2016-07-31.
W miarę jak czytam (i publikuję w SO) fragmenty swoich pamiętników pisanych u schyłku PRL-u, mam wrażenie, że historia zatoczyła koło.
Że mieliśmy już władzę, która kapitalizm wprawdzie tolerowała, ale miała do niego ograniczone zaufanie i go nie lubiła. I że obecna władza też kapitalizmu nie lubi, zwłaszcza rozpasanej wolności jaką ten ustrój ze sobą niesie. I chętnie rozciągnęłaby nam nad głowami jakiś państwowy parasol nad tą prywatną wolnością.
U schyłku PRL-u, czyli po stanie wojennym, komuna chciała naprawiać gospodarkę wpuszczając tu cienkim strumieniem kapitalistyczne lekarstwa — więcej swobód dla prywatnych przedsiębiorców, trochę obcego kapitału, trochę więcej wolności itp. Eksperyment z puszczaniem połowy taksówek lewą stroną jednak nie zadziałał, kapitalizm z tego się nie mógł urodzić. Kierownicza rola partii trwała i nawet jeżeli niektóre nowe towary pojawiły się na rynku, bankructwo państwa nieuchronnie nadchodziło.
Teraz mamy kapitalizm i rozwój, ale odnoszę wrażenie, że władza obecna boi się kapitalizmu i chciałaby go wziąć w karby, bo wnosi tu różne paskudztwa z Zachodu. A nawet jeżeli się go nie boi, to z pewnością mu nie ufa, bo bardziej wierzy w siłę sprawczą tego, co może skontrolować. Znam ten brak zaufania do „prywaciarzy” od młodości mi ich obrzydzali. Mam wyczulone ucho na tę nieufność. I teraz wyłapuje co chwila jakieś wzdychania do „bezpiecznych, państwowych banków”, argumenty za tworzeniem koncernów kontrolowanych przez państwo itp. Rzecz jasna, jak zwykle tak i tutaj, wszystko miałoby tym razem wyglądać lepiej, mądrze i skutecznie i oczywiście się udać. A gdyby udało się skutecznie zapanować nad gospodarką, dużo łatwiej można uzyskać to o co chodzi – umocnić władzę nad społeczeństwem…
Bo trudno się oprzeć wrażeniu, że monopol na władzę sądowniczą ambicji obecnej władzy nie zaspokoi.
Ludzi nie trzeba teraz kupować dostępem do towaru, jak próbowano u schyłku PRL-u, nie da się też wprowadzić cenzury, żeby ją potem w darze narodowi łagodzić. Jest inaczej, a jednak poczynania PiS-u nachalnie przypominają mi tamtą władzę – władza „pierwszego sekretarza”, selektywne przekupywanie swoich wybrańców, język nachalnej propagandy, pogarda dla zachodnich standardów, ambicje ulepienia nowego człowieka, zakłamywanie historii itp.
Wracajmy jednak do końcówki lat 80-ych. W ślad za zwiększaniem praw dla prywaciarzy, otwieraniem firm polonijnych, poszerzaniem handlu za dolary itp., popuszczano też nieco cugle w nadbudowie. Bez przesady, żeby się ludziom w głowach nie przewróciło, ale jednak znajduję w swoim pamiętniku, że cenzura złagodniała i że śmielej wracał do kraju duch „Solidarności”.
2 sierpnia 1987
Robiłam ostatnio reportaż z włocławskich „Azotów” – bank odmówił im ostatecznie kredytowania produkcji, są bankrutami. Teoretycznie powinni wygasić produkcję i wysłać ludzi do domu. Praktycznie to nie jest możliwe. — Wie pani co by się działo? — powiedzieli mi w radzie pracowniczej — dyrektor poszedłby do kryminału, bo nie można unieruchomić majątku wartości 100 mld złotych! Tak więc nikt takiego wariantu nie traktuje serio, podobnie jak w naszym systemie nie traktuje się serio pomysłów przejmowanych z gospodarki kapitalistycznej. — Niech się pan nawet nie waży – powiedziano dyrektorowi w ministerstwie.
