Czwarty odcinek moich zapisków prowadzonych po stanie wojennym w 1982 roku rozpoczyna wspomnienie masowej demonstracji w Warszawie przeciwko huncie wojskowej. Hunta, zwana tu „wroną”, nie godziła się na dzielenie władzy ze społeczeństwem, więc pod hasłem „ocalenia narodowego” wypowiedziała narodowi wojnę. Chodziło o to, żeby raz na zawsze, czyli skutecznie, wybić nam z głowy wszelkie próby wyrywania się z komunistycznego kotła. Spokoju pilnowały na ulicach czołgi.
Mimo to, pierwszego maja, cztery miesiące po wprowadzeniu stanu wojennego odbyły się jednak w kraju pierwsze masowe demonstracje antyreżimowe.
Teraz, kiedy po wolnych wyborach PiS przejął całą władzę w Polsce, czołgów na ulicach nie ustawił i demonstracje antyrządowe są dozwolone. Ale są. Zaczęły się dużo wcześniej niż po tamtej dyktaturze – bo zaraz po pierwszych próbach stosowania sztuczek z łamaniem prawa i paraliżem Trybunału Konstytucyjnego zawiązał się Komitet Obrony Demokracji.
Mamy prawo głosu, gazety, radio, telewizję i internet. Możemy protestować i protestujemy. A przecież czujemy coś podobnego jak wtedy – bezsilność wobec zagarniania coraz to nowych obszarów życia publicznego i społecznego, przez władzę która nie ma zamiaru liczyć się z żadną, niewygodną dla siebie opinią. Władzą, która zawierzyła Prezesowi, że ma receptę na uniwersalne szczęście dla narodu. A kto ozdrowieńczej kuracji przeszkadza – jest wrogiem.
4 maja 1982
Przed pierwszym maja Urban z radosną pewnością siebie przekonywał korespondentów zagranicznych na kolejnej konferencji prasowej, że w Warszawie nic się tego dnia nie wydarzy. Palnął głupotę, bo już w wigilię 1 maja udała się druga audycja radia „Solidarność”. Wprawdzie szybko ją namierzyli i przerwali, ale jednak nasi dali głos. A samego 1 maja odbywały się w wielu miastach dwie równoległe demonstracje.
Ja poszłam z Olą Garlicką najpierw do żoliborskiego kościoła gdzie było kazanie księdza Popiełuszki, a potem pojechałyśmy dołem do Karowej i w górę pieszo do Krakowskiego Przedmieścia – jedyną drogą, którą tam jeszcze wpuszczali. Stałyśmy koło kościoła Wizytek i z daleka widziałyśmy po lewej stronie poprzez kordon milicji manifestację pod Uniwerkiem. Na Krakowskim Przedmieściu barykada z bud milicyjnych osłaniała oficjalny pochód z czerwonymi sztandarami. To była wizja, ale mieliśmy też fonię – po lewej krzyczano: MO-gestapo, Wa-łę-sa, Wojsko z nami itp., a na wprost z megafonu płynął miodowy głosik spikerki: – „właśnie przechodzą zakłady akumulatorowe”, albo – „oto idzie studium cyrkowe z Jedlinka”.
Wrażenie niesamowite, jak w teatrze absurdu.
W pewnej chwili zamarłam ze strachu, bo tłum spod Uniwerku zaczął iść powoli w naszą stronę – prosto na wozy milicyjne. A wiedziałam, że gdzieś tam są Tomek i Joasia, bo już rano poszli. Milicji robiło się coraz więcej, zajeżdżała z bocznych ulic, nawet w autokarach Orbisu. Potem okazało się, że Tomek był na Starówce na głównym pochodzie, a Joasia najpierw była tu wcześniej na mszy, a potem też poszła na Starówkę. Wrócili po południu do domu razem z kolegami, bardzo podnieceni. Przynieśli flagę z namalowanym znakiem Polski walczącej. Opowiadali, że biało-czerwone flagi wyciągało się ze stojaków, w które były zatknięte oficjalnie, domalowywało się coś – np. napis „Solidarność” i wtykało z powrotem na miejsce. I że w niektórych oknach ludzie stali i płakali.
My widziałyśmy na Krakowskim jak gęstniały kordony milicyjne – chodziło o to, żeby jeden pochód nie przeniknął do drugiego. Na Plac Zwycięstwa nie można było wejść bez przepustki, bo tamtędy szedł pochód oficjalny. Ale i tam niektórzy trzymali dzieci na ramionach, a one miały chorągiewki „Solidarności”. Na Wisłostradzie, kiedy ludzie zobaczyli, że jadą za nimi budy milicyjne, wzięli się za ręce i krzyczeli: „nie bójcie się, jest nas 10 milionów, cała Polska jest z nami.”
Społeczeństwo się trzyma. Opowiadała nam znajoma, która pracuje w Hucie Warszawa, że kiedy przyjechała tam oficjalna delegacja japońska zobaczyła porozrzucane wszędzie ulotki z napisem „Solidarność” po japońsku. A gdzieś na Śląsku podobno w akademiku zaimprowizowano prowokację – studenci szeptem przekazywali sobie informację: „w czwartek o 9-ej, pamiętaj”. A kiedy w czwartek o 9j zajechało MO, otworzyły się okna i cały akademik zaśpiewał: – „umówiłem się z nią na dziewiątą”…
4 maja 1982
Wczoraj znów były w Warszawie parogodzinne rozruchy nazwane oficjalnie „zamieszkami ulicznymi”. Zaczęło się ok. 16 na Starówce – termin i miejsce zbiórki ustalono podobno w czasie manifestacji pierwszomajowej. Uformował się pochód, który milicja rozpędziła sikawkami, a potem doszło do poważnych rozruchów – rzucano kamieniami, ZOMO puszczało gazy, Na Krakowskim demolowano samochody. Ulice usiane były czerwonymi flagami, które młodzież zrywała, darła i paliła.
