2016-11-29
Jesteśmy świadkami kolejnej walki Kościoła katolickiego o dominację praw boskich nad świeckimi, która to walka bulwersuje opinię publiczną szczególnie mocno w Polsce, gdzie symbioza tronu i ołtarza jest do dzisiaj mocno akcentowana zarówno przez władze kościelne, czemu nie należy się dziwić, jak i przez władzę świecką, która boi się naruszyć ustalony porządek rzeczy, zakorzeniony od pokoleń.
Tak ich nie brzydzi, jako ta zuchwała
Fałszywa, dawna po cezarach wdowa,
Kościół – bez ducha bożego i słowa.
Juliusz Słowacki, ”Podróż na wschód”
Przyjmując katolicyzm jako religię panującą Mieszko I wprowadził Polskę w orbitę kultury europejskiej, wewnątrz której dominowały wtedy wartości rzymsko-katolickie. Wierzenia i obyczaje Słowian zaczęły się stapiać z wierzeniami i obyczajami nowej religii, choć nigdy, jak chciał ksiądz profesor Tischner, nie zostały do końca usunięte z naszej obyczajowości.
Tworzyła się w ten sposób dziwna symbioza władzy z religią, aż doszło do utożsamienia znanego pod hasłem „Polak-katolik”. Gdy na zachodzie Europy kościół katolicki zaczął się rozpadać na protestantyzm i anglikanizm, do Polski te „nowinki” trafiały z trudem i obejmowały zaledwie niewielką część wykształconej klasy panującej, tym bardziej, że królowie, zwłaszcza z dynastii Jagiellonów, głosili zasadę: „Nie jesteśmy królami sumień”, wytwarzając w ten sposób atmosferę tolerancji, co nie rozbijało dotychczasowego układu między katolickim klerem a rządzącymi, zaś niewielkie grupy innowierców nie były postrzegane jako zagrożenie dla religii panującej.
W wieku XIX pojawiła się nowa idea, grożąca Kościołowi katolickiemu – marksizm. Była jeszcze bardziej groźna niż idee oświecenia, bowiem głosząc ateizm głosiła jako ważniejszą ideę sprawiedliwości społecznej.
Kościół katolicki bronił się przed „nową zarazą” ogłaszając encykliki zwane społecznymi (Rerum nowarum – 1891 r. i Quadragesimo anno –1931 r.), wysyłając ostrzeżenia i monity w stosunku do dzieł głoszących nową ideologię. Encykliki zalecały solidaryzm i korporacjonizm, czyli łagodzenie tego, co było ujemne w kapitalizmie, ale nie potępiając go całkowicie. Jan XXIII w encyklice Mater et magistra (1961 r.) i Paweł VI w encyklice Populorum progressio (1967 r.) oraz Jan Paweł II w encyklice Laborem exercens (1981 r.) usiłowali na nowo tłumaczyć cele i zadania Kościoła w działalności społecznej.
Tą drogą idzie także papież Franciszek sięgając do źródeł chrześcijaństwa i zalecając ubogi styl życia, zwłaszcza sług bożych, ale prawie natychmiast pojawiają się komentarze osobistości kościoła, że ubogo to nie znaczy w łachmanach. Tworzy się więc opozycja, która jest szczególnie widoczna w Polsce, gdzie biskupi, a za nimi kapłani nie mają zamiaru rezygnować z dóbr doczesnych, jak to widzimy w poczynaniach niektórych hierarchów kościoła czy ojca Rydzyka. Ich głos dał się zauważyć na synodzie biskupów w Rzymie.
Narasta wśród ludu bożego niezadowolenie i krytyka, coraz częściej też słyszy się głosy polityków i komentatorów życia społecznego, by w sposób wyraźny oddzielić państwo od Kościoła, zaznaczając to w sposób ostateczny w konstytucji. Wydaje się przeto, że kończy się epoka symbiozy państwa i Kościoła w Polsce i że nowe pokolenie będzie dążyć do innego ustanowienia status quo, bo jeżeli do tego nie dojdzie, pokolenie to grozi odwróceniem się od Kościoła, a wielu z nich groźbę tę spełnia.
