Jerzy Łukaszewski: Sztuka cenniejsza niż złoto7 min czytania

()

2016-08-04.

Tytuł popularnej książki Białostockiego sam mi się narzucił kiedy tuż pod moim domem Teatr Gdynia Główna wystawił niezwykły spektakl pt. „Flucht. Ucieczka”. Sceneria niecodzienna – autentyczne wagony na autentycznych torach kolejowych, a temat – los ludności cywilnej w II wojnie światowej.

Ludności wszelakiej, polskiej niemieckiej, bez rozróżnienia.

No Title

No Description

Być może to ta otoczka kolejowa sprawia, że nagle na naszych oczach, wbrew temu czego uczyliśmy się przez wiele lat, losy tych ludzi stają się zdumiewająco podobne.

Od czasów wojny secesyjnej kiedy to armia doceniła znaczenie kolei dla przebiegu działań militarnych kolej stała się sceną, na której dzieje wystawiły niejedną tragedię, czasem i taką nikomu nie znaną.

Mało kto wie, że np. wielkie majątki wyższych dowódców armii pruskiej urosły właśnie na akcjach szybko rozwijających się w II połowie XIX w. kolei. Przykładem choćby Helmut von Moldtke, udziałowiec kilku pruskich kompanii kolejowych.

Spektakl „Flucht” mówi o uchodźcach, o ludziach wysiedlanych, wyrzucanych z własnych domostw i trzeba przyznać, że jest to wciąż temat „żywy” w europejskich społeczeństwach, szczególnie tych, w których wiedza o tych wydarzeniach dostosowywana bywała do aktualnych potrzeb politycznych.

Sam wykłócałem się z przyjacielem Niemcem o ich Związek Wypędzonych i zdumiewałem kiedy tłumaczył mi co to za organizacja, czym się zajmuje i kogo zrzesza. Dla nas to zawsze byli tylko Hupka i Czaja a dziś szczególnie przeze mnie nielubiana pani Steinbach.

Przyjaciel pokazywał mi to w nieco innym świetle i muszę się przyznać, że do pewnego stopnia przekonał.

No Title

No Description

Ciekawostka lokalna – niecałe 100 m od torów, na których wystawiono w Gdyni ten spektakl mieszkała w czasach mojego dzieciństwa rodzina tzw. Baltendeutschów czyli Niemców z Łotwy i Estonii przesiedlonych tu w 1939 roku na miejsce wyrzuconych mieszkańców Orłowa – dzielnicy, która jako pierwsza zaznała goryczy wypędzenia.

Ci ludzie nie uciekli przed Armią Czerwoną w ’45 roku. Nie wiem dlaczego, a przynajmniej wtedy nie wiedziałem. Miejscowi traktowali ich „normalnie”, nie pamiętam jakiejś niechęci w stosunku do nich, co najwyżej żarty nas – dzieciaków ze starszego pana – dentysty, który do końca życia nie nauczył się dobrze po polsku i nieraz na zakupach niemiłosiernie kaleczył nasz język. Żona nauczyła się polskiego znacznie lepiej.

Już jako dorosły zainteresowałem się tymi ludźmi o tyle, że na cmentarzu kolibkowskim, w którego renowacji miałem swój udział znaleźliśmy w spisach pochówków dwie osoby narodowości niemieckiej, które wg zapisu parafialnego „nie zdążyły uciec”, a nie były dawnymi mieszkańcami naszej miejscowości.

Temat wysiedlonych z naszego terenu Niemców przy bliższym badaniu okazał się nie taki prosty, jak się początkowo wydawało.

Po wojnie wysiedlano ich wszystkich nie patrząc kto jest kto. Tymczasem byli wśród nich różni Niemcy.

Byli tacy, którzy mieszkali tu od 300 i więcej lat – ostatecznie pierwszych Niemców sprowadzali do nas książęta pomorscy już w XIII wieku. Tu były ich korzenie, tu mieli szeroko rozgałęzione rodziny, tu była ich ojczyzna, innej nie znali.

Wspomniani Baltendeutsche to jeszcze inny „gatunek”. To, że zajmowali mieszkania po wyrzuconych Polakach nie nastrajało do nich przyjaźnie do czasu kiedy dowiedzieliśmy się, jak to zasiedlanie Gdyni Niemcami wyglądało naprawdę.

Otóż władze hitlerowskie chcąc uczynić z naszego miasta „twierdzę Gotenhafen” postanowiły przesiedlić do niej Niemców z Inflant. Ale – nie pytając ich w ogóle o zdanie. Długo po wojnie dowiedziałem się, że ich los był uderzająco podobny do wypędzonych Gdynian. Dano im czas na spakowanie się i nie pytając o zgodę ładowano do wagonów wg rozdzielnika – tylu i tylu inżynierów, tylu i tylu lekarzy, adwokatów itd.

Bezduszna machina biurokratyczna traktowała własnych obywateli jak rzeczy, jak pozycje w statystyce. Potrzeba stu nauczycieli niemieckich? Proszę bardzo – stu nauczycieli „dostarczono”.