Jechaliśmy wieczorem do znajomych autobusem, widzieliśmy po drodze oddziały ZOMO, rozpraszane grupy młodych ludzi, okrzyki – „gestapo”. Potem okazało się, że telefony w mieście wyłączono. A w Sejmie, jak na ironię, w tym czasie odbywała się sesja plenarna na temat porozumienia społecznego. Ogłosili tam oświadczenie, że stan wojenny stworzył warunki do porozumienia i apelują do narodu, żeby się włączył. Ani słowa, rzecz jasna, pretensji do władzy, chociaż ciągle udają, że Sejm jest przedstawicielem narodu.
Rakowski wygłosił mowę na temat polityki rządu w dziedzinie nauki i kultury. Ma to być wyciągnięta ręka władzy, a polega na tym, że druga strona ma przyjąć z radością proponowane warunki. Kto nie jest przeciw, to zapraszamy. Trzymamy was wprawdzie na muszce, ale nie obrażajcie się, nie emigrujcie wewnętrznie, bo tylko sami na tym stracicie.
Cokolwiek władza teraz zrobi, ludzie i tak nie uwierzą – zwiększy terror, no to wiadomo. Złagodzi – znaczy, że jest słaba i trzeba ją docisnąć. Znaleźli się w sytuacji bez dobrego wyjścia. Zresztą podobnie jak społeczeństwo – większość ludzi chce oczywiście, żeby był spokój i z niechęcią patrzy na te rozruchy, ale młodzież nie odpuszcza.
A ludzie mają w głowach groch z kapustą. Któregoś dnia Andrzej jechał taksówką i kierowca mówi: – wiesz pan, ja też należałem do tej „Solidarności”, ale potem zobaczyłem, że jednak za dużo Żydów tam mają. Jeden pasażer pokazał mi zdjęcie – Michnik, Modzelewski, objęci z Rakowskim. No to wie pan…
5 maja 1982
Minister spraw wewnętrznych, Kiszczak ogłosił, że na terenie kraju aresztowano 1372 osoby, 72 milicjantów jest rannych, ilu cywilów – nie podał. W samej Warszawie aresztowano 270 osób, w tym 40 uczniów i 50 studentów. Komentarze, jak zwykle – obce agentury podburzają młodzież, a ci – wiadomo, nieświadomi, więc dają się nabrać. „Cyniczni gracze, nieodpowiedzialne grupki” – który to już raz w historii polska młodzież porywa się na aparat przemocy…
Wczoraj byliśmy w Teatrze Polskim na „Vatzlavie” Mrożka w reżyserii Dejmka. Świetne przedstawienie, pełne aluzji. Po słowach: – „A jeżeli idziemy w złym kierunku, to może lepiej zawrócić” – wybucha owacja na sali.
7 maja 1982
Cały czas czekam na odpowiedź z „Przeglądu Technicznego” czy mnie zatrudnią. Nie ma pracy, więc znów jestem w Nataci. Trzeba naprawić płot bo się rozwalił, może uda mi się załatwić u miejscowych jakieś drewno.
Przeczytałam artykuł Młynarza – tego czeskiego dysydenta. Uważa on, że iluzją są teorie, że Jaruzelski zostanie węgierskim Kadarem. Bo Polska nie ma teraz takich sprzyjających okoliczności jakie miały Węgry w 56 roku, kiedy w Moskwie był Chruszczow, który sprzyjał reformom. Młynarz uważa, że polska hunta wojskowa będzie musiała zwiększać terror, bo reform nie ma tam kto przeprowadzać.
Przed wyjazdem, na urodzinowej kolacji Tomka wywiązała się dyskusja – Andrzej usiłował być racjonalny – co ma przynieść opór młodzieży, czy jest jakakolwiek szansa, że oni się tego przestraszą i zmiękną? Tomek na to, że może szansy nie ma, ale to nie znaczy że mamy się pogodzić z tym niewolnictwem. Pogodzić się nie można, więc chociaż trzeba im zatruwać życie, osłabiać i w końcu się rozlecą.
A tu Banulowa, nasza miejscowa sąsiadka, jej mąż pracuje w lesie, powiedziała: – „za mało roboty tam macie w Warszawie, to sobie flagami wymachujecie”. Przeciwnikami stanu wojennego jest młodzież, inteligencja – ale bez aparatu administracyjnego – i klasa robotnicza, głównie młodzi z wielkich zakładów przemysłowych. Drobnomieszczaństwo najszybciej sobie kupią.
12 maja 1982
Wróciłam z Nataci a w „Przeglądzie Technicznym” nic nowego.
