Na zdrowy rozum to właśnie wynika z samej istoty systemu demokratycznego jeśli za podstawę rozumowania weźmiemy jego formę czystą, nie uwzględniając lokalnych tradycji i naleciałości.
Jeśli polityka jest grą interesów i znajdowaniem sposobów ich godzenia i realizacji, to przecież pytaniem naturalnym jest: czyich? Równie oczywista jest odpowiedź: naszych. Nas wszystkich.
Wprawdzie Bronisław Pawlik w podobnej sytuacji zapytał Jana Kobuszewskiego z niedowierzaniem: „nie za dużo trochę?”, ale system demokratyczny nie ma wyjścia. Musi tak działać jeśli chce pozostać sobą. Stąd zresztą biorą się wszystkie jego niedomagania, braki, ułomności, a często i czasowa niemoc wobec świeżo zaistniałych problemów.
Niestety, forma czysta występuje jedynie w podręcznikach politologii, bo to co widzimy w życiu codziennym, to są właśnie te lokalne odmiany skażone zwyczajem, tradycją, drogą historyczną konkretnego społeczeństwa, a bywa, że i ideami wmówionymi ludziom przez charyzmatyczne jednostki.
Przyjęło się uważać, że polska tradycja każe obywatelowi traktować władzę jako kogoś z definicji wrogiego tzw. zwykłemu człowiekowi, nie mającego z nim żadnego w zasadzie związku, nieomal kosmitę, który nie sprawuje władzy ani w jego imieniu, ani w jego interesie. Zwykle przytacza się jako powód tego stanu rzeczy zabory, komunę itd., co wg niektórych załatwia sprawę i nie zmusza do dalszego zastanawiania się nad nią.
Wzajemna obcość między ludźmi zawodowo parającymi się polityką, a obywatelem widoczna jest także dziś, gdy wbrew oczekiwaniom wielu wciąż mówiąc o tych pierwszych określamy ich jako „onych”. Oni to, oni tamto itd.
To zresztą działa w obie strony. Aż za często widzimy, że nasz dobry znajomy, z którym wypiliśmy beczkę soli, po wejściu w świat polityki nagle zaczyna się zmieniać, inaczej nas traktować, inaczej mówić, myśleć i w końcu nie wiemy czy nadal jest naszym znajomym.
Oczywiście, nie zdarza się to na szczęście w każdym przypadku, ale wystarczająco często, by zapracować na pozór reguły, bądź tylko mit o jej istnieniu, który działa na wyobraźnie wszystkich obywateli.
Podtrzymują go niezrozumiałe często dla obywateli decyzje podejmowane przez polityków, ze zdrowym rozsądkiem nie mające wiele wspólnego, choć podejmujący je ludzie w fazie bycia naszymi znajomymi wydawali się być ludźmi chodzącymi po ziemi.
Polityczne trzęsienia ziemi przychodzą gdy drastycznie zmniejsza się ilość decyzji dla obywatela zrozumiałych i o możliwej interpretacji dowodzącej, że podjęto je w jego interesie.
Jeszcze gorzej, gdy zwiększa się ilość decyzji, których obrona wymaga definiowania owego interesu przez kogoś innego, niż sam obywatel.
Obywatel jest wyjątkowo oporny i nie chce uwierzyć w definicję własnego interesu, którą nie on skonstruował.
No i wtedy właśnie następuje wymiana ekipy rządzącej, co w systemie demokratycznym wiąże się z nieuzasadnioną niczym wiarą, że ci nowi będą mniej „onymi”, niż ich poprzednicy.
Ta wzajemna obcość powoduje konsekwencje w postaci coraz mniejszego angażowania się obywatela w politykę „bo i tak ONI zrobią co chcą” bez względu na to czego my chcemy, „oni” zaś nie czując na plecach naszego oddechu przestają rozumieć czego chcemy i tak dokoła Wojtek.
Czy to musi trwać wiecznie?
Nie, sposoby zmiany tego mechanizmu są znane od wieków, ale dziwnym trafem niewykorzystywane. Z pytaniem „dlaczego” należałoby zwrócić się do psychologa, póki to nie nastąpi musimy zadowolić się odpowiedziami uproszczonymi.
Najprostszym i najbardziej oczywistym sposobem naprawy istniejącego w Polsce systemu jest aktywność obywatelska. Takie to proste, że aż … nie do zastosowania.
Nawet nie pytając sąsiada jesteśmy w stanie znaleźć od ręki ze sto powodów, dla których nie możemy zwiększyć swojej aktywności, a wszystkie tak doskonale tłumaczące naszą społeczno polityczną bierność, że każdy pod tym względem może poczuć się „bohaterem we własnym domu”.
Ta bierność niewątpliwie ma przynajmniej część swoich źródeł w strachu przed odpowiedzialnością, nawet jeśli to tylko odpowiedzialność przed samym sobą.