Na przykładzie tych Azotów widać jak państwo radzi sobie z nowoczesnym przemysłem. Najpierw zakład zbudowano na licencji francuskiej, potem dochodziły urządzenia na licencji japońskiej, angielskiej, amerykańskiej. Kombinat piękny jak malowanie. Powinni dawać zyski, a przeżywają klęskę. Same problemy – każdej zimy mają kryzys z powodu ograniczonych dostaw gazu, bo tego co im przydzielają ledwie starcza, żeby utrzymać przy życiu instalacje.
W połowie lat 70. podpisali kontrakt na masową produkcję płytek PCW z Anglikami. Niezbyt szczęśliwie, ale tylko ten inwestor dawał im wtedy kredyt. Po trzech latach mieli produkować supernowoczesne płytki, tymczasem nie dość że koszt zakładu przekroczył ten planowany trzykrotnie, to razem z uruchomieniem wyszła nieskończona ilość usterek. Technologia tej produkcji wymaga, żeby wszystkie wytwórnie w kombinacie uruchomiono jednocześnie a to się okazało barierą nie do pokonania. Zamiast po trzech latach, jak planowano, produkcja ruszyła po dziesięciu, w dodatku awaria goni awarię.
Litania nieszczęść jest za długa żeby ją tu opisywać, ale doprawdy ręce opadają. Nabrali kredytów, a państwo kompletnie nie nadaje się do zarządzania przemysłem. Kto, kiedy i z czego będzie płacił te długi? Gdzie się nie ruszyć to same problemy – wszystkiego brakuje. W innym zakładzie dyrektor pokazywał mi zeszyt, w którym notuje sobie co potrzebują różni jego kooperanci – np. ten co produkuje śruby szuka drutu, a on właśnie potrzebuje mieć śruby, i wie gdzie można załatwić drut. Temu z drutem odstąpi przydział na cztery małe fiaty, bo właśnie szukali.
Piszę przykładowo, ale zeszyt widziałam naprawdę. I taka władza porwała się na wielkie uprzemysłowienie kraju! Gdzie się nie pojedzie — bezradność. Pamiętam, że kiedy dziesięć lat temu jeździłam po nowych budowach, kadra inżynieryjna tryskała optymizmem. Teraz odnosi się wrażenie, że przedsiębiorstwa puszczono w samotny rejs bez steru i bez żagla. Niektórzy w tych nowych fabrykach naprawdę się przejmują, ale co z tego? Jakość i ilość produkcji w nowoczesnych kombinatach daleko odbiega od normy — o tym, żeby rozruszać eksport nowoczesnych towarów na Zachód, jak planowano kiedy brali kredyty, można sobie tylko pomarzyć.
5 września 1987
Denerwuję się naszym kolejnym spotkaniem Koła Przyjaciół Seniora Dziennikarza. Rada Adwokacka w Al. Ujazdowskich zgodziła się jeszcze udostępnić salę, ale z oporami, bo podobno przychodzili już wypytywać jakie to ma być zgromadzenie. Tym razem chcemy zrobić dyskusję o dziennikarstwie – odpowiedzialność, granice wolności itp. Bo w przyszłym miesiącu „duperele” (to nowe „wojenne” SDPiR), mają swój zjazd, więc dobrze byłoby określić nasze stanowisko.
Miał to organizować Staszek Brodzki, ale siedzi na Mazurach więc znowu spadło na mnie. Zaprosiłam Passenta, najpierw się zgodził, ale potem wycofał kiedy usłyszał, że ma być w panelu razem ze Stefanem Bratkowskim i Darkiem Fikusem. Zgodził się Krzysztof Toeplitz, ale pod warunkiem, że będzie jeszcze ktoś drugi podobnej orientacji jak on. Tymczasem nie jest łatwo kogoś takiego sensownego znaleźć, a czas nagli. Nie wiem co będzie z powielaniem materiałów, bo dostępu do ksero nie mamy. Tak się stało, że jestem sama odpowiedzialna za całą organizację. Andrzej jest zły, bo ja się denerwuję,a i tak już wszyscy mówią, że wyglądam jak z krzyża zdjęta.