Czyli de facto – to samo mieszkanie połączyło dwie grupy skrzywdzonych ludzi. Ludzi wyrwanych z rodzinnych domów w imię nieludzkiego politycznego projektu, traktowanych jak narzędzia do wykonania określonego zadania.

Mieszkanie i te wagony, które zagrały w spektaklu „Flucht”.

Wypędzani z domów Gdynianie, dziś zrzeszeni we własnym związku, to osobny rozdział.

Ich odyseja zaczęła się właśnie w Orłowie, tam gdzie grany był spektakl „Flucht”. 12 października 1939 roku wyrzucono z domów ok. 4000 mieszkańców tej dzielnicy, by zrobić miejsce dla spodziewanego przybycia Baltendeutschów.

Do samego faktu wysiedlenia doszło jeszcze zamieszanie administracyjne, bo władze niemieckie pogubiły się i wydawały czasem sprzeczne zarządzenia określające kto z Polaków może w Orłowie zostać.

Zbyt szybkie przeprowadzenie wysiedlenia skutkowało później utyskiwaniem urzędników:

„.. nie jest celowe przeprowadzanie wysiedlenia w tak krótkim czasie jak to miało miejsce w Adlerhorst (Orłowo – przyp. mój). W wyniku zbyt szybkich działań ludzie tracą głowę, biorą ze sobą nieważne i zbędne przedmioty, pozostawiając na miejscu inne konieczne do życia, przez co stają się ciężarem dla władz”.

Podpisano : Obersturmbannführer SS (podpis nieczytelny)

Jeszcze bliżej mieszkający torów, na których wystawiono spektakl niemiecki rzeźnik Sorge, z rodziny mieszkającej tu „od zawsze”, biegał wzdłuż szpaleru ustawionych do wymarszu Polaków i wciskał swoim sąsiadom i klientom paczki z żywnością na drogę. Wielu o tym zwyczajnie nie pomyślało.

Dziwnym trafem niedawno odnalazł się nagrobek ojca pana Sorge, zniszczony przez radzieckie czołgi, które przejechały po orłowskim cmentarzu ewangelickim.

No Title

No Description

Postanowiono, że zostanie na cmentarzu, pod murem kościoła jako pamiątka czasów, kiedy ludzie różnych narodowości żyli tu obok siebie i jak pokazała historia, potrafili być dobrymi sąsiadami nawet w obliczu najgorszego.

„Flucht” to spektakl pod każdym względem niezwykły. Zrealizowany we współpracy z niemieckim teatrem „Das Letze Kleinod” z udziałem aktorów z Polski, Niemiec i Rosji, oparty nie na narracji historyków, a na wspomnieniach ludzi, dla których wojna oznaczała niechcianą wędrówkę, właśnie przez to „prywatne” spojrzenie na temat przejmujący bardziej, niż jakiekolwiek inne ujęcie tego niełatwego przecież tematu.

Skrajnie surowy jeśli chodzi o scenografię w zadziwiająco prosty sposób oddaje atmosferę tamtych wydarzeń.

Fakt, że ludzie, których wspomnienia posłużyły za kanwę scenariusza byli w  czasie wojny dziećmi, dziećmi z Niemiec, z Polski i z Rosji, dał całemu obrazowi niezwykłą siłę oddziaływania na widza swoją prostotą, czasem dziecięcą naiwnością, a przez to bijący autentycznością nie do podrobienia.

No Title

No Description

Gdyńska premiera była początkiem. Spektakl jest „ruchomy” i odbywa podróż na trasie Gdynia – Piła – Poznań – Frankfurt nad Odrą – Berlin – Lüneburg – Hanower – Bremerhaven – Geestenseth w terminie od 15 lipca do 28 sierpnia 2016 roku.

Temat niełatwy, do dziś wywołujący emocje, czasem bardzo skrajne.

To co zrobili polscy i niemieccy artyści to chyba jedyne możliwe jego ujęcie, które pozwoli na refleksję każdemu, na zrzucenie z siebie ciężaru bycia „stroną konfliktu”, pozwoli na bycie tylko i aż człowiekiem.

To potrafi tylko sztuka. O wiele cenniejsza, niż złoto.

„UCIECZKA-FLUCHT” – Teatr dokumentalny

UCIECZKA-FLUCHT Teatr dokumentalny w podróży z Polski do Niemiec Koprodukcja teatru Das Letzte Kleinod i Teatru Gdynia Główna Historie o przesiedleniu, migracji, a w końcu o ucieczce przed frontami II wojny światowej stanowią główny kontekst dokumentalnego projektu teatralnego „Ucieczka-Flucht”, realizowanego w wagonach towarowych na dziesięciu dworcach na terenie Polski i Niemiec.

Jerzy Łukaszewski

 

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

4 komentarze

  1. slawek 04.08.2016
  2. Mr E 04.08.2016
  3. malpa z paryza 04.08.2016
  4. hazelhard 06.08.2016