Krzysztof Bielejewski: Naród ufa, rozum odpoczywa. Idioci na podium, rozsądni w szatni16 min czytania

()


29.07.2026

Jest środa rano. Człowiek jeszcze nie dopił kawy, nie pokłócił się z bankiem, nie przeczytał wiadomości o kolejnym podatku ani nie dowiedział się, że jego pociąg przyjedzie punktualnie, tylko nie wiadomo którego dnia. Umysł pozostaje względnie czysty, dusza nie całkiem zmaltretowana, a wiara w ludzkość dogorywa spokojnie pod kocem.

I właśnie wtedy pojawia się sondaż zaufania do polityków.

Karol Nawrocki zajmuje pierwsze miejsce. Ufa mu 51,3 procent badanych. Władysław Kosiniak-Kamysz jest drugi z wynikiem 42,3 procent. Radosław Sikorski trzeci — 41,5 procent. Krzysztof Bosak osiąga rekordowe 39,9 procent, zyskując w ciągu miesiąca całe dziesięć punktów.

Dalej ustawili się Donald Tusk, Włodzimierz Czarzasty, Mateusz Morawiecki, Sławomir Mentzen, Jarosław Kaczyński, Grzegorz Braun i Przemysław Czarnek.

Narodowy ranking zaufania wygląda więc jak lista pasażerów autokaru, do którego człowiek rozsądny nie wsiadłby nawet wtedy, gdyby jechał bezpośrednio do sanatorium, turnus był darmowy, a kierowca obiecywał postój przy sklepie monopolowym.

Na pierwszy rzut oka wyniki zaskakują. Na drugi niepokoją. Przy trzecim człowiek przypomina sobie, że mieszka w kraju, w którym obywatele regularnie wybierają ludzi działających przeciw ich interesom, a później gniewnie poszukują winnego wśród tych, którzy ostrzegali przed konsekwencjami.

Polski wyborca nie traci zaufania do polityka wtedy, gdy polityk go oszukuje. Traci je dopiero wtedy, gdy oszustwo zostanie źle opakowane, logo jest krzywe, a konferencję zorganizowano pod słońce.

ZAUFANIE, CZYLI UCZUCIE BEZ PARAGONU

IBRiS przeprowadził badanie dla Onetu 24 i 25 lipca na próbie 1100 dorosłych Polaków. Respondenci deklarowali, komu ufają, komu nie ufają, a wobec kogo zachowują obojętność. Pełne wyniki badania opublikował Onet.

Już sam pomysł mierzenia zaufania do polityków jest wzruszający. Zaufanie żywimy zwykle wobec człowieka, któremu zostawiamy klucze do mieszkania, powierzamy dziecko, pożyczamy samochód albo zdradzamy, gdzie schowaliśmy oszczędności przed rodziną.

Politykowi nie powierzylibyśmy nawet podlewania paprotki, lecz przez telefon deklarujemy, że mu ufamy. Paprotka mogłaby bowiem zwiędnąć, natomiast państwo jest duże i skutki widać dopiero po czterech latach.

W polityce zaufanie stało się uczuciem bardzo pojemnym. Może oznaczać podziw, sympatię, rozpoznawalność, przyzwyczajenie albo satysfakcję, że dany człowiek szczególnie skutecznie irytuje ludzi, których sami nie lubimy.

To ostatnie kryterium nabiera decydującego znaczenia. Nie wybieramy już polityków przede wszystkim dlatego, że wierzymy, iż zrobią coś dobrego dla nas. Coraz częściej powierzamy im władzę, ponieważ liczymy, że zrobią coś przykrego komuś innemu.

Współczesne zaufanie polityczne nie oznacza wiary, że polityk ochroni obywatela. Oznacza nadzieję, że polityk znajdzie innego obywatela i odpowiednio go urządzi.

Kim jest ten inny obywatel, ustala się w kampanii. Może nim zostać uchodźca, lekarz, nauczyciel, przedsiębiorca, urzędnik, ekolog, gej, Niemiec, warszawiak, rowerzysta albo człowiek, który zamówił kawę z mlekiem owsianym i nie wyglądał przy tym dostatecznie patriotycznie.