Egzemplifikacją tej sytuacji niech będą słowa Roberta Biedronia, prezydenta Słupska, który w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” (7-8 marca 2015 r.) powiedział: „Nie uważam, że ratusz jest od tego, by organizować uroczystości religijne. Będę pierwszym, który stanie w obronie wolności religijnej, jeśli któryś mieszkaniec będzie dyskryminowany ze względu na wyznanie. I ostatnim, który zorganizuje uroczystość państwową w kościele. Te relacje mają swój koloryt wynikający z długiej polskiej tradycji, w której tym, który w mieście rozdaje karty, często jest ksiądz”.
Powiedział to człowiek, którego wybrano na prezydenta między innymi także i dlatego, że podziela hasła socjalizmu i rozdział kościoła od państwa.
Kościół katolicki w Polsce był silny i poważany powszechnie, gdy broniąc wiary bronił jednocześnie niezawisłości kraju i szanując prawo stanowione przez władzę świecką. Każde odejście od tej zasady powodowało „gniew ludu”, o czym przekonał się i biskup „ukarany głową” przez prawo świeckie, i po kilku wiekach inni biskupi, którzy zawiśli na szubienicach.
Obecnie mamy znów sytuację trudną do zrozumienia, że hierarchowie wracają do sytuacji sprzed wieków, nawiązując ścisłą więź z rządzącymi, którym pomogli zwyciężyć w wyborach powszechnych, wykorzystując „rząd dusz” do celów politycznych i zdobywając za to uległość władzy.
Rozmawiałem na ten temat z wielu duchownymi „ze szczebla parafialnego” – wszyscy oni twierdzili, że ta więź hierarchii kościoła polskiego z rządzącymi nie przyniesie nic dobrego ani dla kościoła, ani dla rządu, a tym bardziej dla Polski. Moi rozmówcy wyraźnie rozdzielali poglądy księży od poglądów hierarchów.
Jest jeszcze czas, by hierarchia polska dostrzegła zmiany w świadomości wiernych i wycofała się z popierania tego, co już nie wróci. Więc zamiast krytykować nowego papieża, powinna wsłuchiwać się w jego słowa i pomagać reformować Kościół. Ale czy nowy papież istotnie chce zasadniczych zmian w kościele katolickim?
Jorge Mario Bergoglio, który przybrał imię Franciszka, wydaje się rozumieć, że kończy się ponad dwutysięczna epoka Kościoła Rzymskiego. Czy będzie on nowym Janem XXIII, albo i kimś większym? Z wyglądu i postury bardzo podobny do Jana XXIII, też już leciwy, ale prezentuje się nie jako staruszek o lasce, ale dobroduszny i uśmiechnięty, który wszystkim przebaczy i wszystkich pobłogosławi. Czy tak będzie? Ciągnąca się latami sprawa Legionistów Chrystusa udowadnia, że walka ze złem w Kościele będzie trudna i długa.
Z dotychczasowych znaczących gestów nowego papieża nadal trudno wywróżyć, jaką drogą pójdzie nowy biskup Rzymu – inną, własną, przylegającą do nowych czasów?
Niepokoją się komentatorzy, którzy pytają: „Dokąd idzie Franciszek” – i odpowiadają sobie, że „Gesty nowego papieża – godne szacunku i uwagi – nie odpowiadają na pytania, przed którymi staje dziś Kościół”, czy inni, którzy mniej się denerwują wskazując, że wiadomo „Co zmieni Franciszek”, trzeba tylko umieć czytać między wierszami tego, co właśnie aktualnie głosi.
Częściowo podzielam niepokój tych i innych komentatorów, choć wątpię, aby po dotychczasowym „panowaniu” nowego papieża ich niepokój minął, bo oto zamiast przygotowywać Kościół do solidnych reform, na razie papież Franciszek tropi nieprawidłowości finansowe, których nazbierało się sporo, bo poprzedni papieże, a więc i Jan Paweł II i Benedykt XVI, zajęci głównie teologią – a nasz Papież jeszcze obalaniem systemu komunistycznego – nie dostrzegali, że sama doktryna się sypie i trzeba zacząć ją unowocześniać, nie mówiąc już o pieniądzach, na brak których Kościół nigdy nie narzekał, a z którymi dzieje się coś dziwnego w banku watykańskim.