Poszliśmy wczoraj na węgierski film „Przewodniczący stadniny”. Ponura historia z 1950 roku. Kiedy się pomyśli, ze ten stalinizm może wrócić, to żyć się odechciewa. Z telewizji leją się kłamstwa, dowodzą, że rozruchy na 1 maja były inspirowane przez Wolną Europę, dają wywiad z jakimś agentem, który w tym radio niby pracował i wie ze KOR (Komitet Obrony Robotników) był na żołdzie CIA, i że to sami Żydzi. Żadnych metod się nie brzydzą, a najgorsze, że to do ludzi trafia. Innych informacji przecież nie ma, wszystkie strzały do jednej bramki i to z wielu dział.
Prezydent Reagan wygłosił tam u siebie przemówienie, w którym powiedział, że jeżeli rząd polski pogodzi się z „Solidarnością”, zwolni internowanych itp., to dostanie daleko idącą pomoc. A tu przeciwnie – idą obostrzenia. Ogłosili, że będą studentów wyrzucać ze studiów, uczniów ze szkoły, aresztowano ostatnio 2 tysiące osób, wprowadzili wyższe grzywny i są różne nowe pogróżki.
24 maja 1982
Byłam w „Przeglądzie Technicznym”, zaproponowałam im kilka tematów, wszystkie im się podobały. Wprawdzie etatu ciągle nie ma, ale zacznę już coś robić, może przyspieszę decyzję wydawnictwa.
W kraju bez zmian. Czasem ukazują się krytyczne publikacje, ale przeważnie leci reżimowa propaganda. Młodzież chcą tak zmiękczyć, że w radiowej trójce, najchętniej słuchanej przez młodych, puszczają cały czas zachodnią muzykę, a o polityce krajowej nic nie mówią. Rząd podejmuje jakieś niespójne decyzje – raz ogłasza zielone światło dla firm polonijnych i obiecuje bardziej rynkowe reformy w gospodarce, to znów leci sieczka ideologiczna i ograniczenia dla tych co za dużo zarabiają.
2 czerwca 1982
Zbieram materiały do dwóch artykułów – jestem już pracownikiem „Przeglądu” – i robię to z przyjemnością. Dojadło mi bezrobocie, a poza tym ciekawe jest obserwować z bliska co się w kraju zmienia. Byłam w paru firmach polonijnych – to jest nowe ciało na naszym rynku. Ciekawe jak będą przyjmowane, jakie kłody rzucą im pod nogi państwowe centrale handlu zagranicznego nieprzywykłe do konkurencji. Jak zasady wolnego rynku, rodem raczej z kapitalizmu dziewiętnastego wieku niż nowoczesnego, dadzą się pogodzić ze sztywnymi przepisami biurokracji socjalistycznej.
Podali dziś w dzienniku telewizyjnym, że nasz Dom Dziennikarza na Foksal został przekazany temu Duperelowi (nowa organizacja dziennikarzy). Formalnie nasze SDP już nie istnieje.
Jutro spotykam się z dziewczynami z „Kobiety i Życia”. Stawiam butelkę śliwowicy, one były dla mnie naprawdę wspaniałe.
8 czerwca 1982
Andrzej dostał depeszę, że ma przyznane to stypendium w programie Newman Fellow na Harwardzie!! To jest program dla dziennikarzy „w połowie kariery”, więc raczej dla młodszych od Andrzeja. I głównie amerykańskich, ale zawsze jest kilku cudzoziemców dla urozmaicenia. Polska jest teraz na topie, więc Andrzej się nadawał, zwłaszcza że miał rekomendację Johna Darntona z New York Timesa, który poza tym że jest znanym dziennikarzem dostał niedawno ważną nagrodę za korespondencje z Polski.
Program zaczyna się 1 września i trwa do czerwca. Mamy tam dostać mieszkanie dla rodziny i jakieś pieniądze na utrzymanie. Brzmi to jak bajka. Ale jak zdobyć paszporty? Poradzili Andrzejowi, żeby napisał do Kiszczaka (ministra spraw wewnętrznych), podanie o wydanie zgody na wyjazd.
14 czerwca 1982
Powiedzieli w radio, że w półrocznicę stanu wojennego ludzie pogodzili się już ze stabilizacją bo chcą spokoju i wydajnej pracy. I tylko nieodpowiedzialne grupki kierowane przez ekstremy zakłócały porządek w Gdańsku, Nowej Hucie i Wrocławiu.
A radio amerykańskie nadawało przemówienie Reagana, który powiedział, że sankcji dla Polski nie cofnie, póki władze nie zwolnią więźniów politycznych i nie rozpoczną rozmów z „Solidarnością”. Brak pomocy z Zachodu odczujemy boleśnie, ale to jedyna nadzieja że władze będą zmuszone złagodzić kurs i przeprowadzić jakieś reformy.
20 czerwca 1982
Andrzej był u Kiszczaka i dostaliśmy zgodę na wyjazd!!
Na wstępie prawił Andrzejowi komplementy, że zawsze czytał jego teksty w „Polityce”, i że będzie brakowało jego pióra… Rozmawiali chwilę o sprawach ogólnych, wyraźnie chciał się zaprezentować jako zwolennik łagodzenia konfliktów społecznych i żalił się, że opozycja nie docenia dobrej woli i różnych gestów rządu. Wreszcie powiedział, że dadzą nam te paszporty i zapytał czy po roku wrócimy. Andrzej na to, że my z żoną wrócimy na pewno, ale za dzieci nie może ręczyć, bo są dorosłe.
