Jerzy Łukaszewski: Żegnając złudzenia

czarnykot016-03-20

[dropcap]M[/dropcap]ało kto lubi pożegnania. Tym bardziej, jeśli z góry wiemy, że rozstanie potrwa długo, może już na zawsze. Wtedy nawet zwykła przeprowadzka ma charakter pogrzebu, a kto lubi pogrzeby?

 

Uwaga 1: odpowiedź na to pytanie wcale nie jest oczywista, moja niania lubiła. Tajemnicą psychologii jest – dlaczego.

Naturalną jest rzeczą, że człowiek stara się odwlec nieuniknione i opóźnia rozstanie jak tylko się da.

A jednak przychodzi moment, w którym trzeba przekroczyć próg, bo nic innego do zrobienia nie zostało.

Zawsze wydawało mi się, że łatwo godzę się z rzeczywistością. Staram się chodzić obiema nogami po ziemi i rzadko ulegam złudzeniom. Tak mi się dotąd wydawało.

Aż tu nagle przekonałem się, jak bardzo się myliłem.

Proszę wybaczyć ten może zbyt osobisty ton, ale wstrząs był naprawdę silny.

Nie od dziś wiadomo, że można coś lub kogoś udawać. Do czasu. W końcu przyjdzie sprawdzian, który zweryfikuje nasze postawy, czasem w sposób zaskakujący dla nas samych.

Dyskutujemy ostatnio wiele na temat poczynań nowej władzy. Dla mnie w najmniejszym stopniu nie było i nie jest zaskoczeniem to co i jak ona robi. Co do tego nigdy nie miałem wątpliwości. Jest w swych poczynaniach zbyt prymitywna by kogokolwiek zaskoczyć.

Sporym zaskoczeniem jest natomiast wciąż wzrastające poparcie jakiego doznaje od rodaków, tego – przyznaję się – nie przewidziałem.

Wypadałoby wyciągnąć z tego wnioski.

Najprostsze i najbardziej oczywiste – to oni lepiej odczytali potrzeby polskiego społeczeństwa i są na nie lepszą odpowiedzią, niż my.

Samokrytycyzmu nigdy dość – o tej prawdzie już większość z nas zapomniała.

Ale idąc dalej tym tropem dochodzę do kolejnego wniosku. Jeśli potrzeby naszego społeczeństwa są takie jak odpowiedź na nie, którą oglądamy co dnia, a która to odpowiedź nie odnajduje się w stosowanym dotąd przez nas sposobie rozumowania, to znaczy, że albo myliliśmy się ze wszystkim od dawna, albo mamy do czynienia ze społeczeństwem nie do końca stosującym tego rozumowania zasady..

A może i jedno i drugie na raz?

No bo spójrzmy najpierw na siebie: wielu z nas kładąc na szali swój dotychczasowy autorytet, ciężko i uczciwie zapracowany, kazało nam wierzyć w ciepłą wodę w kranie uważając to za wystarczający powód dla wiekuistego sprawowania władzy przez tych, którzy nam ją podgrzali.

Aż dziw, że nie widzieli i nie widzą rzeczy tak oczywistej, że to co wystarcza im, nie będzie już wystarczało pokoleniu ich wnuków. I słusznie, bo w przeciwnym przypadku wszelki rozwój świata stanąłby pod znakiem zapytania.

Równie dobrze można by sobie wyobrazić francuską szlachtę w obliczu rewolucji ganiącą plebs za „nieuzasadnione” wymagania w stosunku do zastanej rzeczywistości. A przecież ta szlachta nie zabijała już chłopa dla kaprysu jak to niegdyś bywało. Znaczący postęp, nie da się ukryć. No to o co plebsowi chodzi? Nie dość, że żyją? Chcą zniszczyć to co z takim trudem zbudowały pokolenia Ludwików?

Rozumowanie toczka w toczkę podobne.

To z naszej strony, a z drugiej?

Pycha i buta charakterystyczna dla prostaka, który został księciem, dorwawszy się do władzy i może robić co mu się żywnie podoba. I wcale mu się tak nie wydaje. Tak rzeczywiście jest, bo aby takiej sytuacji nie było musiałby istnieć ktoś, kto potrafiłby przekonać społeczeństwo, że on się myli. A nikogo takiego nie ma i jeszcze długo nie będzie z powodów, o których wyżej.

Znane są opisy pamiętnikarskie z czasów powstań kozackich, które do złudzenia przypominają to co się obecnie dzieje w Polsce. Do głosu dochodzą najniższe instynkty, niczym nie hamowane, gwałtowne, dzikie, pospieszne niszczenie wszystkiego jakby w obawie, że za chwilę mogą skończyć się możliwości. W gruncie rzeczy podszyte strachem, ale tym bardziej okrutne i bezwzględne, nie znające żadnych zasad i granic. Pomylenie wolności z wyzwoleniem, ba – podniesieniem na piedestał – chamstwa, zawiści, zazdrości i kundlizmu to też „dorobek” ostatniego prawie trzydziestolecia. Nie oszukujmy się – także nasz dorobek.