Więc dobrze, że papież Franciszek chce uzdrowić finanse, ale czy chce w ten sposób uczynić Kościół biedniejszym? Czy pozwolą na to kardynałowie i biskupi, od wieków przywykli do bogactwa? Wypowiedź arcybiskupa Gądeckiego, którego episkopat polski wybrał na nowego przewodniczącego, poucza, że biednie to nie znaczy w łachmanach, ale ze współczuciem w sercu dla ubogich. Ba – ale żeby mieć serce dla ubogich, trzeba też mieć i pieniądze, trochę dla ubogich, więcej – dla sług ołtarza.
Właśnie przetacza się przez Europę i katolicki świat dyskusja, jaki wybrać model finansowania Kościoła. W dawnym judaizmie wierni płacili dziesięcinę ze wszystkiego co posiadali, dzisiaj ten model już nie przejdzie, więc może – procent od podatku? Ale i ten pomysł nie wzbudza entuzjazmu u wiernych. Bardzo trudny problem do rozstrzygnięcia nie tylko dla papieża, ale i dla kurii rzymskiej. Chrystus chodził na obiady do bliskich i znajomych, dwunastu uczniów jakoś udało się w ten sposób wyżywić, w razie czego można było pomnożyć chleby i nakazać morzu, by dostarczyło więcej ryb. Dzisiaj problemu nie da się załatwić w sposób cudowny, pieniądz jest realny i przyciąga spragnionych. Zaiste – nie brnijmy dalej, bo coraz więcej drzew.
Czy, po uzdrowieniu finansów, papież pójdzie dalej, na przykład zwoła kolejny sobór?
Na razie nie widać zapowiedzi. Papież Franciszek zachowuje się tak, jakby nie dostrzegał, że jego bracia kardynałowie, zwłaszcza ci rzymscy, obserwują go coraz baczniej i wyrażają swoje niezadowolenie, bo biuro prasowe Watykanu co rusz musi tłumaczyć dziwne wypowiedzi papieża – a to o tym, by wierni „nie rozmnażali się jak króliki”, a to że dziecku można „…wymierzyć klapsa, byle go nie bić po twarzy”. Tylko młodzież, póki co, szaleje za papieżem i popiera jego zachowanie. Ale czy i oni nie odwrócą się, gdy stwierdzą, że za tą innością zachowań nie idą znaczące czyny, odmieniające Kościół? Ostatni zlot młodzieży w Krakowie pokazał, że owo uwielbienie dla Papieża wielu młodych jest nadal silne. Idzie jednakże o to, czy owo uwielbienie dotyczy osoby papieża, czy też zasad wiary i woli ich przestrzegania.
Skoro, jak się wydaje, ostatni bastion cesarstwa rzymskiego padł, to co nowy papież i jego pomocnicy kardynałowie powinni zrobić, by Cesarstwo nie powróciło?
Boję się odpowiedzi na to pytanie, boć przecież nie ja będę o tym decydował, a ów duch święty, który podobno kieruje Kościołem. Może jednak, nie bardzo wierząc duchowi, warto podpowiedzieć następcy Jezusa, co jest najpilniejsze, co czeka od lat na zmianę?
Kościół to przede wszystkim „lud boży”, owa wiekowa mądrość, z której, nie wątpię, nowy papież korzysta i będzie korzystał. Przeczytałem w Internecie, że nie tylko kurialni współpracownicy papieża boją się o jego kondycję psychofizyczną, ale głos zabrał prof. Stempin stwierdzając: „Fala entuzjazmu w Watykanie już opada. Franciszek robi, co chce, zalicza wpadki… Czy przeforsuje cele pontyfikatu?”. Skoro martwi się o „cele pontyfikatu” profesor-watykanista, wolno i mnie dorzucić parę uwag.
- Pierwsze – to porzucenie stroju Cezarów. Feretrony, kadzielnice, złocone ornaty rzymskie, gesty pełne dostojeństwa i Jedyna Mądrość – niech idą do lamusa. Zwyczajne stroje zwyczajnych ludzi.
- Drugie – zniesienie indywidualnej spowiedzi, która dzisiaj już nikomu potrzebna nie jest, bo nawet kapłani (co rozsądniejsi) niechętnie siadają w konfesjonale, bo cóż ksiądz, który niewiele wie o życiu seksualnym młodych ludzi, może im powiedzieć w ich sytuacjach konfliktowych? Sam ma przeważnie z tym kłopoty.