Spadło na nas to szczęście, no i zaczęły się schody – dzieci nie mają jeszcze wszystkich zaliczeń, a bez tego nie dostaną urlopu dziekańskiego. Trzeba sprzedać samochód, żeby mieć pieniądze na bilety. Wynająć komuś mieszkanie itp.
I co powiedzą na to w „Przeglądzie Technicznym”? Przecież dopiero tam przyszłam. Na razie staram się, dużo pracuję, umawiam się na liczne rozmowy. Nie ze wszystkich coś wyjdzie. Przekonałam się, że „Przegląd Techniczny” ma autorytet w kręgach menadżerskich. Z jednej strony to ułatwia pracę – ludzie chętniej mówią, ale z drugiej strony nie można pisać byle bzdetów.
26 lipiec 1982
Nasza młodzież pojechała do Nataci z całą ferajną na pożegnalny weekend. Zrobiłam im duży zapas weków na obiady, bo kupić tam nic nie można poza chlebem i jarzynami. Wrócili zadowoleni i opowiadali jaką mieli przygodę. Któregoś wieczoru, gadali, śpiewali i w pewnym momencie Wojtek Maziarski, który siedział przy otwartym oknie, wyciągnął rękę na zewnątrz i… trafił na magnetofon leżący na czyjejś dłoni. Wyskoczyli przez to okno i złapali chłopaka, który uciekał w stronę drogi. Był przerażony, błagał, żeby mu oddać magnetofon bo to nie jego, kazali słuchać i nagrywać, obiecali zapłacić… Kasetę młodzież spaliła w kominku, a magnetofon oddali chłopakowi, po długich targach, za pół litra.
Nie pamiętam czy ten młodzik wyznał kto mu kazał to robić i kto miał mu płacić, ale nasza młodzież podejrzewała, że maczał w tym palce Wiesław Górnicki. Sąsiad i przez wiele lat przyjaciel, teraz paradujący w mundurze pułkownika, prawa ręka Jaruzelskiego. Zawsze kiedy on teraz przyjeżdża, goryle tu krążą. Zwłaszcza teraz, kiedy zbliża się druga rocznica porozumień sierpniowych. W każdym razie w czasie tego weekendu pułkownik był na swojej działce.
2 sierpnia 1982
Wkupywałam się dziś do zespołu „Przeglądu”. Jest mi tam fajnie, pracuje się też dobrze – co przyniosę zaraz idzie do druku. Ale pracuję też solidnie, wypościłam się zawodowo przez te „wojnę”. Piszę prawie wszystko co chcę. I wydaje mi się, że przez cenzurę przechodzi teraz więcej niż za Gierka. Oczywiście jest to mniej niż ludzie oczekują, ale daje się wyrażać swoje poglądy, przynajmniej w sprawach gospodarki, którą się zajmuję.
Nie chcę przez to powiedzieć, że wojna jaruzelska minęła już bez śladu. Parę dni temu dali nagle wymówienie młodemu grafikowi z redakcji, za to że udzielał się politycznie jeszcze po wprowadzeniu stanu wojennego. Ogólnie ta redakcja nie jest jeszcze bardzo zżytym kolektywem, pewnie dlatego, że sporo ludzi odeszło stąd w stanie wojennym.
Wymienili odpowiedzialnego w KC partii za propagandę – był Stefan Olszewski, twardogłowy, a jest Główczyk, były naczelny „Życia Gospodarczego”. To chyba lepsza zmiana, ale wszystko się dzieje w klimacie takiego beznadziejnego partyjnego ględzeniu. Zmiany w gospodarce się ślimaczą i są nieefektywne, a rząd i wszyscy partyjni bonzowie powtarzają w kółko to samo.
Na przykładzie Urbana widać jak można przeżyć metamorfozę – był kiedyś normalnym dziennikarzem, raziła go ta partyjna paplanina jak wszystkich, a teraz wydaje mu się ważna i ciekawa! W artykule, który napisał po jakimś kolejnym wystąpieniu Reagana, najpierw długo wypowiada się w duchu – a u was murzynów wieszają, a potem lecą slogany – nasz naród wybrał sobie socjalizm itp.
5 sierpnia 1982
Przyszedł dziś do redakcji Maciek Iłowiecki i powiedział, że w budynku SDP na Foksal leżą paczki z książkami z naszego historycznego Zjazdu Nadzwyczajnego, który się odbył w okresie tamtych szesnastu miesięcy wolności. Poszliśmy z kolegą, wzięliśmy trochę egzemplarzy, żeby je uratować przed zagładą.
Byliśmy u Daniela Passenta i spotkaliśmy tam Rakowskiego. On Andrzeja ignoruje, nie może mu darować, że odszedł z „Polityki” pierwszy i zachęcił innych. W ogóle zrobił się jakoś obsesyjnie uczulony na swoim punkcie. Przez chwilę brałam udział w rozmowie, którą prowadził na boku, dużo mówił o listach, jakie masowo dostaje od ludzi, i że ludzie mają do niego zaufanie. Rzucał pomysłami, które mogą uzdrowić kraj, np. żeby młodzieży studenckiej powierzyć pod opiekę lasy. I tak, jak zwykle ludzie przy władzy, uważa że jest to genialna myśl.
26 sierpnia 1982
Zakończyłam już pracę dla redakcji – wszystko co sobie zaplanowałam zrobiłam i oddałam. Ostatni był wywiad z prokuratorem, który bronił ustawy o pasożytach społecznych.