Polityk wybiera przeciwnika, zakłada kask, prostuje flagę i rusza na bitwę, która szczęśliwie kończy się zawsze przed koniecznością rozwiązania prawdziwego problemu. Polityka zaczyna przypominać kiepskie małżeństwo. Nikt już nie pamięta, od czego zaczął się spór, ale wszyscy doskonale wiedzą, kto powinien przeprosić.

KAROL NAWROCKI, CZYLI CZŁOWIEK, KTÓREMU URZĄD DODAJE TREŚCI

Karol Nawrocki pozostaje liderem rankingu, choć w ciągu miesiąca stracił 3,5 punktu procentowego. Nadal ufa mu ponad połowa badanych. Podobny wynik przyniósł lipcowy sondaż CBOS, w którym prezydent także zdecydowanie prowadził. CBOS nazwał go „niekwestionowanym” liderem zaufania.

Nawrocki odkrył starą prawdę polskiej polityki: nie trzeba być szczególnie przekonującym, jeśli wygląda się na człowieka całkowicie przekonanego do siebie.

Pewność siebie zastąpiła kompetencje, tak jak plastik zastąpił drewno. Jest tańsza, łatwiejsza w produkcji i z daleka wygląda podobnie.

Wystarczy mówić wolno, głośno,  marszczyć brwi i regularnie używać słów takich jak naród, suwerenność, godność, tradycja oraz cywilizacja. Wyborca słyszy ciężkie rzeczowniki i nabiera przekonania, że pod nimi musi znajdować się jakaś myśl. Nie zawsze sprawdza, ponieważ podnoszenie ciężkich rzeczowników grozi przepukliną.

Nawrocki posiada też przewagę urzędu. Polacy kochają prezydenturę podobnie jak kredytobiorca kocha własne mieszkanie. Narzeka na ratę, grzyb w łazience, cienkie ściany i sąsiada wiercącego od szóstej rano, ale gdy ktoś skrytykuje budynek, natychmiast zaczyna zachwalać widok z okna.

Urząd dodaje człowiekowi majestatu. Flaga poprawia składnię. Orzeł wyrównuje profil. Mównica podnosi poziom argumentów nawet wtedy, gdy argumenty pozostały w samochodzie.

Gdy prezydent stoi przed sztandarem, połowa społeczeństwa słyszy rację stanu, zanim jeszcze padnie pierwsze zdanie. Gdyby Nawrocki ogłosił, że ziemniaki należy sadzić nocą, do końca tygodnia powstałby Ogólnopolski Komitet Obrony Nocnego Rolnictwa, a przeciwników nazwano by agentami zagranicznych frytek.

Polacy ufają prezydentowi częściowo dlatego, że jest prezydentem. To trochę jak ufać parasolowi dlatego, że pada, nie sprawdzając, czy ma materiał.

BOSAK ROŚNIE, BO TŁO PRZESUNĘŁO SIĘ W PRAWO I WYPADŁO PRZEZ OKNO

Największą sensacją badania jest Krzysztof Bosak. Ufa mu 39,9 procent respondentów, aż o dziesięć punktów więcej niż miesiąc wcześniej. To jego najlepszy wynik w historii tego sondażu.

Dziesięć punktów w ciągu miesiąca. Zwykły człowiek, żeby zdobyć tyle zaufania, musiałby latami oddawać pożyczone książki, przychodzić punktualnie, nie ujawniać cudzych sekretów, terminowo spłacać długi i nigdy nie obiecywać, że oddzwoni.

Polityk potrzebuje dobrze dopasowanej marynarki, kilku spokojnych wystąpień oraz towarzystwa ludzi, przy których zaczyna wyglądać jak profesor umiaru.

Na tym polega przewaga Bosaka. Nie musiał specjalnie przesuwać się do centrum. Wystarczyło, że Grzegorz Braun odszedł tak daleko, iż Bosak zaczął wyglądać na przewodniczącego koła miłośników kompromisu.