A ludzie starzy? Jak ich pocieszyć, jak zdjąć z ich dusz lęk przed odejściem i jak zapewnić, że wpłacając odpowiednią sumę ojcu Rydzykowi osiągną niebo? Spowiedź indywidualna była potrzebna w epokach, gdy przed kapłanem korzyli się książęta i królowie, można ich było pouczyć, zagrozić klątwą, zmusić do nałożenia pokutnego wora. Dzisiaj działają takie praktyki na bardzo niewielu, by nie powiedzieć, że na nikogo, bo korzenie się maluczkich nie jest już w cenie; cóż komu po ich wyznaniach. Luter parę wieków temu zniósł ten wymysł średniowiecza i nic się nie stało, wierni nadal korzą się przed Bogiem, nie jest im potrzebny pośrednik ziemski, choćby i naznaczony sakramentami.
- Trzecie – zniesienie celibatu, powrót do normalnego życia księży, z żoną obok, która pomoże w czasie zwątpienia, zarządzi skromnym majątkiem, ukoi nieskromną chuć i nada jej znamię miłości, urodzi dzieci tak potrzebne w dzisiejszym, wyludniającym się społeczeństwie, no i ugotuje pyszny obiad, upiecze ulubioną szarlotkę. Oczywiście musi to być żona mądra, współrządząca, a nie służebnica. Żona o odpowiednim wykształceniu i zrozumieniu istoty posługi w imię Chrystusa. Gdzie takiej szukać? A może wykształcić w odpowiednich instytutach – wierzę, że chętnych młodych kobiet nie zabraknie w murach takiej uczelni.
Warto w tym miejscu, dla chwili odprężenia, przytoczyć dowcip o księdzu profesorze Tischnerze, który zwykł był mawiać do swojej gospodyni, aby go nie budziła z drzemki, chyba że papież zniesie w tym czasie celibat. Nie doczekał się tej chwili ksiądz profesor i nie prędko doczekają się inni, którzy na nią czekają.
Przy okazji, skoro o kobietach w Kościele mowa: czas wreszcie pomyśleć, jakie dać miejsce kobietom przy ołtarzu i w układzie hierarchicznym, bo inaczej same je sobie wywalczą. Nie chcę o tym myśleć, jaka to będzie rewolucja, gdy kobiety w Kościele ruszą do walki o swoje prawa! Może lepiej wyjść im naprzeciw?
- Czwarte, po wielekroć czwarte – to wszystkie te sprawy, które wiążą się z prokreacją, zapobieganiem ciąży, zapłodnieniem in vitro. Niech tymi sprawami zajmą się uczeni specjaliści, psychologowie i psychiatrzy, moraliści wyczuleni na to, co jest dobre, a co złe. Księdzu (nie mówiąc o biskupach i kardynałach) życia nie wystarczy, by się nauczyć tego, co dzisiejsza nauka już w tych sprawach wymyśliła i jeszcze wymyśli.
Na razie dosyć. Ostatnie działania papieża Franciszka pokazują, że ma dobrą wolę, już pojawiają się jaskółki mówiące o zniesieniu celibatu, o złagodzeniu sytuacji wiernych decydujących się na in vitro, o udzielaniu komunii rozwodnikom. Mimo tych działań zmartwił mnie niedawny gest papieża: na widoku wiernych klęczał przy konfesjonale i spowiadał się kapłanowi „twarzą w twarz”, co może oznaczać, że nie ma zamiaru znieść instytucji spowiedzi indywidualnej.
Natomiast zapowiedzi soboru nie widać, a jest on potrzebny Kościołowi jak kani deszcz. Niech choć połowę wymienionych problemów rozwiąże przyszły sobór, obojętnie czy watykański czy jakiś inny, a będzie mniej duszno w Kościele, a świątynie znów się zapełnią wiernymi, znów w katolicyzmie pojawi się autentyczny Duch Boży, duch pokory i służby bliźniemu, duch umiarkowania w jedzeniu i piciu.
