Esej o rebelii przeciw oligarchii partyjnej
Partia z narodem?
Kim jest właściwie twór, określający siebie jako „My, Naród”? Być może powinniśmy już używać zwrotu: „My, Dwa Narody”?
Mam nadzieję, że dzięki KOD pojęcie „My, Naród” wypełni się wreszcie, także w Polsce, głębokim filozoficznym i konstytucyjnym sensem, bez którego demokracja przekształca się w oligarchię partyjną – tak określam panujący obecnie w Polsce ustrój.
Niemal we wszystkich współczesnych demokracjach połączenie mandatu parlamentarnego z przynależnością do partii – co wiąże się często z mafijną dyscypliną – powoduje realne zagrożenie demokracji. Poseł jest lojalny wobec szefa partii, a o tym, co jest dobrem i wolą narodu decyduje szef albo wąskie biuro polityczne. Partia sowicie za to nagradza swoich funkcjonariuszy. Dobrym przykładem są masowe nadania stanowisk w sferze władzy wykonawczej dla lojalnych wobec partii, co obecnie- już nawet bez zasłony konkursów – zaczęło przypominać inwazję Hunów.
Istnienie demokracji w takich systemach zależy już tylko od kultury politycznej i charakteru partii sprawującej władzę. Przekroczenie cienkiej linii między demokracją a oligarchią i autokracją jest stosunkowo proste, gdy większość narodu to zmanipulowany „ciemny lud”. Wykorzystując mechanizmy państwa socjalnego, władza, czyli partia dzieli obywateli, skłóca ich, i rozdaje: silniejszym liczebnie i uczestniczącym w wyborach więcej, słabszym i mniej aktywnym mniej lub nic. Inżynieria społeczno-wyborcza wsparta jest dominacją państwa w sferze publicznej. System ten panuje już w Rosji, na Węgrzech, formuje się właśnie w Polsce, a jego bazujący na populizmie potencjał ujawnił się w kilku innych krajach. Przeważnie partie te uprawiają także – znany nam aż za dobrze z historii – kult narodu, co uprawnia już do określania ich przymiotnikiem: neofaszystowskie.
Tekst ten jest także nawiązaniem do artykułu Walentyny Rakiel-Czarneckiej – „Dziedzictwo poddaństwa”, opublikowanym na stronie KOD. Znaczna część społeczeństwa polskiego, powielając memy poddaństwa chłopów, konserwuje nam archaiczny model panowania. Chłopi, kobiety i Żydzi przez większą część polskiej historii traktowani byli jako ludzie „gorszego sortu”. Przywołując Jacka Santorskiego i filozofów Zbigniewa Mikołejkę i Andrzeja Ledera, teorię skryptu Eriki Berne, autorka potwierdza, że ogromna część polskiego społeczeństwa sterowana jest ciągle jeszcze syndromem Pan-Niewolnik, który jest źródłem ucieczki od wolności, skrywanej zawiści, dobrowolnego wykluczenia się, akceptacji przymusu z jednej strony, oraz buty, agresji i stosowania siły z drugiej. Jeżeli nałożymy na to doświadczenie obcego panowania na ziemiach polskich, gdy władza wszystkich ludzi traktowała jako wrogów, a czasami jako istoty, które nie zasługują nawet na to, aby żyć, to może lepiej zrozumiemy, co kłębi się do dzisiaj w naszych głowach.
Zgadzając się z autorką, chciałbym w tym eseju dopowiedzieć, co można zrobić, w zgodzie z Konstytucją, aby rozwijać w Polsce nowoczesny naród, ograniczając jednocześnie władzę oligarchii partyjnych – bo są to dwie strony tego samego medalu.
Sądzę, że pewne innowacje demokratyczne są konieczne, aby powstrzymać rozkwit prawicowego populizmu, który zagraża nie tylko Polsce. Antydemokratyczny sojusz od Putina, poprzez Orbana, Rodzinę Le Pen i wielu innych, do Kaczyńskiego, zagraża całej Europie. Oligarchie partyjne, żerujące na liberalnej demokracji sięgają korzeniami do zjawiska faszyzmu. W tym kontekście hasło manifestacji 27 Lutego 2016 należało by rozumieć także jako: „My, Naród Europejski”.