Normalny zdrowy człowiek nie czuje się dobrze z myślą, że coś zrobił źle, że podjął złą decyzję, że zgodził się na popełnienie błędu przez kogoś innego. O ileż wygodniej mieć „onego”, który jest odpowiedzialny za wszystko zło, które nam się przytrafia. To część naszej, czasem nieuświadamianej, higieny psychicznej niezbędnej do codziennego funkcjonowania.
Higieny fałszywie pojmowanej, bo przypominającej smarowanie się kremem zmieniającym się w kwas siarkowy pod wpływem promieni słonecznych i w związku z tym uniemożliwiającym nam wychodzenie z domu. Higieny będącej w gruncie rzeczy samoograniczeniem się we własnych prawach obywatelskich w imię źle pojętej specjalizacji zajęć wewnątrz społeczeństwa i złudnego poczucia niewinności, które to poczucie uzależnia silniej, niż hasz i amfa razem wzięte.
W tej sytuacji mamy więc do wyboru: albo cedujemy dobrowolnie obowiązki dbania o nasz interes na kogoś innego, albo pilnujemy go sami.
W pierwszym przypadku byłoby logiczne, gdybyśmy nie obciążali go pretensjami o źle wykonana pracę, w drugim przyjęli tę odpowiedzialność na siebie.
Polska praktyka polityczna zna „trzecią drogę” – cedowanie obowiązków z zachowaniem prawa do pretensji.
Nie muszę chyba tłumaczyć jakie są konsekwencje takiego wyboru. Każdy widzi je co dnia.
Można zaryzykować twierdzenie, że współczesne polskie partie polityczne są rodzajem związków zawodowych stworzonych przez ludzi, na których scedowaliśmy wspomniane obowiązki, a którzy starają się jak najlepiej zabezpieczyć przed naszymi pretensjami. Działa to stosunkowo prosto. Np. wybrany przez nas poseł zawsze może twierdzić, że on chciał inaczej, ale koledzy z innych okręgów go przegłosowali. Lub że obecnie partia zdecydowała o innej kolejności priorytetów, ze trzeba poczekać itd. Ew. wskaże innych „onych”, którzy za wszystko są odpowiedzialni. To najpopularniejsze ostatnio wyjaśnienie.
Efekt łatwy do przewidzenia: ktoś okradł piwnicę, pobił sąsiada, naciągnął na kasę, a wszyscy w 100% niewinni. Wyrok ziewa z nudów, jest na trwałym systemowym bezrobociu. Wnioski na przyszłość upajają się „Arizoną”.
Tylko czy obywatelowi coś to daje?
Owszem, przez jakiś czas można go mamić faktem niszczenia politycznych przeciwników, „rozliczaniem” i innymi igrzyskami, ale prędzej czy później przyjdzie czas gdy to nie wystarczy.
Wtedy nastąpi trzęsienie ziemi, po którym … wszystko zacznie się od nowa i to dokładnie wg tego samego schematu.
Skład osobowy ekipy występującej w kolejnej odsłonie dramatu nie ma żadnego znaczenia.
Polski obywatel potrafi zażarcie dyskutować nad jednym czy dwoma projektami jakiegoś aktu prawnego dziwnie nie zauważając, że w tym samym momencie jego polityczny świat zostaje sztucznie zawężony przez kogoś innego. Przez tego, kto mu te projekty do przedyskutowania podsunął.
Nie przejdzie mu na ogół przez głowę myśl, że mógłby wyartykułować własne potrzeby i na ich kanwie skonstruować swój projekt owego aktu.
„Zostawmy to partiom” – najpopularniejsze zawołanie.
A przepraszam – co to są partie? No właśnie ci kosmici, „oni”, na których narzekamy i do których mamy pretensje o wszystko.
No to jak? „Oni” są tacy źli, że aż „zostawmy to im”? To co ważyć będzie o naszym życiu dziś i jutro?
Logika masochisty czy tchórza?
26 lat nerwowych treningów to chyba wystarczający okres czasu, by zdać sobie wreszcie sprawę, że coś tu trzeba zmienić, n’est–ce pas ?
Nie ma co czekać na jakiegoś „dobrego kosmitę”, który przyjdzie i zrobi to za nas z czystej miłości do rodzaju ludzkiego.
Ćwiczono to już kiedyś.
W 1910 roku wyszedł w Poznaniu „Podręcznik w sprawach wyborczych” pióra Konstantego Kościńskiego, zawierający wszystkie pruskie akty prawne dotyczące wyborów, wzory formularzy do wniosków i zażaleń, ale nie tylko.
Zawierał także kilka myśli, które dziwnym trafem ani na jotę nie utraciły swej aktualności przez minione ponad sto lat.
Konstatując wciąż zbyt małą w stosunku do potrzeb liczbę Polaków w sejmie pruskim odpowiada bez wahania:
„… zwykle winę całą spychamy na system rządowy i na okoliczności nam nieprzychylne […] raczej w wielu przypadkach sami sobie tę dolę naszą ścielemy, nie pilnując tego, do czego z mocy konstytucyi niemieckiej i pruskiej, z mocy poszczególnych ustaw, z mocy różnych wykonawczych przepisów i regulaminów najzupełniejsze służy nam prawo.”
Przypomnę, że w sejmie pruskim od dawna była partia polska, a jednak autor broszurki nie pisał „zostawmy to im”, jak to się dziś często słyszy. Warto zapamiętać.
Kolejny cytat:
„… nie ma na świecie ustroju państwowego, w którym w jakikolwiek sposób nie można pracować z korzyścią dla społeczeństwa. Chcąc atoli zająć się pracą wydajną, znać trzeba najpierw ten ustrój jak najdokładniej, a potem uzyskać to co na drodze prawnej jest dla nas możliwem.”
Coś się zmieniło? Zdeaktualizowało?
Padają przykłady.
„… socyaliści np. odznaczający się szczególną ruchliwością obfitą w tym względzie już posiadają literaturę, a ciągle ją uzupełniają, aby zwolenników swoich jak najwięcej uświadamiać, z wszelkimi sposobami wyzyskania położenia ku celom swoim.”
„Wolnomyślni i konserwatyści w ten sam pracują sposób, a partia centrowa, najbardziej zbliżona do nas, nie szczędzi zachodów by szkolić dla siebie obywatelów […] dał temu wyraz na zjeździe w Chojnicach dr Bachem zaznaczając, że dla pracy centrowców najmniejsza wieś nie powinna być za małą.”
Dalej jak pastuch krowie na granicy tłumaczy autor czym są postulaty lokalne, a czym ogólnopolskie (w ramach dzielnicy pruskiej, rzecz jasna), jakie sprawy należy narzucać kandydującym i w jaki sposób. Dochodzi do takich szczegółów jak zawiązywanie komitetów wyborczych przez „zwykłych” obywateli”, wystroju salki wyborczej, zgłaszania władzom zebrań itd.
Pękająca od ówczesnych przepisów broszurka jest przykładem, że nie tylko można, ale i że się powinno. Świadczą o tym skutki. Między rokiem 1878 a 1914 liczba polskich posłów w sejmie pruskim zwiększyła się niemal dwukrotnie. Co ciekawe – nie byli to ludzie zrzeszeni w żadnej sformalizowanej strukturze, a po prostu Polacy wybierani przez Polaków reprezentujący lokalne środowiska polskie politycznie aktywne, którzy dopiero w sejmie tworzyli coś w rodzaju dzisiejszego klubu poselskiego.
Kiedy więc dziś słyszę „zostawmy to partiom”, to zastanawiam się nad kierunkami, w których płynie czas historyczny, bo trudno upierać się, że bieży on po linii prostej „od – do”.
Patrząc na dzisiejsze „zaangażowanie” obywatelskie widać wyraźnie, że czasami skręca na manowce, a czasem wręcz zawraca.
Widać wyraźnie potrzebę istnienia kogoś/czegoś kto przypomniałby Polakom, że „samo nic się nie zrobi, pani Kowalska, a bez pani i beze mnie „oni” zrobią co chcą”.
A powinni to, czego my chcemy.
Przykłady z naszej własnej historii pokazują, że można.
To co widzimy na co dzień pokazuje, że wręcz trzeba i to już, natychmiast.
Pewnie, że praca to mniej spektakularna, niż widowiskowe demonstracje, media nie będą śledzić naszego ślęczenia nad ordynacją wyborczą, naszych rozmów z sąsiadką, naszych wysiłków w celu zebrania grupy znajomych chcących się zaangażować w politykę. Naszą politykę.
Bo nawet jeśli chcielibyśmy gorąco zaprzeczać – wszyscy jesteśmy politykami.
Nie uciekniemy od tego.
Jerzy Łukaszewski
.



aaha Panie Jerzy, w miarę krótko o tym jak mnie wybito ze łba czyn społeczny.
Warszawa, dzielnica Bródno, olbrzymi teren przy ul. Kondratowicza będący ugorem a zaplanowano park. Czas, późny Gierek, jesień.
Pewnej soboty i niedzieli przyszło kilka tysięcy ludzi, dostali łopaty, grabie i wszystko co niezbędne do uporządkowania tego terenu. Brał w tym udział mój teść.
W niedzielę poszedłem z żoneczką i psiurą zgarnąć ojca do domu na małe co nieco bo mieszkaliśmy obok tegoż przyszłego parku. Zaniemówiliśmy.. to już był Park!
Teść też widział czego dokonano w dwa dni i był wręcz dumny z faktu iż brał w tym udział. Widzisz, wystarczy tylko ludzi skrzyknąć aby coś powstało. To była niedziela.. w poniedziałek udałem się z pieskiem na nowy teren i … pracowały tam spychacze. To co ludzie rozgarnęli było zgarniane w dwie wysokie pryzmy-góry. Nadalem ojcu pytanie, po jaką cholerę to zrobiono? Może to była reedukacja? Wybić z gorących głów chęć wspólnego działania?
Od tamtej pory nigdy nie brałem udziału w masowych spędach nazywanych czynami społecznymi.
To mi zostało… mogę tyrać za darmo ale efekt mojego wysiłku ma być widoczny i ma mi dawać zadowolenie.