Jest ku temu znakomita okazja – bardzo okrągła rocznica (500 lat) buntu Marcina Lutra, który postanowił zreformować ówczesny kościół i któremu częściowo udało się to tylko dlatego, że poparli go książęta i możni tego świata. Papież Franciszek, idąc za przykładem naszego papieża Jana Pawła II, wydaje się rozumieć i doceniać to, co uzyskał w ciągu wieków luteranizm. Może warto by, idąc za ciosem, zwołać właśnie teraz sobór powszechny, zapraszając na zasadniczą debatę dotyczącą sytuacji współczesnych kościołów chrystusowych ich przedstawicieli i posłuchać pokornie, co mają do powiedzenia „braciom w Chrystusie”?
Po wystąpieniu papieża Franciszka z okazji wręczenia mu nagrody Karola Wielkiego sporo wiemy, co papież myśli na temat jednoczącej się Europy: „Kościół może i powinien odgrywać rolę w odrodzeniu zmęczonej, ale wciąż obfitującej w energię i szanse Europy”. Jednak w jego wystąpieniu nie ma wzmianki o reformie Kościoła, a już zwłaszcza o zwołaniu soboru. Jeżeli to nie nastąpi – trudno będzie Kościołowi znaleźć porozumienie ze „zmęczoną Europą”, bo chociaż jest zmęczona, to coraz bardziej oddala się od kościoła, zwłaszcza katolickiego.
Ta zmęczona Europa musi też uporać się z całkowitym zjednoczeniem. Nie jest to łatwe – na przeszkodzie, oprócz innych wielu, stoją dwa problemy: narodowość i wspólny pieniądz.
Pieniądzem nie będziemy się zajmować, bo choć znamy łacińskie porzekadło peccunia non olet i wiemy, że miło mieć w portfelu trochę peccuniam, wolimy trzymać się od tej sfery z dala, bo zaraz moraliści przypomną, że lepiej być niż mieć, a mnie się zdaje, że gdy się więcej ma, to i bardziej się jest.
No i jest jeszcze sprawa języka, a raczej języków – spędza ona sen z powiek wielu działaczom unijnym, w tym naszemu profesorowi Buzkowi i premierowi Tuskowi, bo trudno ustalić, który język najważniejszy, a przecież obowiązuje, póki co, polityczna poprawność, więc mimo że najważniejszy jest angielski, dla świętego spokoju i zgodnie z zasadą tłumaczy się dokumenty na języki wszystkich członków Unii, co bardzo drogo kosztuje. Tak to sprawa języka łączy się z ekonomią.
Jak poważny to problem niech świadczą dane, zamieszczone w Internecie: „Na świecie używa się obecnie 6-7 tysięcy języków. Jednak – jak podkreślają naukowcy – tempo ich wymierania jest tak szybkie, że do 2100 roku może przetrwać mniej niż połowa z tej liczby”.
Czasy Imperium Romanum i średniowiecza nie miały z językiem takich kłopotów, jak teraz Unia – używano do celów dyplomatycznych łaciny, języka narzuconego przez zwycięzców. Kto chciał coś w Imperium załatwić, musiał się nauczyć tego języka. Natomiast językami innych ludów nie przejmowano się, choć oczywiście byli tacy, którzy znali wiele języków.
Dzisiaj nikt rozsądny w Unii nie narzuca narodom jednego języka, czyni się jednak wiele, by jak najwięcej Europejczyków znało język angielski, co przynosi znakomite rezultaty (trudno ustalić, jak to będzie po odłączeniu się Wielkiej Brytanii od Unii). Na gruncie socjologii przyjmuje się, że jednym z najważniejszych elementów narodu jest język, przy pomocy którego przekazuje się całe dziedzictwo kulturowe, wiedzę i doświadczenie tysięcy pokoleń. Im język starszy, tym większa jego wartość.
Naród jest silny językiem, trwa dzięki językowi. Wewnątrz narodu nie powinno być walki o języki regionalne, a już tym bardziej nie powinno się walczyć o tzw. „kulturową etniczność”. Region, jego gwara, dialekt, jest bogactwem języka narodowego, jeżeli etniczny znaczy narodowy, choć i tu nie ma powszechnej zgody uczonych.
Trudno też jednoznacznie ustalić, czy religia jest tworem narodu, czy jest to fenomen ogólnoludzki, a każdy naród bądź tworzy sobie własną religię, bądź przyjmuje ją z zewnątrz. Tak czy inaczej nie ulega wątpliwości, że Słowianie mieli swoją religię, a dzięki władzy świeckiej musieli z niej zrezygnować i przyjąć chrześcijaństwo.