Powrót do przeszłości
Bałwochwalczy kult narodu, wręcz jego sakralizacja, może zrodzić nieobliczalne zło, bo fanatyczni wyznawcy nacjonalistycznej wiary rwą się już do „wieszanie na lejcach” zdrajców. Ilustracją tego szaleństwa jest wywiad Joanny Lichockiej z Rymkiewiczem, który ukazał się w „wPolityce”,w którym pojęcie narodu odgrywa właśnie główną rolę. Lichocka tak zwraca się do Rymkiewicza: „Jest pan poetą dobrej zmiany realizowanej przez PiS, ideologiem obozu, który teraz rządzi.” Rymkiewicz przepojony łzawą, niby-niewinną miłością do ojczyzny: „nie głosowaliśmy, żeby dać wyraz naszym poglądom politycznym, bo mieliśmy znacznie ważniejszy problem niż problem takich czy innych poglądów. Głosowaliśmy, żeby uratować Polskę. Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory, bo Polacy zrozumieli, że są wynaradawiani. Zrozumieli, że Polska jest lżona, poniżana, wyśmiewana i że to wszystko, co się dzieje na naszych ziemiach, zmierza do likwidacji Polski.”Nie zająknąwszy się nawet o łamaniu Konstytucji, likwidacji trójpodziału władzy, o próbach zablokowania Trybunału Konstytucyjnego, Rymkiewicz buja w świecie marzeń literackich, i zabobon historyczny wynaturza mu się w fanatyzm: „tych, którzy mają ochotę zdradzić i czerpać korzyści ze zdrady, może powstrzymać tylko strach przed katowskim toporem albo drabiną i konopnym sznurem.”
Sprawa jest oczywiście dla psychiatry, nie dla policji, gdyż w głowie autora i członków ruchu „dobrej zmiany” zaciera się granica między poezją a realem: „Od kilku dni mam w głowie zdanie, które wypowiedział mój syn Wawrzyniec.” – mówi poeta – „Nie pora teraz mówić o odwróceniu skutków drugiej wojny światowej (…) – teraz trzeba już mówić o odwróceniu skutków rozbiorów. Czas myśleć o tym, jak będzie kiedyś wyglądać Rzeczpospolita PięciuNarodów.”
Czytając więcej tych wypowiedzi, widać, że za fantazjami kryją się realne lęki. To próba ratowania ginącego świata, przemijającego, znanego zaścianka. Nowe jest obce i groźne. Ale przedrozbiorowej Rzeczpospolitej już nigdy nie będzie. Nie będzie dworków szlacheckich, nie będzie chłopskich chałup wśród malw i pastuszków z fujarkami. Niestety, czas biegnie do przodu, a nigdy do tyłu. Entropia odkryta została w połowie XIX wieku przez Rudolfa Clausiusa (Niemiec z Koszalina) i jest nieubłaganym prawem fizyki. To nie jest wina „gorszego sortu”.
Nie zatrzymamy dla was niszczycielskiej i kreatywnej jednocześnie siły globalizacji. Nie zatrzymamy narodzin sztucznej inteligencji, czy przekazywania części suwerenności organizacjom międzynarodowym i konstytucjonalizacji prawa międzynarodowego. Nie mamy wpływu na zjawisko określane jako osobliwość – radykalnego przyspieszenia zmian technologicznych, które powodują utratę kontroli nad rozwojem. (Tych problemów nie rozwiążemy też czerpiąc z psychopatycznych i zacofanych umysłów Jarosława Kaczyńskiego i Tadeusza Rydzyka).
Na ten nieubłagany konflikt między tradycją i nowoczesnością, nakłada się jak na nieszczęście religia: obskuranckie chrześcijaństwo Radiomaryjne – oparte na lękach przed światem, zdegradowane do problemów plemiennych, jakby Chrystus umarł na krzyżu tylko za Polaków – któremu władza PiS-u w symboliczny sposób zhołdowała państwo polskie. Być może podział na dwa narody pogłębia też zderzenie na obszarze Polski cywilizacji zachodniej – wolnościowej, tolerancyjnej, otwartej, z cywilizacją wschodnią – w której konflikt pan-niewolnik był znacznie silniejszy niż w Polsce, państwo ważniejsze od jednostki, a godność, wolność i rozum zastrzeżone dla władzy. Tego narodowego rowu mariańskiego, który przechodzi przez środek kraju, dzieląc miasta, wsie i rodziny, nie zakopiemy tak łatwo.
