Cezary Bryka: Jesienna rocznica

2012-11-07. To był listopadowy, mokry  wieczór w 1989 roku. Wracałem do domu, nie mogąc się doczekać przekroczenia progu suchego i ciepłego mieszkania – jednak skręciwszy w moją niewielką uliczkę ostro wdepnąłem w hamulec: na całej jej długości stały radiowozy, świetlice, a nawet jedna armatka wodna. Panował bezruch, tylko koguty złowieszczo migały.

Dobrze wyuczony przez poprzednie osiem lat, postanowiłem jechać do mieszkającego blisko przyjaciela-adwokata, żeby zadzwonił do moich rodziców z zakamuflowanym pytaniem co się dzieje. Po chwili wróciła mi zdolność myślenia: nie mogli przyjechać po mnie. Nie w takiej liczbie. Moje wcześniejsze zasługi w dziedzinie łamania prawa kwalifikowały mnie najwyżej do jednego radiowozu, a i to bez pełnej obsady.

Powoli policzyłem do dziesięciu i z wielką determinacją pieszo (pobliże domu zastawiała milicja), starając się nie zerkać na boki, powędrowałem w kierunku upragnionego celu. To było bardzo długie sto metrów. Dotarłem bezpiecznie, po drodze nikt nie zwrócił na mnie uwagi, a w domu wzbudziłem panikę zawziętością, która jeszcze nie opadła mi z oblicza. Nie, nikt o mnie nie pytał. Nie, nie było podejrzanych dzwonków do drzwi ani głuchych telefonów. Nie, przez ostatnią godzinę nie wyglądali przez okno, a co się dzieje? Nikt nic nie wiedział.

Tajemnicę wyjaśniła ósma minuta Dziennika Telewizyjnego: w radzieckiej ambasadzie odbywało się przyjęcie z okazji rocznicy Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. Prezenter wymieniał przybyłe osobistości, kamera pokazywała panów dyplomatów w wieczorowych strojach i panie dyplomatowe w sukniach do ziemi, a ja walczyłem z żądzą walenia się pięścią w głupi łeb: jasne! Przecież to 7 listopada! Mieszkałem na tyłach ambasady ZSRR, a milicyjny park samochodowy pod moim domem czaił się żeby być w pobliżu, gdyby tamtym wytwornym paniom i panom zagrażały jakieś przykrości.

W nagromadzeniu milicji nie było więc nic nadzwyczajnego. Nadzwyczajne było to, że 7 listopada do godz. 19.38 nie pamiętałem o rocznicy Wielikoj Oktiabrskoj. Ulice nie były udekorowane wiszącymi w braterskiej symbiozie radzieckimi i polskimi flagami, radio nie grzmiało od rana rewolucyjnymi pieśniami, nie usłyszałem ani jednego przemówienia, a telewizja pokazywała normalny program, zamiast od kilku dni raczyć mnie starannie dobranymi pozycjami. Kiedy to sobie uświadomiłem, nareszcie dotarło do mnie to, co od pięciu miesięcy było jak sen: że po 4 czerwca żyję w innej Polsce. Miałem wielką ochotę wybiec na ulicę, między radiowozy, i wrzasnąć coś w rodzaju „Orła wrona nie pokona!”, albo „Junta juje!”, tylko dlatego że wolno. Ale nie wybiegłem, bo ci milicjanci mogli mnie uznać za idiotę.

„Proszę Państwa, czwartego czerwca 89 roku skończył się w Polsce komunizm” – powiedział do mnie telewizor 28 października, ale całą duszą poczułem to właśnie 7 listopada o 19.38.

I nadal obchodzę ten dzień jako rocznicę, tylko już inną niż poprzednio.

Refleksja, która nachodzi mnie rok w rok 4 czerwca i 7 listopada brzmi: niech każdy ma taką rocznicę, na jaką zasłużył.

Cezary Bryka

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Roman Strokosz 2012-11-07
  2. A.K-B 2012-11-07
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com