Im głębiej w pomrokę dziejów pogrąża się słusznie miniony ustrój, im coraz mniej obchodzi coraz liczniejszych Polaków, tym śmielsi stają się jego przeciwnicy. Tym bardziej im żal, że podli ugodowcy pozbawili ich szans pokazania się na barykadach, że nikt nie zginął, że nie polała się krew.
Młodych rozumiem. Samemu mi szkoda, że zabrakło mnie w chorągwi husarskiej w Potrzebie Wiedeńskiej, że wyręczono mnie w zatykaniu biało czerwonej w Berlinie, maju czterdziestego piątego. Ale stare solidaruchy? Dziś może woleli by być wybrańcami bogów i polec młodo, obalając komunę. Ale dlaczego, do cholery, wtedy, dwadzieścia siedem lat temu nie wołali: na barykady! Do broni obywatele!
Opory, w S i wokół niej, przeciw siadaniu do Okrągłego Stołu, owszem, były. Przeciw udziałowi w kontraktowych wyborach jeszcze silniejsze. Wśród przeciwników był, miedzy innymi, Bronisław Komorowski, który jako prezydent wprowadzał święto w dniu czwartym czerwca. Nie chciał kandydować do Sejmu Tadeusz Mazowiecki, który już wkrótce temu Sejmowi przedstawiał pierwszy demokratyczny rząd.
Ale nikomu wówczas nie przychodziło do głowy, żeby nie siadać do Okrągłego Stołu dlatego, że nie warto i nie wolno gadać z czerwonym, skoro będziemy go zaraz obalać! Opór w szeregach opozycji demokratycznej i tego co pozostało z NSZZ Solidarność wynikał z obawy, że wchodząc w jakiekolwiek układy z władzą, legitymizujemy ją, sprawcę stanu wojennego i stajemy się listkiem figowym, przykrywającym wstydliwe miejsce systemu.
Taki był zresztą pomysł władzy, czy raczej jej liberalnej frakcji, gołębi. Na szczęście przewodzili jej Jaruzelski, Kiszczak, Rakowski, najważniejsi decydenci. Zdawali sobie sprawę, że sytuacja gospodarcza jest zła i będzie się szybko pogarszać, a z reform im nic nie wychodzi. Wiedzieli, że już się nie pozbędą opozycji, cieszącej się poparciem Zachodu, z którym coraz bardziej musieli się liczyć.
A przy tym wiedzieli, że opozycja jest słaba. Nie wypaliły strajki jesienią 1988 roku. Udowodniły, że nie ma już masowego związku Solidarność. Demokratyczna opozycja funkcjonowała: gadaliśmy, wydawaliśmy pisma i książki. Jeszcze nielegalnie, ale po roku 1986 już prawie jawnie, a w towarzystwie brylowali niedawni więźniowie polityczni.
Taką opozycję, wydawało się, można było bezpiecznie zalegalizować, uwzględnić jej postulaty ekonomiczne i mieć z kim dzielić się odpowiedzialnością za nadciągający kryzys. Ale szeroko rozumiany aparat władzy nie podzielał tego stanowiska swoich liderów. Wspomniana trójka, Jar-Kiszcz-Rak okazała się w mniejszości na Plenum Komitetu Centralnego PZPR, musiała zagrozić dymisją i demonstracyjnie opuścić salę na czas głosowania, by pod presją zaaprobowano ten stół.
Dyskutowaliśmy gorąco, ale pomysł by siadać przeważył, bo liczyliśmy na legalizację Związku i opozycji, możliwość otwartego działania, odbudowę zniszczonych struktur i wpływów. Z grubsza: na powrót status quo ante. Pomysł przeprowadzenia wyborów z naszym udziałem i możliwość walki o ograniczoną pulę miejsc w izbach parlamentu okazał się zaskoczeniem. Była to jednak propozycja nie do odrzucenia. Chyba że wraz z rezygnacją z pakietu zmian wolnościowej natury.
Dyskusje stały się jeszcze gorętsze. To już nie było: kupić, nie kupić, potargować można. Najwyżej trzaśniemy drzwiami. Teraz mieliśmy wejść do Babilonu, stać się elementem — niechby opozycyjnym — układu PRL-owskiej władzy. W czasie okrągłostołowych rokowań — w komisjach i w Magdalence — nikomu, po obu stronach, nie przychodziło do głowy, żeby ją przekazywać na jakichkolwiek warunkach.
PWA, czyli wychodzący od 1984 roku, cotygodniowy Przegląd Wiadomości Agencyjnych nie był już zakonspirowaną czteroosobową redakcyjką. Współpracownicy, od których jeszcze niedawno odbierałem był na mieście materiały, przychodzili teraz na kolejne zebrania redakcji. Staliśmy się instytucją i klubem dyskusyjnym. Po jednym takim, długim i burzliwym seansie, po przedstawieniu wszystkich możliwych i paru niemożliwych argumentów, podjęliśmy decyzję: PWA w to wchodzi! Idziemy na wybory. Popieramy je jako redakcja, choć przedstawiamy i kontrargumenty.
Głosowania nie było, gdyż nie byliśmy żadnym ciałem formalnym. Ci, którzy byli za bojkotem wyborów, uznali, że trzeba je wygrać — skoro one już będą. Co wcale nie wydawało się takie pewne.
Tu wtrącam, wedle słownika Melchiora Wańkowicza, smrodek dydaktyczny. W tej dyskusji i wielu innych, w których uczestniczyłem, ludzie się podniecali, zaperzali, lecz nigdzie nie słyszałem niczego ad personam. Nikt nikogo nie nazywał szaleńcem, prowokatorem, tchórzem, oportunistą, ni zdrajcą, agentem lub zaprzańcem. Niektórzy uczestnicy tamtych sporów dopiero w ostatnich czasach sięgnęli po wyzwiska.
To było, jak pamiętam, w kwietniu.
Pod koniec maja, już w redakcji ’”Gazety Wyborczej”, na pytanie Adama Michnika odpowiedziałem, że chyba wygramy, chociaż nie jestem taki pewien i dobrze będzie jeśli nawet tylko z bardzo niewielka przewagą.
– Wygramy tak, że aż się przestraszysz!
Założyliśmy się o pół litra. Na pytanie o kryteria tego przestraszenia się — Adam stwierdził: przyniesiesz bez pytania.
Przyniosłem.
Ernest Skalski



Chciałem napisać, że dzisiaj odwaga nie jest w cenie, ale ugryzłem się w palec, którym wpisuję ten tekst. Okazuje się, że właśnie teraz człowiek honoru ponownie pilnie poszukiwany. Prokuratorzy i sędziowie mają i będą mieć coraz więcej dylematów moralnych. Ugodowcy nie są w modzie, brylują chamscy hipokryci, którzy kupili sobie elektorat za pięć stów co miesiąc.
Okazuje się, że właśnie teraz człowiek honoru ponownie pilnie poszukiwany.
…………
A ja w obecność UFO i obcych zwyczajnie wątpię…
Będziemy przynosić za 3 i pół roku. Też bez pytania 🙂