Religia ta utrwaliła się w Europie i dostosowała do obyczajów panujących w poszczególnych narodach.
Dzisiaj sytuacja jest złożona – niemal w każdym europejskim kraju mamy wiele odmian chrześcijaństwa, a także zdobywa coraz więcej zwolenników postawa ateistyczna czy przyjmowanie innej wiary niż katolicyzm. Europę, na wzór średniowiecza, zaczyna zalewać mahometanizm, coraz więcej wyznawców tej religii osiedla się w poszczególnych krajach naszego kontynentu, a ostatnio mamy do czynienia z tzw. emigrantami z krajów, objętych „świętą wojną” o utworzenie państwa muzułmańskiego. Wielu ucieka przed wojną, przed prześladowaniami, często na tle religijnym.
Ale jest też inne zjawisko, dostrzegane tylko przez niektórych obserwatorów masowej emigracji – próba „nasączenia” muzułmanami terytorium Europy, by w ten sposób było łatwiej ukryć wśród nich terrorystów. Jest to zjawisko groźne, jak na razie mało rozpoznane, dlatego trzeba zrozumieć te narody, zwłaszcza o jednolitym składzie etnicznym i religijnym, które bronią się przed przyjmowaniem tzw. uchodźców.
Narody te, bądź tylko ich rządy, proponują inną pomoc tym uciemiężonym ludziom – pomoc materialną bądź rokowania z krajami muzułmańskimi nieobjętymi „świętą wojną”, by ich przyjęły do siebie. Trudny to i złożony problem, zauważa go także i papież Franciszek, ale to, co proponuje, jest zaledwie dotknięciem problemu.
Dobrze, że nie wspomina o „świętej wojnie”, ale być może w jego myśleniu pojawia się i pamięć o tamtych czasach, czasach krucjaty przeciwko niewiernym. Jeżeli nie rozwiążemy problemu emigrantów w sposób zadowalający, możemy niedługo być świadkami jakiegoś większego kataklizmu na tym tle. To, co działo się podczas likwidowania obozu dla uchodźców w Calais jest tylko forpocztą tego, co może nastąpić.
Jednoczenie się Europy jest procesem trudnym, ale koniecznym aby ten kontynent mógł się obronić przed naporem innych cywilizacji, a nawet religii (mahometanizm). Rozumieją to wszyscy, którzy patrzą szerzej niż tylko interesy własnego narodu i państwa. Stąd wielu przywódców państw europejskich dążyło do przyłączenia się do jednoczącej się Europy, w tym także przywódcy Polski, którzy, przy znaczącym poparciu tej idei przez Jana Pawła II zdołali przekonać Polaków, by głosowali za zjednoczeniem z Europą.
Zyskaliśmy na połączeniu wiele, Polska zaczęła rozkwitać, było nam coraz bliżej do osiągnięcia tego poziomu, jaki mają kraje bogatsze od nas. Działacze poprzedniego rządu, w tym Donald Tusk, swoim działaniem w kraju i w parlamencie europejskim udowadniali, że rozumieją ideę tworzenia się ojczyzny ojczyzn, że można być jednocześnie patriotą swojej ojczyzny i tej wspólnej, ponadnarodowej, europejskiej.
Niestety – nie wszyscy działacze polityczni i społeczni w obecnej Polsce mają podobne podejście do idei jednoczącej się Europy. Widać to bardzo wyraźnie teraz, gdy do władzy doszli przedstawiciele partii, budujący swoją tożsamość na pojęciach: „naród”, „wartości narodowe”, „wartości religijne” uważając, że właśnie one są dla Polski i Polaków najważniejsze, a Unia Europejska to twór, który rozbija jedności narodowe i nie stworzy w przyszłości właściwej gleby dla rozwoju tych wartości.
Nie mogę się z takim rozumieniem zgodzić – uważam, że jest ono szkodliwe nie tylko dla „ojczyzny ojczyzn”, jaką chce być Unia, ale także dla poszczególnych narodów i państw.