Jakże żałośnie w tej sytuacji brzmią głosy „powinno być tak jak było”. I obrażanie się na to, że tego już nie ma.

Nowe sytuacje wymagają nowych środków i sposobów walki. Tymczasem jakakolwiek próba ich wymyślenia kończy się na niczym. Jakakolwiek próba rozmowy kończy się słowami „najpierw przywróćmy to co było, a potem pogadamy” . A ja wiem, że wtedy TYM BARDZIEJ nie pogadamy. Tylko nie lubimy patrzeć w lustro i widzieć, że właśnie tacy jesteśmy.

A skoro nie potrafimy znaleźć metod skutecznych w nowych warunkach, to czego oczekujemy? Najświętsza Panienka ich nam nie sprowadzi, a zresztą ona też już biega na posyłki u barbarzyńców.

W ten sposób coraz głębiej zanurzamy się w absurdy nowej rzeczywistości i jedyne co nam się udaje to wynajdywanie nowych inwektyw pod adresem przeciwnika, choć one przecież są tylko wyrazem naszej frustracji i bezsilności.

Są bez wartości. Nikomu krzywdy nie wyrządzą, bo przeciwnik jest na nie odporny jak mało kto. No to po co tracić na nie energię, której i tak niewiele nam zostało?

KOD przy przyjętej przez siebie metodzie niczego nie zdziała i nie ma się co łudzić, że będzie inaczej. Mimo to spełnia pozytywną rolę „przypominacza”, który nie pozwala wielu z nas przyzwyczaić się do nowej sytuacji i uznać jej za normalną. A to już jak na dziś wiele, przyznaję.

Kluczem do wszystkiego jest jednak ta większość społeczeństwa, której nie znamy. Mogę powiedzieć „nie znamy” widząc jak nasze kolejne prognozy rozbijają się o tworzoną przez tę większość rzeczywistość.

Tyle że tej większości nie ukształtował PiS. Przy najlepszych chęciach nie można go obarczyć odpowiedzialnością za systemowe zidiocenie społeczeństwa. On z tego tylko korzysta, czemu trudno się dziwić. Każdy by korzystał gdyby umiał.

Przykładów aż nadto.

Nikogo w naszym społeczeństwie nie dziwi, że za zapowiadaną gromko politykę historyczną bierze się minister nie edukacji, ale obrony narodowej. Zapowiada lustrację wojskowych izb pamięci, co jeszcze byłoby do pewnego stopnia zrozumiałe. Ale on idzie dalej. Będzie uczył swojej wersji historii nas wszystkich.

Nikogo z wychowanych przez nas (PRZEZ NAS!) młodych ludzi nie dziwi zdanie powtarzane przez pana ministra, że „polityka historyczna to mówienie prawdy o własnej historii”. Nikt im nie wytłumaczył, że prawdzie niepotrzebna jest żadna polityka. Po prostu powinna być obecna, nic więcej.

Ale może też oznaczać, że ta prawda w naszym wydaniu historii też nie była obecna, że też prowadziliśmy jakąś politykę historyczną.

Nad tym nikt się nie zastanawia, bo i po co, prawda? Przecież my mamy rację z definicji.

Pan minister zsyła wojskowych prokuratorów pracujących przy śledztwie smoleńskim m. in. do Hrubieszowa, a gówniarz będący rzecznikiem MON cynicznie opowiada, że „przecież to nie takie duże odległości, bo wszystkie jednostki wojskowe są na terenie kraju”. Mało tego – przestają być oni prokuratorami, zostają wcieleni do „normalnych” jednostek.

Ktoś się za nimi ujmie? Myślę, że wątpię. Koledzy z wojska się cieszą, szybciutko zajmują zwolnione posadki, a lud komentujący wypisuje teksty w stylu: „A dobrze im tak! Niech się cieszą, że nie siedzą!”. To są cytaty – to tak dla jasności.

Dzieje się ewidentna krzywda ludziom rozdzielanym z rodzinami i nikt nie protestuje. Prywatna zemsta oczadziałego gnoma stoi ponad prawem, przyzwoitością i wszystkimi chrześcijańskimi cnotami razem. Cnotami, których tak ponoć pilnuje pan D**a. No może i rzeczywiście pilnuje. Aby przypadkiem nie wydostały się z zamknięcia.

No, ale skoro Naród tak chce, to co można zrobić?

Naród klaszcze kiedy capo di tutti capi oświadcza, że najbogatsi Polacy to ludzie związani z SB. A na uwagę dziennikarza, że wśród nich są i młodsi dodaje, że to „resortowe dzieci”. Wyjaśnienie absolutnie genialne, uniwersalne i łatwe do zrozumienia dla każdego kretyna. A przecież takimi wyjaśnieniami wygrywa się wybory.

Naród wie, że jest lepszy, zdolniejszy i kreatywniejszy od wszystkich szefów firm razem wziętych i żyłoby mu się lepiej, ale mu Żydzi i komuniści przeszkadzają.

A ja się zastanawiam, gdzie to się ulęgło? Na Marsie? Z pewnością nie.