Przy Sławomirze Mentzenie sprawia wrażenie starszego księgowego, który właśnie przerwał imprezę i przypomniał, że rano przychodzi kontrola. Przy Braunie wygląda jak człowiek, który wprawdzie również interesuje się ogniem, ale przynajmniej sprawdził datę przeglądu instalacji przeciwpożarowej.

Polska polityka przesunęła się tak mocno, że radykał zaczyna uchodzić za umiarkowanego, jeśli mówi pełnymi zdaniami, nie pieni się i podczas konferencji nie szuka sprzętu gaśniczego.

Bosak nie złagodniał tak bardzo, jak zdziczało otoczenie. Nie przyszedł do centrum. Centrum, uciekając przed Braunem, samo wpadło mu w ramiona.

Bosak opanował również sztukę, której wielu polityków już nie ćwiczy: potrafi przez kilka sekund wyglądać tak, jakby przed odpowiedzią uruchomił proces myślowy. Sam moment zastanowienia stał się w polskiej polityce towarem luksusowym. Trzy sekundy ciszy uchodzą za refleksję. Brak obelgi za kulturę. Zdanie bez słowa „zdrada” za program państwowy. Polityk, który nie traci śliny na pierwszym zakręcie rozmowy, otrzymuje status intelektualisty.

BRAUNOWI UFA CO CZWARTY POLAK. GAŚNICA WESZŁA DO GŁÓWNEGO NURTU

Grzegorzowi Braunowi ufa 24,9 procent respondentów. Prawie jedna czwarta.

Nie jest to jeszcze większość, ale wystarczająco dużo, żeby człowiek przestał żartować na kilka sekund i sprawdził położenie najbliższego wyjścia awaryjnego. Co czwarty badany patrzy na polityka spektaklu, prowokacji, radykalnych wystąpień i nieustannego poszukiwania kolejnej granicy do przekroczenia, po czym uznaje go za godnego zaufania.

Być może chodzi o zaufanie w znaczeniu czysto technicznym. Braun rzeczywiście jest przewidywalny. Można mieć pewność, że jeśli gdzieś odbywa się spokojna uroczystość, pojawi się możliwość jej zakłócenia. Jeśli istnieje temat drażliwy, Braun odnajdzie w nim jeszcze bardziej drażliwy fragment, obłoży go spiskiem i pociągnie za zawleczkę.

Można mu więc ufać podobnie jak burzy. Burza nie przedstawia programu gospodarczego, ale człowiek przynajmniej wie, że będzie grzmiało.

Braun nie sprzedaje rozwiązań. Sprzedaje gwarancję, że po jego wejściu rozwiązane zostanie przede wszystkim spokojne zgromadzenie.

Radykał zdobywa zaufanie, ponieważ oferuje proste odpowiedzi tam, gdzie rzeczywistość przynosi skomplikowane pytania. Gospodarka zależy od tysięcy czynników. Migracja, energetyka, demografia, bezpieczeństwo i polityka zagraniczna wymagają wiedzy, cierpliwości oraz nieprzyjemnego przyznania, że cudownego rozwiązania nie ma.

Radykał rozwiązuje ten problem, usuwając z opisu wszystkie szczegóły. Pozostają wróg, zdrada i konieczność zdecydowanego działania. Program jest gotowy, mieści się na koszulce i nie wymaga kalkulatora.

Im mniej polityk rozumie świat, tym łatwiej mieści mu się on w przemówieniu.

CZARNEK SPADA, BO NAWET HAŁAS MA TERMIN PRZYDATNOŚCI

Przemysław Czarnek stracił 6,4 punktu. Ufa mu obecnie 21,6 procent badanych. Kandydat PiS na przyszłego premiera traci więc zaufanie, zanim został premierem. To sukces wyprzedzający harmonogram, coś w rodzaju katastrofy budowlanej przeprowadzonej jeszcze przed wbiciem pierwszej łopaty.

Czarnek długo budował pozycję polityka, który potrafi wypowiedzieć pięć mocnych zdań, zanim rozmówca zdejmie płaszcz. Prowadzi spór nawet wtedy, gdy druga strona wyszła, lokal zamknięto, a sprzątaczka zgasiła światło.

