2012-11-12. Tak się złożyło, że podczas jednego z naszych cotygodniowych spotkań/kolegiów rozmowa zeszła na wódkę i na odwieczne polsko-rosyjskie spory o to, który naród jest jej genialnym wynalazcą. A to znaczy – również właścicielem brandu. No, właśnie: wódka, czy vodka? – Tak, od słowa do słowa, od anegdoty do anegdoty, którymi przerzucaliśmy się z Ernestem Skalskim (w różnych epokach spędziliśmy u Braci Moskali po wiele lat i znamy problem – jak mówią Rosjanie – “nie po nasłyszkie”) – narodził się pomysł (naszych redakcyjnych kolegów) abyśmy wszystko to, co mówimy – opisali. Wróciłem do domu i w swoim archiwum wyszukałem wszystko, co wcześniej napisałem nt. wódki w Rosji. Proszę więc wybaczyć, że będę cytował sam siebie. Ważne, że to, co pisałem rok, czy kilka lat temu, wciąż jest aktualne…
Wódka metafizyczna
„Życie jest piękne, jeśli pijesz bez pośpiechu” — („żizń chorosza, kogda pijosz nie spiesza”) — głosi jedna z moich ulubionych rosyjskich narodowych mądrości. Podobnych można by przytoczyć jeszcze dziesiątki, a wszystkie dotyczą jednego: wódki. Wokół niej kręci się rosyjski świat.
— Na początku było słowo. A słowo było u Boga. I słowem tym była — Wódka… Jesteśmy jej zakładnikami bardziej niż jakiegokolwiek systemu politycznego — twierdzi Wiktor Jerofiejew. Bynajmniej nie abstynent, ale zażarty przeciwnik swojego wielkiego imiennika, Wieniczki Jerofiejewa, którego alkoholizm został podniesiony do rangi opozycyjnego, dysydenckiego manifestu.
— Wódka — pisał na łamach tygodnika „Nowoje Wremia” rosyjski pisarz Borys Paramonow — to nie jest kwestia wyboru; to sytuacja zastana, element środowiska. To piąty żywioł, obok powietrza, ognia, wody i ziemi… Rosyjskość jest pierwsza, przed wódka, ale pijaństwo jest też cechą rosyjskości. Rosjanin jest nietrzeźwy. Immanentnie. Jest pijany jako taki…
Brzmi to nieco metafizycznie, ale Paramonow ma rację: dla Rosjanina wódka to empiryka, a nie metafizyka. To Rosjanin jest metafizykiem i dlatego wódka go nie bierze. Bo wiadomo — dowodzi Paramonow — metafizycy są silniejsi od fizyków…
Pijany niedźwiedź
Z niedźwiedziem było tak. Nazywał się Potapycz i kupił go Nowy Ruski, świeżo upieczony, dobrze prosperujący biznesmen, aby zadawał szyku w jego nowozbudowanej, „bojarskiej” rezydencji. Ale niedługo się nim nacieszył. Szybko trafił do więzienia i we „dworze” został tylko stary stróż, Dziadek Misza. No i Potapycz. W długie zimowe wieczory pili razem. Tak, jak każe rosyjski obyczaj: Dziadek Misza wypijał szklankę wódki, zakąszał, a potem nalewał niedźwiedziowi do miski i uzupełniał ją „zakąską”. I tak dzień po dniu. Od rana do nocy.
Wieczorem, już pod dobrą datą, Potapycz włóczył się po ogrodzie i — jak przystało na prawdziwego rosyjskiego alkaszę — szukał przygód. Znalazł nawet dziurę w płocie i czasami udawało mu się wyjść na zewnątrz, aby po pijanemu zaczepiać przechodniów… Rano trzeźwiał razem z Dziadkiem Miszą i na kaca rozpijali kolejną butelkę. Już nawet bez szklanek i miski. Pili z gwinta. Pod palec. A właściwie pod pazur, bo od pewnego czasu Potapyczowi miska była niepotrzebna. Brał butelkę w swe kosmate łapy, wypijał równo połowę i oddawał ją towarzyszowi…
Tak się też pożegnali. Kiedy Potapycz zaczął się rzucać po pijanemu na ludzi, służba weterynaryjna postanowiła zabrać niedźwiedzia do schroniska. Sanitariusze zastali Potapycza i Dziadka Miszę w stróżówce… Pili razem, po raz ostatni. Prosto z butelki. Pod pazur. Pili, obejmowali się i każdy z nich szlochał po swojemu. Kiedy butelka została opróżniona Potapycz bez szemrania pozwolił sobie założyć obrożę na szyję i posłusznie pojechał do ZOO, za kraty. I nie wiadomo, czy z tęsknoty za Dziadkiem Miszą, czy za butelką, zaczął marnieć w oczach. I tak już wychudzony przez alkohol, nie chciał nic jeść i schudł jeszcze bardziej.
Uratowało go rosyjskie doświadczenie. Nowi opiekunowie szybko zorientowali się w czym rzecz i kolejnego dnia głodówki nalali mu do miski z jedzeniem „ćwiartkę” wódki. Od razu wszystko pochłonął i odzyskał dawny wigor. Przez kolejne dni zmniejszano porcję alkoholu o 10 gram, aż doszedł do siebie…

Świetny artykuł! Załączam dowcip – pewnie z brodą – ilustrujący gen azjatycki naszych sąsiadów ze Wschodu, o którym mowa wyżej:
W czasie „gorbaczowskiej” walki z alkoholizmen, w Kraju Krasnojarskim w głębi Syberii, , złodzieje odczepili od pociągu towarowego stojącego na bocznicy 3 wagony cysterny o objętości 49,8 m3 każdy, wypełnionych najczyściejszym spirytusem. Cysterny znikły bez śladu.
Po półrocznym dochodzeniu milicji udało się schwytać organizatora zuchwałej kradzieży i przesłuchać go „na okoliczność”. Na pytanie śledczego: Szto wy sdiełali so spirytom? zatrzymany odparł: Nu kak, szto, prosto prodali! – A gdie dieńgi? – nalegał śledczy. – Dienieg uże niet. Wsio propili!
„wstrietilis’ , kak tri rublja na wodku.
I rozoszlis’, kak wodka na troich.”
Nie polecę sprawdzać, ale dla mnie to, na mur, Galicz.
Słyszę Jego głos.
Tak, to Galicz – nie Wysocki.