Na szczęście wyjechali już znajomi Ruscy z Leningradu – Wiktor i Lena. Fajni są, ale siedzieli dwa tygodnie, to jednak męczące. W ogóle ostatnio trochę za dużo się działo – w domu wymiana okien i drzwi, najważniejsze — wizyta Joasi z Robem, co drugi dzień jakieś życie towarzyskie. Dziś np. idziemy do Garlickich.
A propos – Galar był w Londynie w polskim instytucie im. Sikorskiego i na moją prośbę przywiózł ksero raportów jakie mój ojciec przysyłał tam z Samarkandy kiedy w 1941-2 roku był tam delegatem Rządu Londyńskiego. Poryczałam się kiedy to przeczytałam – okazuje się, że miał już bilet na statek kiedy armia Andersa opuszczała ZSSR i bezskutecznie czekał na zgodę zwierzchników, a oni zwlekali. Z tych protokołów wynika, że większość zdążyła wyjechać, a on tam czekał na odpowiedź aż go aresztowali. O aresztowaniu w protokółach nic nie ma, ale opowiadali nam Polacy, którzy po wojnie wrócili do kraju i pamiętają jak Ruscy go zabrali. Po śmierci Stalina dostaliśmy pierwszą oficjalną odpowiedź z Moskwy, że ojciec zmarł, ale o aresztowaniu, rzecz jasna, ani słowa. Galar mówi, że Stalin chciał się wtedy odegrać na rządzie londyńskim za to, że w Europie wybuchła awantura z powodu wykrycia winnych zbrodni katyńskiej. I chociaż nie martwił go wyjazd armii Andersa z ZSSR, to na funkcyjnych się mścił. Dobrze, że chociaż te raporty są, dowiedzieliśmy się z nich trochę o tym co tam robił, jak żył. Miał niespełna 40 lat kiedy zginął…
28 września 1987
Spotkanie na temat dziennikarstwa się odbyło, sala wypełniona po brzegi, ale nie byłam całkiem zadowolona. Po pierwsze KTT mówił dosyć prowokacyjnie, jak to on, że emocje biorą górę nad rozumem u Polaków. On przecież uważa, że nic wielkiego się w Polsce nie stało. Na sali było dużo ludzi o poglądach ekstremalnie różnych i reagowali na jego słowa nerwowo. Wyszedł dosyć wściekły i musiał widocznie użalać się bardzo w „Polityce” bo zadzwoniła do mnie potem Baśka Pietkiewicz, że w redakcji wszyscy byli oburzeni, bo zgromadzenie źle go potraktowało i że więcej nikt do nas na dyskusję nie przyjdzie. Najgorsze, że Baśka jakby to oburzenie podzielała…
Mimo tego incydentu wydaje się, że klimat polityczny nieco się w kraju ocieplił. Partia spuszcza z tonu, bo reformowanie kraju wyraźnie im nie wychodzi. Jak tak dalej pójdzie z odwilżą, to będziemy próbowali zarejestrować powtórnie nasze Stowarzyszenie Dziennikarzy. Zgody na pewno tak od razu nie dadzą, ale próbować warto. Niestety nie jesteśmy już tacy zjednoczeni jak po stanie wojennym, trochę się wszystko rozlazło, ale może jak przyjdzie co do czego… Stefan Bratkowski w każdym razie jest na posterunku.
29 października 1987
Wczoraj odbył się nasz kolejny panel, tym razem o białych plamach w historii. Przeżyłam przed tym „nerwówkę”, bo na parę dni przed tym spotkaniem adwokaci wymówili nam salę. Tłumaczyli, że są naciski i nie mogą się narażać.
A naciski wynikały pewnie z tego, że Urban powiedział o nas na swojej konferencji prasowej: grupa zbankrutowanych dziennikarzy wytupała i wygwizdała znanego publicystę, liberała, bezpartyjnego itp. itd. Bzdura, bo nikt KTT nie wytupał. Tylko on się, rzecz jasna, odegrał w felietonie i opisał całe spotkanie tendencyjnie pod hasłem – jak się porozumiewałem. Z właściwą dla siebie wyższością w stosunku do wszystkich głupków, którzy nie potrafią zrozumieć jakie są w Polsce realia. W każdym razie musieliśmy na gwałt szukać innej sali. Ojciec Andrzeja poszedł do dyrektora żoliborskiego Domu Kultury, bo go zna i na razie tam się będziemy spotykać.