Nie odpowiada na pytania. Obejmuje je siłą. Po kilku minutach rozmowy pytanie jest ogłuszone, dziennikarz nie pamięta, po co przyszedł, a widz dowiaduje się, że cywilizacja znajduje się w niebezpieczeństwie z powodu decyzji komisji sejmowej do spraw rozkładu jazdy.

Przez pewien czas taka metoda działa. Człowiek głośny uchodzi za silnego. Człowiek agresywny za zdecydowanego. Człowiek, który nie dopuszcza nikogo do głosu, za zwycięzcę debaty. Później nawet wierny wyborca odkrywa, że polityk mówiący bez przerwy podniesionym głosem niekoniecznie ma rację. Może tylko stać za blisko mikrofonu.

Czarnek pomylił siłę argumentu z siłą nagłośnienia, a społeczeństwo powoli odnalazło pilota.

Nie oznacza to oczywiście końca kariery. W Polsce polityk po utracie zaufania zostaje ekspertem od powodów, dla których wyborcy niesłusznie przestali mu ufać. Objeżdża studia telewizyjne i wyjaśnia, że zawiniły media, sondaże, elity, Bruksela, pogoda, układ planet oraz tendencyjne pytanie zadane w języku polskim.

Odpowiedzialność osobista pozostaje w naszym życiu publicznym zjawiskiem równie rzadkim jak konferencja prasowa zwołana po to, żeby polityk przyznał, że niczego nie wie.

KOSINIAK-KAMYSZ DRUGI, BO SPOKÓJ STAŁ SIĘ WYWROTOWY

Na drugim miejscu znalazł się Władysław Kosiniak-Kamysz, któremu ufa 42,3 procent badanych. Zyskał 7,4 punktu. Nie podpala mównicy. Nie obraża przy każdej okazji połowy społeczeństwa. Nie rozpoczyna każdego dnia od historycznej bitwy o przetrwanie narodu. Potrafi mówić jak człowiek, który przed uruchomieniem urządzenia przynajmniej obejrzał instrukcję.

W dzisiejszej Polsce wystarczyło to do zdobycia drugiego miejsca. Spokój stał się rewolucyjny. Umiar wygląda na odwagę. Zdanie bez obelgi uchodzi za intelektualne. Polityk, który przed śniadaniem nie domaga się postawienia nikogo przed Trybunałem Stanu, zaczyna przypominać ojca narodu.

Może więc nie utraciliśmy rozumu całkowicie. Być może schowaliśmy go tylko w dolnej szufladzie, pod instrukcjami obsługi, zapasowymi bateriami i programami wyborczymi, których nikt nigdy nie czytał.

Rośnie również Adrian Zandberg, który zyskał 6,1 punktu i osiągnął 24,5 procent zaufania. Mówi o mieszkaniach, pracy, podatkach i usługach publicznych. Czasem podaje liczby, co w polityce jest zachowaniem lekkomyślnym, ponieważ liczby można później sprawdzić.

Polityczny hochsztapler unika danych. Woli wartości, honor, naród i dziejową konieczność. Dziejowej konieczności nie da się porównać z wykonaniem budżetu, dzięki czemu zawsze wypada znakomicie.

TUSK, MORAWIECKI I KACZYŃSKI, CZYLI ZAUFANIE PO GWARANCJI

Donaldowi Tuskowi ufa 35,5 procent badanych. Mateuszowi Morawieckiemu 32,3 procent. Jarosławowi Kaczyńskiemu 26 procent.

Wszyscy stracili. Tusk obiecywał przywrócenie normalności. Problem polega na tym, że normalność fatalnie wygląda w telewizji. Normalność nie krzyczy. Nie wali pięścią w mównicę. Nie ogłasza codziennie końca świata. Poprawia rozporządzenie, uzgadnia ustawę i przesuwa posiedzenie komisji z wtorku na środę.

Nie da się z tego zrobić atrakcyjnego filmu, chyba że rozporządzenie eksploduje. W telewizyjnym starciu rozsądna administracja zawsze przegrywa z człowiekiem biegnącym przez studio z wiadomością, że ojczyzna płonie, wróg nadchodzi, a on akurat ma gaśnicę, abonament i kod promocyjny.

