kulturze, twierdzi Leszek Kołakowski, wyrasta z doświadczenia kruchości, czasowości i przypadkowości istnienia. W ten sposób człowiek „[…] unika zgody na świat przypadkowy, wyczerpujący się każdorazowo w swej nietrwałej sytuacji, która jest tym, czym jest teraz, i do niczego nie odsyła”. Mit zaspokaja „realną potrzebę oswajania świata doświadczenia przez jego rozumiejąca interpretację, odnoszącą go do nie uwarunkowanego bytu”. Wprowadza w świat sens, porządek, celowość. Ta uniwersalna, utrwalona w kulturze mądrość została w Niemczech Hitlera ożywiona i przysposobiona na rozkaz przywódców politycznych tak, by zakorzeniać się w świadomości (i podświadomości) mas. Cassirer: „Mit przestał być wolną i spontaniczną grą wyobraźni. Ujęto go w zasady i zorganizowano, przystosowano do potrzeb polityków i użyto do konkretnych politycznych celów”. Powtarzająca się w mitologiach idea kozła ofiarnego (opisał ją George Frazer w Złotej gałęzi) zostaje przez nazistów odniesiona do Żydów. Wyzwalane w ten sposób najbardziej nikczemne instynkty zyskiwały status uniwersalnych konieczności i cnót patriotycznych. Szczególnie przydatna dla ideologicznych manipulantów okazywała się aktywna postać mitu, jaką jest – oparty na posłuszeństwie i ścisłym respektowaniu zasad – rytuał, obrzęd o charakterze zbliżonym do kultu religijnego. Może nim być wiec, pochód czy miting wyborczy.
-
Naród. Masa
W antycznej Grecji przeciwstawiano liczbę pojedynczą i mnogą uznając, że właściwa bytowość przynależy bytom indywidualnym. Naród jest zbiorem (agregatem) jednostek, podobnie jak las jest zbiorem drzew. Odwrócenie tej relacji, czyli prymat całości nad częścią, oznacza totalizm społeczny w klarowny sposób wyrażony przez Włodzimierza Majakowskiego („Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”). Victor Klemperer w języku nazistowskiej propagandy (Linqua Tertii Imperii – język III Rzeszy) widział źródło zaniku poczuć osobowych: „Ty jesteś niczym, twój naród jest wszystkim […]. LTI zmierza do całkowitego pozbawienia jednostki jej indywidualnej istoty, do uczynienia z niej bezmyślnej i powolnej sztuki w stadzie, które się pędzi w dowolnym kierunku, atomu w toczącym się kamiennym bloku”.
Adam Zagajewski zalążki podobnego zagrożenia dostrzegał w masowym ruchu Solidarności, czemu dał wyraz w głośnym eseju Solidarność i samotność (1983). Wyjaśniał: „[…] Wcale nie chcę odwrócić się od zbiorowości, coraz bardziej jednak pociąga mnie inne jej pojmowanie. […] Składa się ona bowiem z ludzi pojedynczych, samotnych […], którzy, jeżeli pochłania ich takie czy inne poszukiwanie duchowe, nie muszą doprawdy sprawdzać co chwila, czy przypadkiem nie zerwał się postronek, łączący ich z resztą społeczności”. Ewa Szumańska w tym samym okresie (1983) wspomina sierpień`80 pozbawiony kolektywistycznych zagrożeń: „Niezapomniane ulice tamtych dni. Wtedy po raz pierwszy dostrzegłam na nich ludzi, pojedyncze twarze, spojrzenia, tłum nagle rozpadł się na jednostki”. I jeszcze jedna wypowiedź, także z 1983 roku, Andrzeja Kijowskiego, który pisze o szczególnej antynomii widocznej w polskiej świadomości. „Wizja jedności. To jest podstawowy rys polskiej utopii. Rys paradoksalny: polskie umiłowanie wolności idzie w parze z pewną niechęcią do pluralizmu, albowiem w odmienności poglądów czy wierzeń Polacy instynktownie dopatrują się zdrady. Polacy chcą być wolni i jednomyślni; ten paradoks wyjaśniały kiedyś instytucje szlacheckiej rzeczpospolitej i one zapewne ją zgubiły. W istocie bowiem nie jest to ideał polityczny, lecz religijny, a figurą jego jest Kościół – nie państwo. […] Utopia polska jest rodzajem egzorcyzmu: rojąc złoty sen o narodzie wolnym i jednolitym jak dawne Koło Rycerskie, skupionym w swych instytucjach politycznych i religijnych jak pod wspólnym namiotem, Polacy wypędzają ze swego wnętrza demony zdrady, prowokacji, przekupstwa, dezinformacji, wszystkie demony swej historii politycznej i chronią się w głąb historii idealnej, mitycznej, świętej”.