Było pełno ludzi, ale niestety głównie starsze pokolenie. Czterech świetnych historyków w panelu – Kerstenowa, Borejsza, Friszke i Duraczyński. Ten ostatni partyjny, jakby ze strony rządowej. Sala zachowywała się w miarę spokojnie mimo tematu, który zawsze wzbudza emocje. Tylko parę razy odezwały się pojedyncze okrzyki i było trochę agresywnych pytań skierowanych do Duraczyńskiego, głównie o Katyń. Na początku powiedziałam parę słów o konferencji Urbana i prosiłam, żeby sala zachowywała się spokojnie.
3 listopada 1987
Andrzej poleciał do Izraela z naszą dziennikarską „Kaczką” na kongres narciarzy-dziennikarzy. Poleciał trochę wcześniej zaproszony przez Dana Fiszera, amerykańskiego korespondenta, który w czasie „Solidarności” był w Warszawie, a teraz jest w Jerozolimie. W przeddzień odlotu Andrzeja dzwonił tu, więc pytam co by chciał z Polski, a on mówi że bigos. Akurat miałam mięso, poleciałam do budki warzywnej po kapustę, na szczęście w niedzielę była otwarta. I jeszcze gorący słoik zapakowałam Andrzejowi.
Ludzie teraz więcej jeżdżą, także służbowo, trochę „odtajało”. Władza ciągle mówi o „nowym otwarciu”, o radykalnych reformach. Ale społeczeństwo nie wierzy i nie ma już do nich za grosz zaufania., dlatego wątpię, że to może ruszyć z martwego punktu. „Solidarność” wezwała do bojkotu referendum jakie rząd ogłosił na 29. listopada. Bo pytania są w takim stylu: czy chcesz żeby było dobrze? Nie ma żadnej alternatywy, a kto powie, że woli żeby było źle? Ta ekipa sześć lat już zmarnowała i teraz głoszą niemal te same hasła, które były w programie „Solidarności”. Po stanie wojennym obiecywali, że za trzy lata kraj stanie na nogi. A nierównowaga na rynku jest jaka była, inflacja rośnie, długi zwiększyły się niemal dwukrotnie. Teraz, kiedy każdy widzi gołym okiem jak państwowy przemysł robi bokami zapowiadają równouprawnienie sektorów, sto kwiatów dla przedsiębiorstw itp.
Wczoraj w Sejmie przysłuchiwałam się dyskusji na spotkaniu samorządów zakładowych. Są rzeczowi, odważni, mówią o absurdalnych przepisach. Wszędzie są biurokratyczne czapy, które same się przecież nie rozwiążą. Piszę teraz artykuł o „Desie” — mówią, że nie warto im więcej sprzedawać, bo pracownicy i tak nie mają prawa więcej zarobić.
Agnieszka Wróblewska



Pani Agnieszko, zawsze z zaciekawieniem czytam te wspomnienia. Bo także dobrze pamiętam tamte czasy. Pracowałem wtedy w Instytucie Ekologii PAN w Dziekanowie Leśnym (za Łomiankami) i przez parę lat kupowałem fluorometr do mierzenia zawartości chlorofilu w wodzie. Bardzo potrzebny opzyrząd w ekologii, ale co dostawaliśmy przydział dewiz, to po miesiącach oczekiwania okazywało się, że administracja w Pałacu Staszica nie mogła wyrobić się z zakupem, choć latałem tam do tych pań z kwiatkami, aby pamiętały o sprawie. Nie dało rady przez chyba trzy lata! To niewyobrażalne dziś, jaki był niewydolny i abstrakcyjny system w tej naszej biednej Polsce PRL…
A teraz rządzi ekipa, która trąci tym wszystkim, co najgorsze w tamtej epoce. Cóż, czym skorupka nasiąkła…