Korzystając z przerwy świątecznej ostatnie dni 2016 i pierwsze 2017 spędziłem w Jerozolimie.
Święta Bożego Narodzenia nałożyły się w tym roku ze świętami Chanuki, co sprawiło, że ten czas przeżywałem tak, jakby chrześcijaństwo w ogóle się nie pojawiło na świecie. No może przesadzam; owszem pojawiło się i nawet daje się mocno odczuć (głównie zresztą w architekturze) w Jerozolimie, ale pozostało na marginesie. Jest rodzajem folkloru, którym Izraelczycy się interesują, a w mediach pojawiają się nawet wzmianki na ten temat. Jednak wrażenie jest nieodparte – jest to religia ważna dla jej wyznawców, a w Izraelu jest traktowana jako turystyczna atrakcja.
Mam nadzieję, że Czytelnicy Studia Opinii odniosą się życzliwie do kilku uwag, jakie chciałbym w najbliższym czasie skreślić korzystając z dość przypadkowych i bardzo subiektywnych impresji, które udało mi się zanotować niemal na gorąco.
Od razu jednak chcę uprzedzić, że nie będę pisać ani o polityce, ani o religii. Obie te sfery są bowiem tu bardzo podobne do tego, co się dzieje w Polsce. W zgodnej opinii moich izraelskich przyjaciół – zarówno politycy jak i liderzy religijni osiągnęli taki stopień skorumpowania i hipokryzji, że trudno sobie wyobrazić głębszy upadek. Przedstawiciele obu tych grup bywają bohaterami medialnych doniesień raczej w kontekstach, które mi przynoszą chluby ani polityce, ani religii. Szczególnie premier Izraela Benjamin Netanyahu i jego żona Sara są ulubionymi celami programów satyrycznych.
Jednak nie o nich będę pisał. Również nie zatrzymam się nad głośno tam komentowanym przemówieniem amerykańskiego sekretarza stanu Johna Kerry’ego na temat przyszłości Izraela. Zgadzam się z opinią określającą je jako zbyt ogólnikowe i wygłoszone zdecydowanie za późno.
Będę więc pisał głównie o budowlach, ale też nie tych najbardziej charakterystycznych. Nie będą mnie też zajmować szczegóły architektoniczne czy historyczne. Raczej postaram się opowiedzieć o ludziach, których tam spotkałem.
Zacznę od kościoła świętego Krzyża – miejsca pochówku Szoty Rustawelego, najwybitniejszego poety gruzińskiego, którego to kościoła początki sięgają czasów Konstantyna Wielkiego. Następnie opowiem o muzeum S.Y. Agnona, którego twórczość jest głęboko zakorzeniona w dawnej Polsce (ściślej w żydowskiej Galicji). Opowiem o muzeach i wystawach, ale też o miejscach, których nie udało mi się zobaczyć ze względu na trwające nazbyt długo przerwy świąteczne, ale też o lekturach w bibliotece narodowej.
Mam nadzieję, że takie spojrzenie na Izrael – bez polityki i bez religii – okaże się równie ciekawe jak to, co od dziesięcioleci przynoszą media skoncentrowane właśnie na polityce i religii (no może należałoby jeszcze dodać pieniądze).

Stanisław Obirek


Zazdroszczę, zwyczajnie obrzydliwie zazdroszczę, bo wyobrażam sobie frajdę włóczenia się po Jerozolimie, siedzenia w kawiarni, gapienia się na ludzi. Oczywiście byłby kłopot, bo gdybym poinformował przyjaciół, byłbym bez szans. Taka wyprawa zmieniłaby się w niekończące się rozmowy o polityce. Z rozmarzenia o beztroskim łażeniu po tym mieście wybija mnie pamięć przeczytanego przed chwilą zdania: „W zgodnej opinii moich izraelskich przyjaciół – zarówno politycy jak i liderzy religijni osiągnęli taki stopień skorumpowania i hipokryzji, że trudno sobie wyobrazić głębszy upadek”. Władza korumpuje, ta świecka i ta religijna. Korumpowała zawsze, korumpowała bezgranicznie. Żyjemy jednak w czasach niebywałych możliwości technicznych podglądania i podsłuchiwania, wykradania, a nawet podkładania. Dzisiejszy polityk musi być sto razy bardziej ostrożny niż jeszcze pół wieku temu. Dzisiejsza polityka to nawet głównie szukanie haków na przeciwników i zastanawianie się jaką świnię im podłożyć. Jerozolima, mój Boże, miasto z największą liczbą korespondentów na świecie, jeśli to jest symbolem znaczenia, to Jerozolima jest stolicą świata, skorumpowanego świata. I tu nie chodzi o brzydkie namawianie panienek na pozamałżeński seks, ani o wsunięcie do kieszeni kilku szekli za butelki po przyjęciu, ani o to, że czyjś syn dostał zbyt drogi prezent na konfirmację, skorumpowany świat patrzy na Jerozolimę, żeby nie patrzeć na swoje świństwa. U nas Mateusz Kijowski nie ogłosił publicznego przetargu na usługi informatyczne dla Komitetu Obrony Demokracji. Nie jestem pewien czy mnie to interesuje, raczej powłóczyłbym się anonimowo po Jerozolimie. Z dala od polityki, z dala od religii. Czy dałbym radę? Obawiam się, że jak już muszę odbywać te wymarzone podróże wirtualnie, to przejdę się po po jakimś mieście gdzie nie mam przyjaciół.
Czekam z niecierpliwością na relację. Byłem tam dawno i do dziś mam żywe wspomnienia.
Ciekaw jestem Pana doświadczeń kulinarnych w Izraelu. W PRL-u bardzo smakował mi jogurt Hortexu. Ale w Danii to stwierdziłem, że duński jogurt jest o niebo lepszy. A w Izraelu przekonałem się, że izraelski przewyższa duński. Zwierzyłem się z moich doświadczeń jogurtowych na jakimś spotkaniu w Jerozolimie. A wtedy pewien pan, który dawno wyemigrował z Polski, powiedział: Przed wojną na Krupówkach pewien pan miał budkę i sprzedawał tam m.in. jogurt i to był dopiero jogurt!
Jako zdeklarowany łasuch wywiozłem z Jerozolimy worek chałwy. Czegoś tak brzydkiego w życiu nie widziałem. Podobne było do niczego, a kolor nie dawał się w ogóle zdefiniować.
A potem brało się to do twarzy i … mmmmmm….. do dziś mam ten smak w ustach 🙂 Wszystkie elegancko pakowane mogą się schować.
Natomiast srodze zawiodłem się na franciszkanach produkujących wino w Kanie Galilejskiej. Nasze J23 z czasów studenckich było o niebo lepsze. Takoż brandy franciszkańska nie przypadła mi do gustu. Soberano to nie było, oj nie 🙂
No cóż, polityką jako się rzekło nie będę się zajmował, takoż kulinarnymi specjałami, z napitkami też nie bardzo jestem oswojony. Pozostaje archeologia, literatura, sztuka no i ludzie.