Naród zdepersonalizowany staje się masą. W 1930 roku José Ortega y Gasset publikuje pracę, która powstaje w wyniku napawających go grozą obserwacji zjawisk związanych z wejściem na scenę wielkich, anonimowych rzesz społecznych. Praca nosi tytuł Bunt mas i – podobnie jak prace Karen Horney o społecznym neurotyzmie – z czasem zaczęła nabierać coraz większej aktualności. Owszem, Ortega y Gasset odróżnia masę od zbiorowisk określanych jako tłum, tłuszcza czy gawiedź (ma na względzie jakąkolwiek tyranizującą elity większość), lecz w jego opisach łatwo dostrzec cechy charakterystyczne właśnie dla motłochu. Bunt mas, to początek ochlokracji. Masy zdobywają pełnię władzy we wszystkich dziedzinach życia społecznego: „[…] współczesny człowiek masowy jest faktycznym prymitywem, który bocznymi drzwiami wśliznął się na starą i szacowną scenę cywilizacji”. Udało mu się to z jednego w gruncie rzeczy powodu: poczuł się bezpieczny i zwolniony od odpowiedzialności; zyskał pewność, że świat jest na tyle prosty, że poradzi sobie w nim bez trudu kształcenia się, oraz bez rad ludzi wykształconych. „Masy zhardziały w stosunku do mniejszości; nie są im posłuszne, nie naśladują ich ani nie szanują; raczej wprost przeciwnie, odsuwają je na bok i zajmują ich miejsce”.
Można wskazać trzy rodzaje norm określających ludzkie postępowanie: naturalistyczne, aksjologiczne i statystyczne. Naturalista stara się poznać siebie i żyć zgodnie z tym, co wynika z tej wiedzy. Aksjologista – przeciwnie – nie zgadza się na siebie, dąży do wartości, których w sobie nie znajduje. Umasowieni ludzie kierują się trzecią normą, statystyczną, która wyznacza to co średnie, przeciętne, dominujące ilościowo. „Umysły przeciętne i banalne – czytamy w Buncie mas – wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają dziś czelność domagać się prawa do bycia przeciętnymi i banalnymi i do narzucania tych cech wszystkim innym”. W taki sposób kształtuje się kanon społecznej psychiatrii, opartej na zaimku MY i identyfikującej normalność z typowością oraz swojością. Nienormalna jest jakakolwiek inność – synonim świata nieczytelnego, zbyt złożonego, nieprzyswajalnego, wymykającego się spod kontroli. „Masa – pisze Ortega y Gasset – miażdży na swej drodze wszystko to, co jest inne, indywidualne, szczególne i wybrane. Kto nie jest taki sam jak wszyscy, kto nie myśli tak samo jak wszyscy, naraża się na ryzyko eliminacji”.
Ogłuszający zgiełk motłochu w państwach totalitarnych świadczy o epidemii, której oprzeć się mogą nieliczni. Willy Brandt po dojściu do władzy Hitlera emigruje do Norwegii (1933), potem do Szwecji. Tomasz Mann w 1933 roku podejmuje decyzję o pozostaniu za granicą, w Szwajcarii. Marlena Dietrich opowiada się przeciwko III Rzeszy i występuje na frontach dla amerykańskich żołnierzy. Niemieckiej epidemii nie wygasiła encyklika Piusa XI Mit brannender Sorge (Z palącą troską) – jedyna opublikowana w języku niemieckim 14 marca 1937 roku i odczytana tydzień później w tamtejszych kościołach. Potępia bałwochwalstwo, jakim jest ubóstwianie rasy, narodu, ustroju, państwa i przedstawicieli władzy (II, 12). Siedemdziesięcioletni Tomasz Mann, w trakcie wykładu, jaki wygłosił w waszyngtońskiej Library of Congress w maju 1945 roku, wspomniał o przedwojennych Niemczech, do których nie chciał wracać; o kraju, „[…] gdzie słowo »międzynarodowy« od dawna już stało się obelgą, a pełen buty prowincjonalizm stwarzał złą, zatęchłą atmosferę”. I o niemieckim narodzie, który szukał wolności zewnętrznej, będąc zniewolony wewnętrznie. „Naród, który nie jest wewnętrznie wolny i sam za siebie odpowiedzialny, nie zasługuje na wolność zewnętrzną; nie może mieć o wolności nic do powiedzenia”.