Pożegnaliśmy się też z Natacią. Było tam ostatnio sporo atrakcji związanych z obecnością Moniki generałówny. Kąpała się i opalała kiedyś nago na pomoście ze swoim chłopakiem, a po jeziorze jechały na rowerze wodnym dwie baby z pobliskiego ośrodka nidzickich zakładów pracy. Zobaczyły gołą Monikę, ale nie wiedziały kto to jest. Podpłynęły do niej bliżej i zaczęły się drzeć, że tu się jakieś kurewstwo uprawia. A Monika się odpysknęła – gdybym była taką grubą krową jak pani, to też bym się nie rozbierała. Baba wezwała milicję, a milicja udając, że nie wie kim jest Monika, rutynowo poszła do jej sąsiadki, żeby spytać czy nagie opalanie Moniki jej przeszkadza. Traf chce, że tą sąsiadką jest Teresa Kuczyńska, dziennikarka tygodnika „Solidarność” i w ogóle zaangażowana w działalność podziemną. Ale że jest osobą nowoczesną i rozsądną, powiedziała milicjantowi, zgodnie ze swoim przekonaniem, że nagie opalanie jej nie przeszkadza, ale przeszkadza kiedy w tym ośrodku zakładowym puszczają wieczorami muzykę na cały regulator.
31 sierpnia 1982
Dziś druga rocznica porozumień gdańskich. Całe miasto obstawione milicją, czołgami, armatkami wodnymi. Z drugiej strony też ostre przygotowania. Władza od kilku dni przestrzega ludzi przez telewizję, ale młodych to nie zniechęca i trwają przygotowania. Wczoraj Tomek dowiedział się, że szykują butelki z benzyną, jakieś inne jeszcze materiały wybuchowe i są całkiem zdeterminowani je użyć.
2 września 1982
Szczęśliwie nie doszło do krwawej jatki. Ale w wielu miastach były masowe rozruchy, są ranni. Z tego co podawali, to oczywiście bardziej ucierpieli milicjanci. W Lubiniu była strzelanina i dwoje zabitych, jeden zmasakrowany w Gdańsku – to z oficjalnego komunikatu.
Ja byłam na Krakowskim Przedmieściu, koło Kopernika dołączyłam się do pochodu, który szedł od kościoła Św. Krzyża i w pewnym momencie zrobił się ogromny. Ludzie śpiewali „Boże coś Polskę” i skandowali – „Solidarność”, „wypuścić Lecha”, „hunta precz”. Doszliśmy tylko kawałek za Świętokrzyską, kiedy z tyłu nadjechały czołgi, zaczęli puszczać gazy i ludzie rozpierzchli się po bramach.
Tłum na Krakowskim wziął się stąd, że nie wpuszczali po południu na Plac Zamkowy ani na Plac Krasińskich, gdzie „Solidarność” wyznaczała miejsca zbiórki od godziny 16j. Także na Plac Defilad nie wpuszczali.
Wyrwałam się z tych gazów i z zapuchniętymi oczami poszłam do cioci Ziuty na Tamkę. Tam przyszły jeszcze dwie znajome. Na balkon nie dawało się wyjść, od gazów było aż biało. Ale przez okno widziałyśmy, jak co chwila przejeżdżały kolumny milicji i rozpraszały ciągle zbierające się grupki na Nowym Świecie i na Krakowskim. Ludzie uciekali w dół Tamką, a inny pochód szedł Tamką do góry i śpiewał „Jeszcze Polska…”
Wyszłyśmy, licząc że pójdziemy na dół i tam złapiemy autobus, ale tam też już rzucali gazy. Próbowałyśmy parkiem przedostać się do Pl. Trzech Krzyży, ale i tam były walki z gazami. Dołem weszłyśmy na most Poniatowskiego i koło KC znów dostałyśmy się w gazy. Nic nie jeździło, ani Alejami, ani Nowym Światem ani Marszałkowską. Poszłam Marszałkowską pieszo na północ, miasto wyglądało jak po pożarze, śmietniki poprzewracane. Ale żadnych porozbijanych sklepów czy wywróconych samochodów nie było. Paliło się coś w pawilonach koło Królewskiej, podobno rakieta wpadła do sklepu.
Doszłam do Pałacu Mostowskich, (siedziba milicji) strzeżonego oczywiście jak twierdza. Dalej nie puszczali, bo przy Stawkach i przy Dworcu Gdańskim też była bitwa. Przez ogrodzenie przedarłam się na Marchlewskiego i tam komunikacja już chodziła.
Kiedy przechodziłam przez to ogrodzenie, jakiś milicjant chciał mi pomóc, ale podziękowałam. Niektórzy z nich wyraźnie szukają kontaktu z ludźmi, próbują się uśmiechać, ale ulica zachowuje się, jeżeli nie wrogo, to z rezerwą do nich.
W Al. Jerozolimskich widziałam, jak paru chłopców odrzuciło w stronę milicjantów dymiące petardy i tłum na Smolnej klaskał i śmiał się z radości. Wtedy oni odpowiedzieli serią petard z gazami rzucanymi wprost w ten tłumek. Taką samą scenę Andrzej widział na Pl. Dzierżyńskiego.
Cztery i pół tysiąca osób jest zatrzymanych, głównie młodzież naturalnie.