Naród jako jednolity, niezmienny i ponadczasowy blok biologiczno-kulturowy nie istniał nigdzie, ani w Polsce ani w Europie. Tak podpowiada rozum, nauka i zdrowy rozsądek. To był mit. Istniejemy jeszcze tylko dlatego, że naród ciągle się zmienia. Żyją jeszcze wśród nas naoczni świadkowie efektów egoistycznego kultu własnego narodu, pojmowanego jako dziedziczny związek krwi. Mam nadzieję, że manifestując pod hasłem „My, Naród” (broniąc Konstytucji, mamy prawo używać tego wyrażenia), nie przeistoczymy się w ten odrażający, nacjonalistyczny motłoch, który aż za dobrze znamy z historii naszej i naszych sąsiadów, o którym tak ciepło pisze „ideolog PiS-u”.
Dzieli nas więc prawie wszystko. Stosunek do narodu, do wolności, do państwa, do demokracji, do kościoła toruńskiego i krakowskiego, język, polityka zagraniczna, stosunek do przeszłości, stosunek do logicznego myślenia, do Lecha Wałęsy, do gejów, gender, długo można wymieniać. Czy mamy więc ze sobą w ogóle coś wspólnego?
Tak. Konstytucję.
Uznajmy więc, że po prostu jesteśmy narodem w sensie konstytucyjnym. Możemy żyć, kooperować, wymieniać towary i uśmiechy. Nie mamy już innego wyjścia jak tylko stać się świadomie narodem tylko w tym sensie. Tak jak Amerykanie, Szwajcarzy czy Brytyjczycy. Warto tu przypomnieć, że zwrot „My, Naród” pochodzi z Konstytucji Ameryki. I jest to nowoczesne pojęcie narodu: oznacza obywateli podległych tylko Konstytucji i prawu, niezależnie od kultury, poglądów, pochodzenia etnicznego, czy religii. W Ameryce „naród” w takim sensie jak to rozumie ideolog PiS-u – plemienne więzy krwi – właściwie nigdy nie istniał.
Wnikając głębiej w filozofię Konstytucji łatwo dostrzeżemy, że porozumienie na bazie Konstytucji jest możliwe.
Naród konstytucyjny
Aby zachować demokrację, zmniejszyć wpływy oligarchii partyjnej, pożegnać mentalność poddańczą i scalić naród, obywatele muszą jednak wziąć więcej władzy w swoje ręce. Przypomnijmy więc na czym polega właściwie władza narodu jako suwerena. Generalną zasadę opisuje Konstytucja w Art. 4: „1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. 2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.”Warto przytoczyć wykładnię tego artykułu, którą podaje prof. Ryszard M. Małajny: „Jego zasadnicze przesłanie to imperatyw, że władza zwierzchnia należy do narodu, a jego przedstawiciele jedynie ją sprawują, o ile wyjątkowo naród nie czyni tego bezpośrednio”. („Polskie prawo konstytucyjne na tle porównawczym”). To jest odwrócenie ról. My, Naród jesteśmy w Polsce gospodarzem, nasi przedstawiciele są zatrudnionymi przez nas pracownikami. Nie odwrotnie. Powtórzmy sobie to wiele razy. Oddajemy sprawowanie władzy naszym przedstawicielom tylko ze względów czysto organizacyjnych: nie możemy sprawować władzy bezpośrednio w sposób efektywny na co dzień.