-
Było?
Friedrich Meinecke, niemiecki historyk, wydawca i redaktor „Historische Zeitschrift”, tuż po wojnie zastanawiał się, czy przeżyta dopiero co tragedia może się powtórzyć (Czy hitleryzm ma przyszłość?, 1946). „Czy hitleryzm, jakkolwiek teraz pokonany, w końcu jednak, dzięki demagogicznej wyższości swej metody opanowywania mas, mógłby jeszcze stać się panującą formą życia na Zachodzie?”. Na pytanie to odpowiada przecząco. To, że „spółce przestępców” z „osobowością demoniczną” na czele udało się zniewolić na kilkanaście lat niemiecki naród i wmówić mu, że realizuje wielką „ideę”, było zdaniem autora sytuacją wyjątkową i jednorazową.
Bardzo chciałbym podzielać ten pogląd, jednak powstrzymują mnie przed tym zjawiska, jakie obserwuję na co dzień. Timothy Snyder (Czarna ziemia – Holokaust jako ostrzeżenie) pisał o Austrii, której obywatele natychmiast po przyłączeniu do III Rzeszy ujawnili niewidoczne dotąd (nieobecne? skrywane?) stany mentalne świadczące o tym, że można łatwo, nieomal z dnia na dzień, zainfekować się faszyzmem, jeśli tylko pojawią się sprzyjające warunki. Pal licho polityka, który w polskim sejmie mówi o wyższości dobra narodu nad prawem. Jeśli jednak czytam o polskim duchownym chrześcijańskim, który wykrzykuje słowa mówiące o tym, że „Jesteśmy kościołem walczącym, jesteśmy wojownikami wielkiej Polski” i skanduje „Duma, duma, narodowa duma” – ogarnia mnie bezradność. To są przecież słowa, które byłyby jak najbardziej na miejscu w Zadrudze Jana Stachniuka, antykatolickiej i nacjonalistycznej organizacji mającej jednoczyć Słowian i przywracać ich pierwotne wierzenia. Nie oceniam Zadrugi, mówię o wykluczaniu się obu tych, chrześcijańskiego i nacjonalistycznego, systemów wartości.
Niepojęte wydają mi się też odwołania chrześcijan do patriotycznych normatywów Romana Dmowskiego, który w Myślach nowoczesnego Polaka pisał, że podstawą patriotyzmu ma być „[…] niezależny od woli jednostki związek moralny z narodem, związek sprawiający, że jednostka zrośnięta przez pokolenia ze swoim narodem, w pewnej, szerokiej sferze czynów nie ma wolnej woli, ale musi być posłuszną woli zbiorowej narodu, wszystkich jego pokoleń, wyrażającej się w odziedziczonych instynktach. Na tych przede wszystkim instynktach opiera się właśnie etyka narodowa”. Człowiek – osoba podobna Bogu i obdarowana wolnością – ma postępować niezależnie od swej woli?
Renzo de Felice (Interpretacje faszyzmu, 1976) pisze, że faszyzm pojawia się wtedy, gdy widoczny jest kryzys tradycyjnych wartości, a także tam, gdzie podważana jest prawomocność systemu parlamentarnego i demokratycznego podziału władz. Powaby faszyzmu nie straciły na sile. Hamed Abdel-Samad, były członek Bractwa Muzułmańskiego, pisze (Moje pożegnanie z niebem) o faszystowskich cechach radykalnego islamu (przekonanie o własnej wyższości i prawie do panowania nad światem, hierarchiczna organizacja z nieomylnym przywódcą na czele, pogarda dla „niewiernych”, wrogość do idei humanitarnych itp.). Prof. Piotr Balcerowicz (filozof, orientalista) mówi o zwycięstwie ideologicznym uosabiającego powyższe cechy Państwa Islamskiego: jego obecność i terror, jaki sieje, powodują rozkwit w Europie podobnego myślenia. „[…] za sprawą PI Europejczycy stają się ksenofobami, będą głosować na partie populistyczne, narodowosocjalistyczne, mówiące o podziale dóbr, o kontroli państwa nad koncernami, dążące do scentralizowania władzy, podporządkowania systemu sprawiedliwości politykom. Mamy już taką oś Ankara – Budapeszt – Warszawa, ale to dopiero początek”.
Andrzej C. Leszczyński



Ja wiem, że to cytat powtarzany do znudzenia, ale nie mogę od niego uciec, tym bardziej, że mimo tego powtarzania, kompletnie na ludzi nie działa: „Bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika (…) nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście”.