3 września 1982
Wczoraj zaprosiliśmy trochę znajomych na pożegnanie. W nie najlepszym nastroju to przebiegało – podziały zostawiły różne urazy. Coś tam powiedziałam o wtorkowych zajściach, a Daniel (Passent) zaraz stanął w obronie władzy i atakował demonstracje. Mówię, że ludzie zachowywali się kulturalnie, nie było rozbitych sklepów ani samochodów, a on na to, że przecież nawet w telewizji pokazywali przewrócony samochód. Rzeczywiście pokazywali jedną przewróconą przyczepę we Wrocławiu, co jak na manifestację 36 tysięcy ludzi (o tylu mówił Urban), to raczej skromnie.
W „Polityce” błyskawicznie zrobili całą kolumnę relacji z wtorkowych wydarzeń. Pospiech utrzymany w dobrej tradycji dawnej „Polityki”, ale wymowa wredna, bo treść bardzo podobna do telewizyjnej. Starali się bagatelizować – „małe grupki”, „place puste” – a przecież wiadomo, że na te place nie wpuszczali. Poza tym sformułowania w rodzaju – „tzw. krzyż kwietny”, albo – „miało być porozumienie, a tu awanturnicy wychodzą na ulice…”
To niby jak ludzie mają dać wyraz swojej niechęci do tego co władza robi? Kiedy siedzą cicho, to oni mówią – „no proszę, ludzie popierają politykę partii”. Demonstrują – to „wyrostki i awanturnicy zakłócają spokój”.
12 września 1982
W przeddzień wyjazdu. Wczoraj sprzątnęliśmy mieszkanie, wszystko spakowane i poszliśmy na rosyjski film „Agonia” o końcu Romanowych. Przyjemnie popatrzeć jak imperium się wali. Niektóre sytuacje jak dziś – nasilenie buntu, przepaść między władzą i społeczeństwem… Bo tu codziennie mamy doniesienia o nowych procesach i różne inne znajome symptomy odradzającej się dyktatury. Nowe kierownictwo „Życia Warszawy” nie puściło, na przykład, informacji o tym, że pokazał się pierwszy numer „Przeglądu Organizacji” – tego miesięcznika Andrzeja, a to dlatego, że nazwiska w zespole redakcyjnym uznano za politycznie trefne.
W swojej redakcji miałam w piątek pożegnalną wódkę. Miły, młody zespół, dobrze się tam czuję. Obiecałam pisać regularnie korespondencje ze Stanów.
I jutro w drogę.
Agnieszka Wróblewska
- Agnieszka Wróblewska: Skąd ja znam ten nastrój?
- Agnieszka Wróblewska: Skąd ja znam ten nastrój? (2)
- Agnieszka Wróblewska: Skąd ja znam ten nastrój? (3)



Chodziło o to, żeby raz na zawsze, czyli skutecznie, wybić nam z głowy wszelkie próby wyrywania się z komunistycznego kotła. Spokoju pilnowały na ulicach czołgi.
.
To nie bylo takie proste. 13 grudnia rano pomagałem wynosic sprzet poligraficzny z Regionu Mazowsze na Mokotowskiej. Wieczorem byłem w jednostce w Zegrzu i dostałem mundur polowy, kałacha, i ostrą amunicję. Byłem bowiem kapralem podchorązym powołanym na rok do wojska, wiec musialem się zgłosic do mojej jednostki. Przez parę miesiecy chodziłem w Zegrzu na patrole i pilnowalem koksownikow. Wypuszczony do cywila na wiosnę, brałem udział w demonstracjach pierwszego i trzeciego maja, opisanych przez Autorkę. Potem w rocznicę porozumien gdanskich tez. Pamiętam gaz. Sam płakałem i nasz kot na Powislu tez płakał, choc mieszkalismy na trzecim piętrze. W odroznieniu od Autorki nie wyjechałem z kraju, tylko zostałem az do Porozumien Okrągłego Stołu, wyborow, i zmiany prezydenta na Wałęse. Wyjechałem potem.
.
Jako weteran obydwu stron konfliktu oswiadczam, ze według mojego najlepszego zrozumienia nie chodziło o to, żeby raz na zawsze, czyli skutecznie, wybić nam z głowy wszelkie próby wyrywania się z komunistycznego kotła. Czołgi nie pilnowały na ulicach spokoju. Ja nie po to stałem na moscie w Zegrzu z nabitym kałachem, zeby Autorkę trzymac w komunistycznym kotle. Nikt mi nie powiedział, po co stałem, bo w wojsku nie zawsze tłumaczą, do czego słuzą rozmaite dziwne i absurdalne polecenia.
.
Według mojego najlepszego obecnego zrozumienia, Ludowe Wojsko Polskie (ktorego byłem niechętną cząsteczką) obsadziło wszystkie najwazniejsze punkty kraju, lotniska, mosty, dworce kolejowe, i szosy po to, zeby Oni wiedzieli, ze jesli wejdą, to napotkają czołgi z ostrą amunicją, uzbrojone oddziały, i zdeterminowanych dowodcow. Nikt tego nie mogł wtedy jasno powiedziec. Gdyby powiedział, to Oni by weszli. Ale Oni nie weszli dlatego, bo MY postawilismy poprzeczkę zbyt wysoko, zeby IM sie opłacało sprawdzac stan bojowego przygotowania armii, ktora została wyprowadzona z koszar i rozstawiona we wszystkich strategicznych punktach kraju.