Władza w Polsce nie powinna więc należeć do oligarchii partyjnych. Partie nie powstały po to, aby nad nami panować i czerpać nieuzasadnione korzyści materialne, jak to jest teraz. Są tylko i wyłącznie po to, aby pomóc narodowi w sprawowaniu władzy – jak normalni pracownicy. Do myślenia i debatowania. W parlamencie. Jawnie. W dzień. I większość obywateli nie akceptuje demokracji, w której rolę faktycznego suwerena przejmuje oligarchia partyjna. Dlaczego „partyjna hołota” miałaby się zajmować hodowlą polskich Arabów? Symbolicznym przykładem jest wyrzucenie z pracy dyrektora Białowieskiego Parku Narodowego przez funkcjonariusza, który ujął ten akt w krótkiej formule: „w imieniu Prawa i Sprawiedliwości zwalniam Pana”. Prawo, konkurs, wiedza nie mają znaczenia. Tego nie można zaakceptować w demokracji opartej na godności i merytokracji.
Kryzys demokracji wywołany pasożytnictwem elit partyjnych jest problemem całej Europy. Według badań Eurobarometer, udostępnionych w niemieckim tygodniku „Spiegel”, wśród sześciu instytucji publicznych zaufanie do partii znalazło się na ostatnim miejscu. Można śmiało użyć słowa: katastrofa. Brak zaufania do partii średnio wyraża aż 78% Europejczyków. W Polsce: 79%. We Francji: 90%. Po prostu obywatele zrozumieli, że jest to patologiczny układ, który jak pasożyt żeruje na liberalnej demokracji, traktując obywateli jak zwykłych frajerów. Trudno przewidzieć, czym zakończy się ten trend. Ale wskazuje on na konieczność reform. Sądzę, że powinny one polegać na radykalnym ograniczeniu wszechwładzy partii i sprowadzeniu jej do myślenia, przekonywania, jawnego debatowania i przygotowania aktów prawnych. Partia jako think tank generujący programy dla kraju, branży, regionu i reprezentujący naród w parlamencie. Koniec.
Żadnych stanowisk dla członków partii w sferze władzy wykonawczej – tam powinna panować zasada merytokracji, oparta na surowych konkursach. Potrzebni są sprawni menadżerowie i kompetentni urzędnicy, a nie lojalne miernoty. Aby to wprowadzić nie trzeba zmieniać Konstytucji.
Aby porzucić mentalność poddańczą i ograniczyć władzę oligarchii partyjnej – oprócz artykułu 4 – trzeba przypomnieć sobie i zapamiętać, że konstytucyjna doktryna demokracji wynika z pojęcia godności człowieka. Demokracja i prawo są w Polsce oparte na godności. Godność rozumiana jako moralna wartość – ponadprawna i przedkonstytucyjna – przenika cały system obowiązującego prawa: od Preambuły Konstytucji do regulaminu biblioteki i autobusu miejskiego. Najbardziej istotne cechy godności wynikają z sytuacja egzystencjalnej człowieka: dysponuje on wolną wolą ,zdolnością posługiwania się rozumem i jest śmiertelny. Jest tak skonstruowany, że sam musi rozstrzygać co jest prawdą, co jest dobrem a co złem, co powinien robić w życiu i jak się zachować w konkretnych sytuacjach. Nikt z niego tej autonomii nie zdejmie. Jej granicę stanowią systemy wartości. Z prawnego punktu widzenia ostateczną granicą tej wolności jest dobro drugiego człowieka. Godność jest więc prawem, obowiązkiem i koniecznością.
Godność uznana została za najważniejszą wartość w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ. W artykule 1 czytamy: „wszyscy ludzie rodzą się równi pod względem swej godności i swych praw. Są oni obdarzeni rozumem i sumieniem i powinni postępować wobec innych w duchu braterstwa.”
Ale pojęcie to wywodzi się jeszcze ze starożytności i ważną rolę odgrywa w kulturze judeo-chrześcijańskiej: człowiek został stworzony „na obraz i podobieństwo Boga”. Co istotne, godność jest także fundamentem prawa kanonicznego i demokracji w doktrynie chrześcijańskiej od czasów Soboru Watykańskiego 1962 – 65 r. Ważna dla współczesnych demokracji jest oświeceniowa interpretacja Kanta: „człowiek nie może być nigdy środkiem do jakiegoś celu, lecz zawsze musi być celem samym w sobie”. Niemiecki Sąd Konstytucyjny uznał na przykład ustawę zezwalającą na zestrzeliwanie samolotów pasażerskich porwanych przez terrorystów i zagrażających atakiem na budynki, jak na WTC, za niezgodną z Konstytucją z tego właśnie powodu. Nawet gdyby w samolocie był jeden pasażer, a zagrożony biurowiec wypełniony ludźmi.