Morawiecki znajduje się natomiast w trakcie politycznej przeprowadzki. Zapewnia, że nadal mieszka w poprzednim domu, choć wyniesiono już kanapę, telewizor, lodówkę i około czterdziestu posłów.

Ufa mu prawie jedna trzecia badanych. Bankowiec zawsze budzi zaufanie, dopóki nie zacznie omawiać drobnego druku.

Kaczyński pozostaje człowiekiem, któremu ufa 26 procent Polaków. Jest to zaufanie sakramentalne. Nie wymaga dowodów, bilansu ani kontaktu z rzeczywistością. Kto wierzy, ten ufa. Kto nie wierzy, ten należy do układu.

W Polsce partie nie mają elektoratów. Mają parafie, schizmy, heretyków, procesje oraz listę osób zalegających ze składką.

DLACZEGO ROZSĄDNI SĄ NIEWIDOCZNI

Ludzie rozsądni, kompetentni i mądrzy przegrywają z kuglarzami, ponieważ rozsądek nie mieści się w pasku informacyjnym. Rozsądek wymaga wyjaśnienia. Kuglarz potrzebuje wykrzyknika. Rozsądek analizuje dane. Kuglarz analizuje publiczność. Rozsądek przewiduje konsekwencje. Kuglarz przewiduje godzinę największej oglądalności.

Mądry człowiek zna granice własnej wiedzy. Idiota nie ma granic, dlatego porusza się szybciej. Mądry człowiek rozważa kilka możliwości i ostrzega przed ryzykiem. Hochsztapler obiecuje sukces, ponieważ za porażkę zawsze może obwinić spisek.

Rozsądny polityk potrzebuje lat, instytucji, ekspertów, pieniędzy i społecznej cierpliwości. Kuglarz potrzebuje flagi, mikrofonu i odpowiednio rozgniewanej publiczności.

Rozsądek ma przypisy. Głupota ma zasięgi.

Człowiek kompetentny wygląda w telewizji na niezdecydowanego, bo dopuszcza możliwość błędu. Człowiek ograniczony brzmi stanowczo, ponieważ nie dostrzega innych rozwiązań. Dlatego głupota bywa tak atrakcyjna. Jest pewna siebie, zwarta, prosta i gotowa do druku. Mądrość przychodzi z tabelą. Głupota z flagą. Nietrudno przewidzieć, kto trafi na okładkę.

MÓZGÓW NAM NIE WYPRANO. ODDALIŚMY JE W ABONAMENCIE

Nie sądzę, żeby ktoś wyprał nam mózgi. Pranie wymaga programu, temperatury, detergentu i odrobiny wysiłku. My raczej przekazaliśmy myślenie w outsourcing.

Życie jest trudne. Człowiek ma pracę, rachunki, dzieci, kredyt, badania lekarskie, cieknący kran i sąsiada, który od ośmiu miesięcy remontuje tę samą ścianę. Nie chce wieczorem analizować budżetu państwa, prawa europejskiego, systemu emerytalnego oraz siedmiu wariantów transformacji energetycznej.

Potrzebuje gotowego pakietu. Polityk dostarcza bohatera, wroga, diagnozę, poczucie wyższości i obietnicę zwycięstwa. Wszystko w jednym abonamencie, bez opłat przez pierwsze trzy miesiące. Koszty pojawiają się po wyborach, ale regulamin był dostępny na stronie.

Media społecznościowe wzmacniają ten mechanizm. Algorytm nie pokazuje świata. Pokazuje wersję świata, przy której użytkownik najdłużej pozostanie zdenerwowany.

Człowiek podejrzewający elity dostaje codziennie nowych przedstawicieli elit. Człowiek obawiający się migrantów otrzymuje migranta do śniadania, obiadu i kolacji. Człowiek wierzący w spisek dostaje mapę, strzałki, tajne dokumenty oraz mężczyznę o niespokojnym spojrzeniu, który od dwudziestu lat nie śpi, ponieważ pilnuje prawdy.

Nie wyprano nam mózgów. Zostały sprofilowane, spersonalizowane i udostępnione reklamodawcom.