Miało toto mamusię i tatusia, chodziło do szkoły, dostało świadectwa ich ukończenia i rozumuje tak jak rozumuje. I decyduje, bo może. Tyle właśnie może. Tylko czy aż?

Mój mądry i sympatyczny rodak, Natan Gurfinkel usiłował ostatnio dociec po kiego licha ktoś zaczyna grzebać w tak śliskim temacie jak naród, narodowości i związana z tym przynależność osobnicza.

Podzielam, jak to najczęściej bywa, jego opinie, aczkolwiek w tym przypadku zabrakło mi jednej rzeczy.

Tego mianowicie, że podobne dywagacje zajmują umysły coraz większej liczbie ludzi i to w najróżniejszych krajach. Naszą spécialité de la maison jest wprawdzie fakt lansowania owych śliskich tematów przez oficjalne czynniki rządzące, ale w tym przypadku to tylko techniczny szczegół.

Niektórzy obserwatorzy uznają ten trend za naturalny odruch samoobrony w sytuacji coraz większej marginalizacji człowieka w globalnej wiosce, w jego coraz większej bezbronności wobec anonimowych twórców modelu świata jaki nam się narzuca nie pozostawiając żadnej alternatywy, w ogólnym zagubieniu niweczącym głoszoną oficjalnie wolność, w tym wolność wyboru, jednym słowem – za przejaw czegoś w rodzaju instynktu samozachowawczego, nie do końca uświadamianego, bo czysto fizycznie rozumianego, wręcz zwierzęcego.

Chłonąc w niemym zachwycie przejawy tzw. postępu gdzieś po drodze zgubiliśmy człowieka, w którego ponoć interesie tenże postęp się odbywa.

A człowiek – mówiłem już o tym parę razy – nie zmienił się mentalnie tak bardzo od czasów jaskiniowców. Sporą liczbę jego instynktów warunkuje fizyczność, a ta niewiele odbiega od portretu człowieka pierwotnego. Samolotowi można dodać dodatkową parę skrzydeł, trzecią nogę człowiekowi nie bardzo.

Jeśli prześledzić znane reakcje człowieka jaskiniowego na zjawiska czy sytuacje, to okaże się, że my reagujemy dziś podobnie.

Za rzadko, moim zdaniem, brali to pod uwagę myśliciele, zbyt wiele filozoficznych dywagacji odbiegało od tego zjawiska widocznego przecież gołym okiem.

A tacy ludzie chodzą na wybory, nie zaś „ludzie teoretyczni”, których daje się wyposażać w cechy stworzone przez nasze chciejstwo, marzenia czy dążenia.

Wiem, pisałem już o tym parę razy, przepraszam, że nudzę. To już po raz ostatni.

Patrząc na to co się dzieje w Polsce nie traćmy z oczu reszty świata. Niewykluczone, że mamy do czynienia ze zjawiskiem globalnym, które w ostatecznym rachunku zetrze z powierzchni naszą cywilizację, jak to już nieraz bywało.

W przeszłości wielkie cywilizacje okazywały się niezwykle kruche w obliczu kryzysu społecznego, a przecież z tym mamy do czynienia i to nie tylko u nas.

Nie wszędzie jest to jeszcze tak jaskrawe, ale wszędzie rośnie, wystarczy prześledzić wyniki wyborów z kilkudziesięciu krajów z ostatnich lat.

A jeśli uważamy, że zostało nam jeszcze trochę czasu, zacznijmy zastanawiać się nad sobą i to bez upiększeń i futra pychy, które tak słodko potrafi ogrzewać nasze spragnione ciepełka ciała i umysły.

Twierdzenie, ze „wszystkiemu winni są ONI” jest tyleż nieprawdziwe, co jałowe jeśli chodzi o poszukiwanie środków zaradczych.

O ile nam w ogóle jeszcze na nich zależy.

„Co było nie wróci i szaty rozdzierać dziś próżno…” © by Bułat Okudżawa.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

28 komentarzy

  1. otoosh 2016-03-20
  2. wb40 2016-03-20
  3. koraszewski 2016-03-20
  4. slawek 2016-03-21
  5. narciarz2 2016-03-21
  6. narciarz2 2016-03-21
    • slawek 2016-03-21
  7. Sir Jarek 2016-03-21
  8. Sir Jarek 2016-03-21
    • jotbe_x 2016-03-21
  9. Marian. 2016-03-21
  10. Sir Jarek 2016-03-21
  11. Sir Jarek 2016-03-21
  12. Sir Jarek 2016-03-21
  13. zenjk 2016-03-21
    • BM 2016-03-21
  14. Sir Jarek 2016-03-21
  15. narciarz2 2016-03-21
  16. j.Luk 2016-03-21
  17. wejszyc 2016-03-21
  18. Marian. 2016-03-21
  19. Marian. 2016-03-22
    • BM 2016-03-22
  20. Marian. 2016-03-22
    • BM 2016-03-22
  21. Marian. 2016-03-22
    • BM 2016-03-23
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com