Zasada godności obowiązuje także w Polsce – Preambuła Konstytucji potwierdza istnienie „przyrodzonej godności człowieka”, a Art. 30 uznaje, że godność jest wartością i prawem przyrodzonym, niezbywalnym i nienaruszalnym. Tak więc wartość konstytucyjna jaką jest godność wynika z samej sytuacji egzystencjalnej każdego człowieka. Nabywamy ją nie poprzez nadanie prawne, sprawowanie urzędu, przynależność do stanu arystokracji, lecz poprzez sam fakt urodzenia (poczęcia). Konstytucje państw europejskich tylko to potwierdzają.
Wynika z tego oczywisty wniosek, że mamy w Polsce niezwykle silny wspólny fundament moralny i najwyższe prawo konstytucyjne, które umożliwia nam, a także nakazuje wzajemny szacunek. Konstytucja zawiera więc potencjał, który jest w stanie scalić obywateli w jeden byt polityczno-prawny. Nawet jeżeli nie da się zbudować wspólnoty kulturowo-światopoglądowej. Wobec tak silnego nakazu różnice poglądów nie mają aż tak dużego znaczenia, jakby nam się wydawało. Zarówno wierzący jak i nie wierzący, wyborcy PiS-u, wyborcy partii demokratycznych i obywatele nie uczestniczący w wyborach, a więc większość – My, Naród – powinniśmy się akceptować, a różnice poglądów przedstawiać sobie wzajemnie w sferze publicznej zgodnie z regułami rozumu, aby tworzyć dobrze urządzone państwo. Debaty i werbalizacja woli narodu w sferze publicznej, to realizacja zasady godności i sposób na uniknięcie katastrofy.
Czy przestrzeganie prawnego i moralnego obowiązku wzajemnego szacunku opartego na rozumie, wiążącego wierzących i niewierzących, jest w Polsce utopią? Nie wiem.
Aktywacja kolosa
Ale wiem, że demokracja w kraju tak radykalnie podzielonym nie może już polegać na wrzuceniu głosu do urny raz na cztery lata. Powinniśmy aktywować naród, który w pewnych okolicznościach – zgodnie z Konstytucją – może uczestniczyć w sprawowaniu władzy w sposób bardziej bezpośredni, ograniczając jednocześnie antydemokratyczne wpływy oligarchii partyjnych, Kościoła, „wyróżnionych” związków zawodowych czy koncernów.Niezależne społeczeństwo poprzez organizacje pozarządowe powinno więc zagospodarować sferę publiczną: stworzyć system stałych, prostych, a więc i niedrogich referendów konsultacyjnych, które umożliwią nam systematyczne poznawanie woli narodu, i werbalizację w formie jasnych i zrozumiałych postulatów. Prawo, zanim stanie się prawem, powinno pojawić się w wolnej sferze publicznej. „My, Naród” musi przejąć inicjatywę i formułować tematy poruszające opinię publiczną, a nie pozostawiać tego zadania tylko Jackowi Kurskiemu i mediom uzależnionym od oglądalności. Komunikujmy się i twórzmy demokratyczną wolę wokół ważnych spraw i rzeczywistych problemów, a nie zajmujmy się tematami podrzucanymi nam przez partyjnych manipulatorów od PR lub z IPN. Nie pozwólmy, aby naszymi umysłami sterowali partyjni spindoktorzy. To proceder sprzeczny z konstytucyjną zasadą godności.