GŁUPOTA MOŻE MIEĆ DYPLOM, GABINET I KIEROWCĘ

Największym błędem jest utożsamianie głupoty z brakiem wykształcenia. Człowiek może znać języki, posiadać doktorat, kierować instytucją, wykładać na uczelni i pozostawać głupi w sposób elitarny. Głupota nie zawsze oznacza brak wiedzy. Częściej jest niezdolnością do zakwestionowania własnej pewności.

To przekonanie, że własna strona ma rację dlatego, że jest własna. To wiara, że patriotyczne opakowanie automatycznie poprawia zawartość. To zachwyt nad politykiem nie dlatego, że dobrze zarządza państwem, ale dlatego, że skutecznie doprowadza do szału przeciwników.

Społeczeństwa nie upadają wyłącznie z powodu braku ludzi mądrych. Upadają również wtedy, gdy mądrzy ludzie stają się nudni, a błazny otrzymują najlepszy czas antenowy. Błazen zdobywa uwagę. Hochsztapler sprzedaje cud. Fanatyk dostarcza winnego.

Człowiek rozsądny przynosi raport. Raport przegrywa przed wejściem do studia, ponieważ nie ma krawata, fryzury ani konta na TikToku.

ŚRODOWA NADZIEJA W EKSPRESIE DO KAWY

Nie należy jednak popadać w rozpacz. Sondaż zaufania nie jest wynikiem wyborów. Nie oznacza, że 51,3 procent Polaków przekazałoby Nawrockiemu klucze do mieszkania, a 24,9 procent oddałoby Braunowi gaśnicę, zapałki i harmonogram wydarzeń kulturalnych.

Pokazuje sympatie, nastroje, rozpoznawalność, zmęczenie oraz rozpaczliwą potrzebę znalezienia kogoś, kto wygląda na pewnego w czasach, gdy pewne jest głównie to, że za miesiąc pojawi się kolejny sondaż.

Wyniki się zmieniają. Czarnek spada. Zandberg rośnie. Kosiniak wraca na podium. Sikorski jest trzeci i zapewne uważa, że podium wymaga reformy. Bosak zyskuje, ponieważ mówi spokojniej od ludzi stojących obok. Nawrocki prowadzi, ponieważ urząd, flaga i niezachwiana pewność siebie nadal tworzą mieszankę skuteczniejszą niż wiedza, skromność i bibliografia.

Czy Polacy myślą?

Oczywiście! Najczęściej po fakcie. Najpierw ufamy. Potem głosujemy. Następnie dziwimy się rezultatom. Później uznajemy, że zostaliśmy oszukani, i zaczynamy poszukiwać kolejnego człowieka, który obieca ukarać poprzedniego oszusta.

Tak działa narodowy obieg zaufania. Polityk bierze obietnicę. Wyborca udziela kredytu. Rzeczywistość nalicza odsetki. Państwo otrzymuje wezwanie do zapłaty, a społeczeństwo zaczyna podejrzewać księgowego.

Polska demokracja przypomina człowieka, który piąty raz kupił od tego samego sprzedawcy cudowny preparat na pamięć i nadal nie pamięta, że poprzednie cztery nie działały.

Na szczęście jest środa. Można odłożyć sondaż, dopić kawę i przez dwa dni udawać, że politycy nie istnieją. Oni oczywiście nadal będą istnieć. Będą ratować Polskę, wyznaczać zdrajców, zakładać partie, opuszczać partie, wracać do partii i publikować fotografie potwierdzające, że spotkali się z normalnymi ludźmi.

My natomiast możemy przez chwilę zaufać komuś rzeczywiście godnemu zaufania. Na przykład ekspresowi do kawy. Nie obiecuje suwerenności. Nie walczy z Brukselą. Nie zmienia konstytucji. Nie zakłada stowarzyszenia. Nie ma rzecznika prasowego. Po naciśnięciu właściwego przycisku po prostu robi to, co zapowiedziano.

Gdyby polscy politycy osiągali podobną skuteczność, ekspres do kawy nie miałby najmniejszych szans w rankingu zaufania.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo