Roman Strzemiecki: Cicha bitwa o Czarnogórę9 min czytania

()

Czarnogora15 (8)2016-02-21.

Toczy się bitwa o to, czy Czarnogóra przystąpi do NATO. Choć w kraju bywa z tego powodu głośno, odgłosy bitwy właściwie do świata nie docierają. Żeby jednak coś dochodziło dba rosyjska agencja prasowa Nowosti, która o każdym sprzeciwie wobec członkostwa w NATO pilnie donosi.

Gdy tylko ministrowie spraw zagranicznych państw Sojuszu zgodzili się 2 grudnia ub. roku, by zaprosić Czarnogórę po podjęcia rozmów akcesyjnych, na wezwanie proserbskiego Frontu Demokratycznego (FD) na ulice Podgoricy wyszło może i 5 tys. ludzi – co w 625-tysięcznym kraju nie jest mało. Nieśli flagi narodowe, śpiewali pieśni patriotyczne i chwalące Rosję. Rosyjskie MSZ wezwało rząd Czarnogóry, aby przeprowadził nad przystąpieniem referendum, dowodząc, że większość Czarnogórców do NATO nie chce. A razie nie posłuchania, obiecało zastosować wobec Czarnogóry „działania odwetowe”. Jednak 23 grudnia przyszło oficjalne zaproszenie od sekretarza generalnego NATO, Jensa Stoltenberga.

Opozycja protestuje regularnie i głośno. Każdy kolejny wiec to żądania niezwłocznego podania się do dymisji rządu premiera Milo Djukanovicia, sformowania rządu przejściowego i wyborów przedterminowych (kadencja parlamentu upływa w październiku br.) oraz referendum. Szczególnie burzliwie było 24 października w rejonie gmachu parlamentu, który zgromadzeni próbowali zdobyć. Około 40 osób zostało rannych, w tym policjanci.

Zaczęło się we wrześniu, kiedy stało się jasne dokąd sprawy zmierzają, a minister spraw zagranicznych Rosji, Siergiej Ławrow nazwał politykę poszerzania NATO „nieodpowiedzialną, błędem, a nawet prowokacją”. Niejako w odpowiedzi, premier Djukanović w wywiadzie dla telewizji chorwackiej stwierdził, że „aktywną rolę w organizacji protestów antyrządowych odgrywają nacjonaliści serbscy i Rosja„. Djukanović rzucił też uwagą, że Rosja „próbuje przeszkodzić w przystąpieniu Czarnogóry do NATO”. W odpowiedzi rzecznik Kremla zauważył: „To jedna z rozrywek w wielu krajach, szukają diabła i dlatego demonizują Rosję”.

Również demonstrująca opozycja odrzuca oskarżenia, że stoi za nią Moskwa. I wskazuje, że bieda w kraju nie słabnie, że bezrobocie sięga 30 proc., że Czarnogórcy ruszyli do Niemiec udając uchodźców wojennych, a przede wszystkim, że kraj znalazł się łapach pazernej kliki, która dorabia się fortun. Obdarzanie Djukanovicia tytułem „złodziej Milo” to ulubione zajęcie skandującego tłumu, podobnie jak „NATO to mordercy”.   Djukanović to geniusz polityczny. Gdy zaczęła się Jesień Ludów w Europie Środkowej w 1989 r., miał 27 lat. W 1991 r., w dniu, w którym kończył 29 lat, został premierem Czarnogóry, wówczas republiki związkowej Jugosławii. Był wtedy blisko prezydenta Momira Bulatovicia, człowieka związanego z władcą Serbii, Slobodanem Miloševiciem. W wojnie wydanej przez Miloševicia Chorwacji był jego sojusznikiem.  W latach 1991-1992 Czarnogóra była pogardzana w świecie za niszczenie ostrzałem artyleryjskim Dubrownika – miasta z listy dziedzictwa ludzkości UNESCO.

Od prawie ćwierćwiecza, Djukanović jest albo premierem albo prezydentem – z wyjątkiem 16 miesięcy, kiedy był prostym posłem. Gdy trzeba było stworzył z Serbią w 1992 r. – już po rozpadzie Jugosławii – Związkową Republikę Jugosławii (Serbii i Czarnogóry), a pomysł ten Czarnogórcy poparli większością 95,96 proc. głosów.  Ale potem nowe wiatry zaczęły wiać przez kontynent. W 2000 r. stało się jasne, że Europa wyposaży się w walutę euro. Djukanović zaczął okiem coraz bardziej krzywym patrzeć na związek z Serbią, która właśnie przegrała wojnę w Chorwacją. W listopadzie owego roku Djukanović przyjmuje niemiecką markę jako walutę narodową w miejsce serbskiego dinara. To było przygotowanie do przyjęcia od 2002 r. euro. Niektóre kraje unijne odmówiły przyjęcia euro, a Czarnogóra jak najbardziej od pierwszego dnia. Tak samowolnie. Potem 10 nowych krajów przystąpiło do UE w 2004 r. i była to chwila, kiedy Djukanović też zechciał być w Unii. Więc w 2006 r. oderwał Czarnogórę od Serbii drogą referendum. Czarnogórcy poparli pomysł większością 55,5 proc. głosów. Unijny wymóg 55 proc. aby uznać niepodległość państwa, został spełniony, a Djukanović stał się ulubieńcem Zachodu.

Zachodowi przestało właściwie przeszkadzać, że przez całe lata 90-te – co wykazała prokuratura włoska – Djukanović patronował przemytowi papierosów na wielką skalę we współpracy z mafią włoską. Że dorobił się wielu milionów, że wspólnie ze starszym rodzeństwem, bratem Aleksandarem i siostrą Aną Kolarević oraz paru bliskimi kolegami stali się właścicielami znacznej części gospodarki narodowej. Lecz z wejściem do Unii nie będzie prosto. Dwa lata temu Komisarz ds. Poszerzenia UE, Olli Rehn zakomunikował w telewizji czarnogórskiej, że na drodze Podgoricy stoją dwie podstawowe przeszkody: korupcja i zorganizowana przestępczość. Czyli zaplecze potęgi Djukanovicia.

Ale inaczej mają się sprawy z NATO, do którego Djukanović też postanowił kraj wprowadzić. Sojusz stawia inne wymogi niż Unia. Przy czym Unii już przejadło się przyjmowanie nowych członków, a NATO bardzo chce odciąć Rosję od Adriatyku – zwłaszcza po zajęciu przez nią Krymu – co może zapewnić Czarnogóra. (Słowenia jest w Sojuszu od 2004 r., Albania i Chorwacja od 2009 r.). Skoro obie strony chcą, to co stało dotychczas na przeszkodzie? Spenetrowanie armii i wszelkich służb Czarnogóry przez agenturę rosyjską, co jeszcze wzmocniło wykupienie prawie 40 proc. nieruchomości przez super-złodziei rosyjskich, zwanych oligarchami, czyli na ogół przez ludzi ze służb, którym Władimir Putin pozwolił za wierność „dorobić się” w Rosji i „zainwestować” za granicą: ponad 30 proc. firm czarnogórskich miało jeszcze w zeszłym roku właścicieli rosyjskich.

Szczyt NATO w Newport we wrześniu 2014 r. pochylił się nad notatkami ambasadorów zachodnich słanych z Podgoricy od lat, gdzie skarżyli się na obecność rosyjską w służbach w czarnogórskich, na podsłuchiwanie rozmów, brak dostępu do wysokich urzędników resortów siłowych. I zakomunikował Czarnogórze, że bez „gruntownej reformy aparatu bezpieczeństwa” wstępu do Sojuszu nie będzie. W rezultacie, 10 grudnia 2014 roku z funkcji szefa Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (ANB) „zrezygnował” Boro Vuczinić.  Od lat współpracował z NATO, ale jakoś nie udało mu się stworzyć systemu przekazywania informacji niejawnych w strukturach ANB. Szukanie następcy Vuczinicia zajęło kilka miesięcy! W końcu – pod koniec sierpnia 2015 roku – stanowisko to objął emerytowany urzędnik służby bezpieczeństwa, Dejan Peruniczić. NATO powitało zmianę z zadowoleniem, a czarnogórskie media nie omieszkały wskazywać, że za tym opóźnieniem stało „czyszczenie” służb krajowych z agentów rosyjskich.

W styczniu ubr. rząd wdrożył plan zwolnienia ze służby i wysłania na emeryturę wszystkich bez wyjątku urzędników i agentów ANB mających 50 lat lub więcej oraz służących w aparacie bezpieczeństwa co najmniej 15 lat. Ten ruch wynikał z faktu, że większość wyższych oficerów służb stanowili ludzie powołani jeszcze w czasach bliskiego Moskwie prezydenta Jugosławii, Miloszevicia.

Miesiąc po powołaniu szefa ANB, do Djukanovicia zadzwonił wiceprezydent USA, Joe Biden. Przekazał mu prosty komunikat: USA wspierają szybkie wejście kraju do NATO pod warunkiem dalszych reform w aparacie bezpieczeństwa. Parę godzin później ambasadorka USA w Czarnogórze, umieściła na blogu wpis stwierdzający, że „podobnie jak inne kraje dawnego bloku sowieckiego, również Czarnogóra zrozumiała, że członkostwo w zachodnim sojuszu wojskowym zapewni jej większą stabilność i pewniejszą przyszłość”.

Natychmiast zaprotestowała jedna z największych organizacji pozarządowych
przeciwna od lat członkostwu kraju w NATO – Ruch na rzecz Neutralności. I tego samego dnia w Moskwie ogłoszono o dodaniu Czarnogóry do listy krajów objętych przez Rosję sankcjami gospodarczymi – choć rząd w Podgoricy już w marcu 2014 r. nałożył sankcje na Rosję (za aneksję Krymu).

Co się w Podgoricy święci Moskwa wiedziała od początku. Jesienią 2013 r. miejscowy ambasador Rosji pozwolił sobie zauważyć, że starania Czarnogóry o członkostwo w NATO przypominają „uganianie się małpy za bananem”. Za jakiś czas na ulicach stolicy pojawiły się plakaty przedstawiające rebus: rękę sięgającą po banana i wojskowy but z wystającą z niego flagą rosyjską, co odczytano jednoznacznie – lepszy banan w garści niż rosyjski but na karku.

Do cichej bitwy o Czarnogórę, Polska, jako przedłużone ramię Waszyngtonu, włączyła się chętnie. Pod koniec lipca ubr. do Podgoricy zawitał min. spraw zagranicznych, Grzegorz Schetyna, by ocenić, że jest „spora szansa, aby do szczytu NATO w Warszawie w lipcu 2016 r. nastąpiło rozszerzenie o Czarnogórę”.

Trzy tygodnie później pojawił się min. obrony, Tomasz Siemoniak, żeby ogłosić, iż „Polska zdecydowanie popiera wejście Czarnogóry do NATO. Będziemy działać, aby spełniło się to na grudniowym spotkaniu ministrów spraw zagranicznych Sojuszu oraz na szczycie NATO w Warszawie”. Zwieńczenie tych zabiegów miało miejsce 14 i 15 października. Do Podgoricy
zjechała pod wodzą Jensa Stoltenberga Rada Północnoatlantycka w składzie Stałych Przedstawicieli 28 państw członkowskich, aby w rozmowach ze wszystkimi ważnymi sprawdzić, jak wyglądają reformy – głównie resortów siłowych i instytucji powiązanych z bezpieczeństwem wewnętrznym. Zapewne uznano, że wyglądają dobrze, bowiem grudniowy szczyt ministerialny spełnił życzenie Siemoniaka.

Między Sojuszem i Podgoricą sprawy dalej toczą się dobrze. Podczas rozmów brukselskich z 15-16 lutego br. Czarnogóra wzięła na siebie obowiązki wynikające z członkostwa. Zgodziła się też na przeprowadzenie paru pilnych reform, aby mogła zostać uznana za państwo prawa. Kolejny krok to podpisanie Protokołu Akcesyjnego – ale terminu jeszcze nie ma. I na szczyt w Warszawie Czarnogóra będzie móc zostać zaproszona. Po ratyfikacji Protokołu Akcesyjnego przez wszystkie państwa Sojuszu, Czarnogóra dołączy do niego jako 29 członek.

Ale sprawy mogą się jeszcze potoczyć niekoniecznie według powyższego wzorca. Opór w kraju jest rzeczywisty. Pamięta się tu bowiem bombardowania NATO-wskie z 1999 roku, kiedy Czarnogóra była sojusznikiem Serbii w wojnie o Kosowo. I żądania urządzenia referendum bynajmniej nie słabną.

23 grudnia przyszło zaproszenie od Stoltenberga, a 29 grudnia Ludowa Partia Socjalistyczna Czarnogóry (LPSC) zaczęła zbierać podpisy pod petycją w sprawie referendum. Gdy 16 lutego ogłoszono w Brukseli, że rozmowy Czarnogóra-NATO otworzyły drogę do podpisania Protokołu Akcesyjnego, opozycja ogłosiła, że ma pod petycją podpisy 55 tys. obywateli, a wystarczy 52 806 czyli 10 proc. zarejestrowanych wyborców.

I powstaje pytanie, co zrobi rząd Djukanovicia? Opozycja zapowiada, że będzie dalej zbierać podpisy, bo idzie to nader dobrze. Djukanović już dwa referenda wygrał. Do trzech razy sztuka? Ostatni sondaż wskazywał, że 47 proc. pytanych chce do NATO, a 39 proc. nie. I 14 proc. nie wie czego chcieć. Wygląda nieźle, ale nie wiadomo, co w tych dziwnych czasach może w każdej chwili gruchnąć w okolicy, albo w kraju i nastroje mogą się odwrócić.

 Roman Strzemiecki

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

2 komentarze

  1. Magog 22.02.2016