Naród powinien się porozumiewać, myśleć, dyskutować, wymieniać myśli, argumenty, proponować, mówić, pisać. Bez pomocy polityków, państwa i mediów publiczno-partyjnych. Sprawdzajmy fakty, pomysły, programy, ideologie w jawnej i dobrze urządzonej sferze publicznej. Demokracja w pierwszej kolejności polega na tym, że naród zna i rozumie swoją wolę. Tak było z Postulatami Sierpnia ’80, które znalazły się na liście najbardziej wartościowych dokumentów świata UNESCO – „Pamięć Świata”. Stwórzmy ich nowoczesną wersję, dostosowaną do czasów Internetu, jako stałą instytucję polskiej demokracji.
Proces ten może się składać z następujących etapów: sformułowanie problemu, rozległa i rozłożona w czasie debata, zakończona sondażem przedstawiającym wolę obywateli, także tych którzy nie biorą udziału w wyborach. Trzeba organizować debaty na konkretne tematy, potem sprawdzić poprzez zwykłe badanie socjologiczne – jak sondaże poparcia partii – i wyniki przedstawiać w jakiś uroczysty sposób, w obecności mediów, jako Postulaty do realizacji naszym reprezentantom. Efekt nie byłby więc bezwzględnie wiążący, byłby ważnym postulatem wyborców. Można tę instytucję nazwać referendum konsultacyjnym, referendum wstępnym lub Trzecią Izbą Parlamentu, bo zarządzana byłaby przez organizacje pozarządowe III Sektora. Ale mniejsza o nazwę, chodzi o zwyczajne wyrażanie woli narodu w fazie przed-normatywnej. Może za dziesięć lat przekształcimy to w prawdziwe „szwajcarskie” referendum.
Tylko III Sektor może to zorganizować. Zaangażowanie organizacji NGO w organizację sfery publicznej powinno pociągnąć za sobą większą aktywność sponsoringu obywatelskiego. Potrzebne będzie coś więcej niż tylko odpisy 1%. Po to rozwinęliśmy społeczeństwo obywatelskie, żeby teraz przejęło cześć realnej władzy, zmniejszając proporcjonalnie władzę oligarchii partyjnej. Nikt oprócz Was tego nie zrobi. Wszyscy wiemy, o kogo chodzi. Wystarczy wejść na portal Klon/Jawor – www.klon.org.pl, czy – www.ngo.pl. Trzeba obudzić obywatelskiego kolosa. Larum grają.
Na początek, inicjując tę instytucję, możemy sprawdzić jaka jest wola narodu w sprawach, które nas tak mocno podzieliły. Przede wszystkim należałoby więc sprawdzić, czy naród nie chciałby uszczuplić władzy oligarchii partyjnych:
- czy partie powinny decydować o obsadzaniu stanowisk w administracji i spółkach, czyli problemy związane z ustawą o służbie cywilnej, co jest jednym z głównych sposobów likwidacji ustroju oligarchii partyjnej. Warto dodać w tym kontekście pytanie o sposoby finansowania partii, czy o ograniczenie zakresu wydatków, na przykład zakaz reklam, a więc manipulowania nami za nasze pieniądze.
- pełne i bezwarunkowe odpartyjnienie mediów publicznych i podporządkowanie ich kontroli obywatelskiej, tak aby był to fragment sfery publicznej, a nie partyjnej czy rządowej.
- przywrócenie pełnej kontroli sądów nad inwigilacją obywateli, a więc oznacza to zmianę ustawy o policji
- przywrócenie niezależności prokuratury, co jest jednym z warunków funkcjonowania państwa prawa.
Sprawy niezależności Trybunału Konstytucyjnego właściwie nie ma co poddawać pod debatę, bo to nie jest temat do rozstrzygania: jeżeli Trybunał przestanie funkcjonować, to znaczy, że ostatecznie skończy się demokracja, a oligarchia partyjna PiS straci legitymację do sprawowania władzy w Polsce. Od tego momentu obywatele mają prawo do oporu. Wszelka współpraca z dyktaturą oligarchii musi być traktowana przez społeczeństwo obywatelskie jako kolaboracja. Ponadto w sprawie ustawy o Trybunale zbierane są już podpisy KOD, więc lepiej kontynuować to w tej formie.