.
Kto tego nie rozumie, ten niczego nie rozumiał ani wtedy, ani nie rozumie teraz.
Natomiast nie przeczę, ze rezim wyrzucał ludzi z pracy, robił czystki, i w ogole zachowywał sie paskudnie. Ja po wyjsciu z LWP miałem pracę, bo mi to gwarantowała ustawa. (O dziwo, szacunek dla prawa był wtedy większy, niz teraz.) Ale moich kolegow wyrzucono, bo oni byli działaczami Solidarnosci. Niektorzy wyjechali, inni mieli parę lat przerwy w aktywnosci naukowej. Dobra zmiana była rownie paskudna, jak dzis.
.
Z drugiej strony, co to znaczy „rezim”? To słowo implikuje odpowiedzialnosc zbiorowa. A nie wszyscy byli sobie rowni. Jak pisze Autorka, „Andrzej był u Kiszczaka i dostaliśmy zgodę na wyjazd!!”. To nie wyglada na zbrodnię komunistyczna. Nie to, zebym sie Kiszczakiem zachwycał, no ale nie robmy z niego zbrodniarza. Sporo szamba z własnej inicjatywy produkowali gorliwi wykonawcy. Teraz jest podobnie. G..o sie przyczepia do okrętu i ono smierdzi najgorzej.
Panie Narciarzu, coś nam Pan tu fantazjujesz: „Ale Oni nie weszli dlatego, bo MY postawiliśmy poprzeczkę zbyt wysoko …”
Też byłem wtedy w wojsku jako podchorąży. Miałem wyjść do cywila w grudniu 81, a wypuścili na wiosnę 82. Najgorszy koszmar wprowadzania stanu wojennego przeżyłem od środka i na własnej skórze, i coś o tym wiem. Nie znałem dowódców, którzy mieli jakiekolwiek wątpliwości po której stronie ma stać wojsko. I to nie tylko oficerowie polityczni, ale również w 100% pozostali oficerowie zawodowi (od najniższego szczebla d-cy plutonu począwszy). Zresztą nie tylko oficerowie, ale podobnie myślał cały ten plankton wojskowy (podoficerowie) i nawet cywilni pracownicy wojska. Potem rozmawiałem z kolegami z innych jednostek i wszędzie było tak samo. Zwykli żołnierze z poboru byli kompletnie zdezorientowani i w dużym stopniu zdemoralizowani i totalnie ogłupieni, bo przez cały okres służby poddawani byli stosownej obróbce ideologicznej i nie sądzę, żeby umieli i chcieli przeciwstawić się dowódcom.
Poza tym stan naszego wojska pod względem techniczno-logistycznym był wtedy raczej kabaretowy (całe parki wypełnione przestarzałym, na ogół zepsutym, ale dobrze naoliwionym złomem, do którego brakowało części i paliwa, bardzo słabo wyszkoleni żołnierze bez podstawowych umiejętności nawet na poziomie harcerskim, powszechne oszustwa niższych szczebli wobec generalicji i ślepota tejże generalicji na fałszywe raporty służalczyków o stanie przygotowania do przyszłej wojny, jak się wtedy mówiło).
Gdyby R. weszli, nie napotkaliby jakiegokolwiek oporu ze strony LWP, a nawet jeśli gdzieś, nie wiem gdzie, byłby jakiś cień buntu, bardzo szybko byłby zneutralizowany, o czym nikt by się wtedy nawet nie dowiedział (bez łączności?).
Wobec powyższego, jedyne co mi pozostaje to serdecznie się uśmiać z cytatu o wysoko ustawionej poprzeczce (jw.).
Było zupełnie inaczej. Jaruzelskiemu udało się (ledwo, ledwo, co teraz już wiemy) przekonać „przyjaciół”, że potrafi sam zrobić tzw. porządek. Było pewnie jeszcze kilka mniej ważnych (wewnętrznych) powodów, że nie weszli, ale na pewno nie ten, że się przestraszyli naszego LWP.
*
Musze na tym skończyć, bo w TVPis2 – Ziemia obiecana. N-ty raz, ale od tego nigdy nie mogę się oderwać.
Też byłem wtedy w wojsku jako podchorąży.
Witam.
.
Nie znałem dowódców, którzy mieli jakiekolwiek wątpliwości po której stronie ma stać wojsko…. wszędzie było tak samo.
Ja tez nie spotkałem. Przypuszczam, ze wszędzie było tak samo.
.
Jaruzelskiemu udało się… na pewno nie ten, że się przestraszyli naszego LWP.
.
Myslałem, ze wyraziłem sie jasno. Jesli nie, to pokazuje i objasniam. (Dla nieweteranow: to takie wojskowe powiedzenie.) Jaruzelski wyciagnał wnioski z poprzednich interwencji. Na Wegrzech Imre Nagy wypowiedział posłuszenstwo, zreszta za namowa Zachodu. Wikipedia: Pochowany na śmietniku ze skrępowanymi drutem kolczastym rękami i nogami. Dubczek nie wyprowadził wojska z koszar. Rosjanie zawiezli go do Moskwy, podobno w papierowej torbie na głowie. Ale nie rozstrzelali. Z kolei interwencja w Kabulu zaczela sie od opanowania lotnisk. Wikipedia: Interwencja radziecka w Afganistanie w rzeczywistości zaczęła się w nocy między 24 a 25 grudnia 1979 roku, kiedy to radzieckie wojska powietrznodesantowe opanowały strategiczne lotniska w Kabulu i Bagramie.