W przypadku Polski jest to w dodatku cofanie się do najgorszego okresu naszej historii – kontrreformacji, o czym pisałem na początku tego eseju. Przywódca tej grupy, który zasklepił się w swej wizji, pozyskał znaczącą część hierarchów kościoła katolickiego i wykorzystuje ich do szerzenia swojej niedorzecznej w obecnej sytuacji idei i do wytworzenia w narodzie przekonania, że właśnie jego wizja daje mu prawo do reprezentowania całego narodu.
Że tak nie jest – świadczą powstające grupy sprzeciwu, jak chociażby KOD, wychodząc na ulice i protestując przeciwko naginaniu prawa do niesłusznej wizji, według której dobro narodu jest podstawowe i stoi ponad prawem, stanowionym przez przedstawicieli całego społeczeństwa, można więc je samowolnie łamać i przekształcać w imię tego dobra.
Ostatnio jesteśmy świadkami tworzenia się kolejnego sprzeciwu społecznego, tym razem zorganizowanego i wykonanego przez kobiety, które nie godzą się z ograniczeniem ich wolności przez próbę tworzenia prawa świeckiego, które wspiera prawo kościelne, uznające, że tylko ono reprezentuje tzw. „prawo naturalne”, utożsamiane z prawem bożym, dlatego powinno być przestrzegane przez wszystkich obywateli bez względu na to, jaką religię wyznają i jaki mają do niej stosunek. Protest kobiet, licznie zgromadzonych na pochodach, zastanowił wielu przywódców z obozu rządzącego i spowodował ponowny namysł nad sensem tworzenia restrykcyjnego prawa tam, gdzie powinien obowiązywać osobisty wybór jednostki w oparciu o jej rozumienie wolności osobistej i przez nią przyjęte kryteria moralne, nie będące w stosunku sprzeczności z dobrem innych ludzi.
W czasie obchodów rocznicy uchwalenia Konstytucji Trzeciego Maja obecny prezydent znów nawoływał do zmiany konstytucji udowadniając, że naród jest suwerenem i jego racja jest ponad prawem. Jest w tym rozumowaniu sprzeczność: wszak to naród i wszyscy obywatele kraju ustanawiają prawo, winni go więc przestrzegać, a nie łamać. Nowej konstytucji nie ustanawia naród, a ogół społeczeństwa, więc ci, którzy czują się Polakami. Obecnie rządząca partia ma około 30% zwolenników, nie ma więc prawa decydować o całości, potrzebne jest referendum.
Europa, jednocząc się, stwarza kolejne problemy, których nie można przewidzieć, a które już są przeczuwane. Osobiście też przeczuwam te trudności, co wyraziłem w poemacie „Słońca i gwiazdy” (tom Ku Nieznanemu)– towarzyszy mi przekonanie, nie podzielane przez rozum, że Europa rozpadnie się, zanim zdoła się zjednoczyć. Boję się tej wizji, a przecież jest ona we mnie. Niech więc, na zakończenie tego eseju, mówi moja poetycka wizja, a nie mędrca szkiełko i oko:
Jestem w Polsce
urodzony na Kurpiach Białych
ochrzczony i bierzmowany
klękający przy konfesjonałach
Wierzę w naród Nie wierzę
w Zjednoczoną Europę – kiedyś się rozpadnie
to Nowe Święte Przymierze (oby trwało wieki)
i nie obroni
zachodniej kultury
Wizja jak to wizja – można w nią wierzyć, a można i nie wierzyć. Dużo tu pisałem o wierze, niech więc pozostanie ta niepewność.
Kazimierz Sopuch
Poeta, dr hab. emerytowany profesor Uniwersytetu Gdańskiego, socjolog kultury i religii. Ostatnio wydał tom wierszy pt. Ku Nieznanem i Dziennik pokładowy. Lata siedemdziesiąte. Laureat I Nagrody i Medalu Zygmunta Glogera.



Tekst długi, zawiły. Długo by prostować i polemizować z fragmentami. Tylko parę uwag.
– Tylko jeden Jagiellon, ostatni, stwierdził, że nie jest królem sumień.
– Nie garstka, lecz większość warstwy rządzącej, szlachty, odeszła w XVI wieku od katolicyzmu.
– Jan XXIII był zażywny, by nie powiedzieć gruby, więc Franciszek nie jest podobnej postury.