Taki sposób werbalizacji woli narodu jest znacznie prostszy niż zebranie stu czy pięciuset tysięcy podpisów pod inicjatywą ustawodawczą czy referendum, które mimo ogromnego wysiłku organizacyjnego i tak lądują w koszu. Właściwie są to instytucje, które raczej zniechęcają do partycypacji i demokracji. W przypadku referendum konsultacyjnego będziemy wiedzieli ilu obywateli jest za, ilu przeciw. Wynik będą znać także nasi przedstawiciele w parlamencie. Trudniej to zignorować, bo byłoby to jawnym i oczywistym działaniem wbrew woli większości narodu. Natomiast organizowane obecnie liczne sondaże poparcia partii politycznych i zaufania do polityków nie powinny nas w zasadzie interesować.
To jest remedium na zmianę poddańczej mentalności dużej części obywateli. To jest także sposób na ponowne scalenie dwóch narodów w jeden obywatelski; różnice pozostaną, ale zaczniemy rozmawiać o rozwiązywaniu realnych problemów. Człowiek wolny powinien żyć i działać, posługując się w pierwszej kolejności rozumem, jak zakłada to Konstytucja RP.
***
O funkcjonowaniu sfery publicznej i budowie demokracji deliberatywnej pisałem w innym kontekście także w dwóch poprzednich artykułach w Studio Opinii:
Waldemar Sadowski: Bitwa o Ministerstwo Prawdy Waldemar Sadowski: Przepraszam, czy suweren też może coś powiedzieć!?***
Deklaracja: jestem wolnym autorem; nie reprezentuję i nie jestem członkiem żadnych partii politycznych, organizacji pozarządowych ani biznesowych; nie reprezentuję KOD, ani nie jestem we władzach tej organizacji (uczestniczę w manifestacjach jako „szara piechota”).
Waldemar Sadowski



Ożywcze są tezy Autora prezentowane w artykułach. To próby świeżego spojrzenia na znane zagadnienia, w technice jest to nazywane innowacyjnością.
Oby z tego narodził się zmodernizowany, korzystniejszy dla Narodu porządek demokratycznego Państwa.
„…pełne i bezwarunkowe odpartyjnienie mediów publicznych i podporządkowanie ich kontroli obywatelskiej, tak aby był to fragment sfery publicznej, a nie partyjnej czy rządowej.”
Czy Autor mógłby powiedzieć jak wyobraża sobie realizację tego punktu, ew. gdzie na świecie widział przykład takiej realizacji?
Obywatelskiego kolosa póki co pan nie obudzi. Już wielu próbowało, a rezultat ma pan w najnowszych sondażach.
Diagnoza nie budzi zastrzeżeń. To co jest mało realne to postulat aby „obudzić obywatelskiego kolosa”. Zakłada on wzrost spontanicznej aktywności społecznej na rzecz sprawowania władzy. Tymczasem władza się dawno sprofesjonalizowała i permanentna, społeczna jej kontrola jest marzeniem i utopią. Bywają okresy wzmożenia takiej aktywności obywatelskiej w chwilach przełomów w Polsce (np. 1980-1981) ale maja one charakter wyjątkowy jako potwierdzający regułę. Postulaty odpartyjnienia państwa, o których napisał Autor:
– obsadzanie stanowisk w administracji i spółkach, czyli problemy związane z ustawą o służbie cywilnej,
– sposoby finansowania partii, ograniczenie zakresu wydatków, na przykład zakaz reklam,
– pełne i bezwarunkowe odpartyjnienie mediów publicznych i podporządkowanie ich kontroli obywatelskiej, tak aby był to fragment sfery publicznej, a nie partyjnej czy rządowej.
– przywrócenie pełnej kontroli sądów nad inwigilacją obywateli, zmiana ustawy o policji, niezależności prokuratury Takie postulaty wymagają innych rozwiązań.
*
Te w/w postulaty i pewnie szereg innych powinny znaleźć swoje instytucjonalne odzwierciedlenie w Konstytucji a na jej staży powinien stać Urząd Ochrony Konstytucji (UOK) podporządkowany Trybunałowi Konstytucyjnemu. Wypracować to mogą NGoSy wspólnie z opozycją a potem NGosy mogą wspomagać UOK na rzecz aktywnej polityki antyoligarchicznej.