.
Jaruzelski nie popelnił tych błedow. Po pierwsze, nie wypowiedział posluszenstwa, co byłoby pretekstem do interwencji. Ostentacyjnie pozostawał w sojuszu. Wyprowadzł wojsko z koszar i rozlokował wszedzie, gdzie nalezało. Mialo to dwa cele i dwa efekty. Po pierwsze, ogromny efekt psychologiczny wywarty na społeczenstwie. Po drugie, było to przygotowanie do obrony kraju przed Rosjanami. To była zagrywka pokerowa. Nikt, rowniez Rosjanie, nie wiedzieli, jak sie zachowa LWP. Nie wiedzieli, jakie sa zamiary kierownictwa. Wiedzieli jedynie, ze jesli LWP postawi opor, to bedzie kolejna katastrofa dyplomatyczna w dodatku do tej, ktora i tak juz mieli z powodu Afganistanu oraz z powodu presji wywieranej na Polske.
.
Gdyby R. weszli, nie napotkaliby jakiegokolwiek oporu ze strony LWP.
To jest stwierdzenie nie oparte na zadnych podstawach. Nie ma takze niepodwazalnych podstaw dla stwierdzenia przeciwnego. To własnie była istota zagrania Jaruzelskiego. On powiesił nad Rosjanami miecz Damoklesa. Nikt nie miał pewnosci, czy ten miecz spadnie. W tej sytuacji Rosjanom wygodniej było nie ryzykowac.
.
Jeszcze kilka sprostowan.
Poza tym stan naszego wojska pod względem techniczno-logistycznym był wtedy raczej kabaretowy
Nieprawda. Stan wojenny to był najsprawniej przeprowadzony wojskowy przewrot w historii wojskowosci. Owczesny stan naszego wojska pod względem techniczno-logistycznym do dzis imponuje wojskowym na całym swiecie.
.
bardzo słabo wyszkoleni żołnierze bez podstawowych umiejętności
Nieprawda. Umiejetnosci mieli wystarczajace dla przeprowadzenia gigantycznej operacji bez strat wlasnych i z minimalnymi stratami wsrod ludnosci cywilnej. Przypominam, ze ofiary w Wujku były dziełem ZOMO. Porownajmy liczbe ofiar stanu wojennego w ciagu kilku lat z liczba ofiar jednej wycieczki samolotowej.
.
powszechne oszustwa niższych szczebli wobec generalicji i ślepota tejże generalicji
Dowody?
.
o czym nikt by się wtedy nawet nie dowiedział (bez łączności?)
Ja byłem w wojskach łączności, a konkretnie w Wyzszej Oficerskiej Szkole Wojsk Lączności w Zegrzu. Widzialem radiolinie w działaniu. Powiedziec „bez łączności”, to nie jest nawet smieszne. Lącznośc w wojsku działała znakomicie. To, ze odcieto cywilom telefony, absolutnie nie oznacza, ze wojsko nie mialo łączności. Bylo dokładnie przeciwnie, czego byłem naocznym swiadkiem.
.
jeśli gdzieś, nie wiem gdzie, byłby jakiś cień buntu
.
W LWP nie było i nie mogło byc zadnego buntu. LWP bylo swietnie zorganizowane, zdyscyplinowane, i wypełnialo rozkazy dowodztwa. Z punktu widzenia Rosjan było jasne, ze LWP jest pod kontrola Jaruzelskiego i jego ludzi. Bunt nie polegałby na tym, ze paru podchorazych by sie schowało w rowie, ale na tym, ze cale LWP postawiłoby opor interwencji.
.
Jaruzelski zrobił to, co w dyplomacji nazywa sie „wysłaniem sygnału”. Z jednej strony były słowa, ale z drugiej były czyny. Przygotowanie LWP do obrony kraju to był czyn i tylko on sie liczył. Nikt nie wiedział, jakie rozkazy wyda Jaruzelski. Ale wszyscy wiedzieli, ze te rozkazy zostałyby wykonane. Na tym polegała pokerowa zagrywka, ktora Jaruzelski wygrał. W ten sposob ocalił niepodległosc kraju a takze swoje własne zycie.
.
A to, ze uczynił to za cene stanu wyjatkowego… No, coz. Tak było wtedy trzeba, zeby stłumic protesty, wziac kraj pod kontrole, i przygotowac sie do ewentualnej obrony przed Rosjanami. To nie oznacza, ze usprawiedliwiam wyrzucanie ludzi z pracy. Ale pamietajmy, ze dzisiaj niejaki Jarkacz funduje Polsce stan wyjatkowy bez zadnego powodu. Porownajmy to z owczesna sytuacja.
Lata 1981-83 spędziłem w Białobrzegach nad Zalewem Zegrzyńskim (9 pułk łączności). Gdy Bujak kichnął w Warszawie, to my od razu rozwijaliśmy całą łączność.
Podzielam pogląd narciarza2 o celu stanu wojennego i jego sprawnym wprowadzeniu. Jak by zachowali się żołnierze, gdyby nadeszła „bratnia pomoc” to oczywiście niewiadoma, ale dzięki Jaruzelskiemu na szczęście nie padły słowa:”Sprawdzam !”