Nic o Petru i Kijowskim, nic o przegranej opozycji i niesławnej rejteradzie okupujących salę sejmową (chwała tym co trwali – a wstyd podejmującym decyzje o „zawieszeniu” protestu), czas na przyjrzenie się poważniejszemu zawodnikowi na politycznej scenie.
To zawodnik kategorii ciężkiej, o znanym w świecie ekonomii nazwisku, przegrany polityk i profesor nauk ekonomicznych, dla wielu „ojciec sukcesu” polskiej transformacji lat 90., Leszek Balcerowicz.
W ostatnim numerze z okładki jednego z tygodników patrzy na nas z charakterystycznym grymasem profesor Balcerowicz zwiastując swój wywiad pod marketingowo dobrym tytułem:
„PiS robi z Polski Białoruś”.
Wywiad jak wywiad; nie on mnie poruszył, nie ma w nim nic ciekawego, nic, co uzasadniałoby przyjrzenie się działaniom profesora Balcerowicza, który wraz z Ivanem Miklosem, długoletnim wicepremierem i ministrem finansów Słowacji, pełni obecnie funkcję doradcy rządu ukraińskiego.
To co musi niepokoić i wywoływać refleksje – to wypowiedź profesora Balcerowicza w popularnym programie telewizyjnym. W rozmowie ze znaną dziennikarką skomentował on wyniki badań nad rozwarstwieniem światowego bogactwa we współczesnym świecie.
Pytany: co sądzi o tym badaniu, według którego osiągnęliśmy obecnie stan, w którym 8 znanych i wymienionych z nazwiska ludzi posiada tyle bogactwa, ile biedniejsza połowa ludzkości — to jest te drobne 3,7 miliarda ludzi – powiedział, co powiedział.
Procesy rozwarstwienia przyśpieszają; gdyby utrzymać tempo tych procesów, to niebawem mielibyśmy wynik wskazujący, że oto jest jeden bogacz, który ma tyle co połowa ludzkości.
Profesor Balcerowicz najpierw ostro zaatakował organizację przeprowadzająca te badania, a „dociśnięty” przez prowadzącą wygłosił kilka kuriozalnych ocen i opinii.
Nie może tak być, że w bieżącym hałasie spraw i problemów polskiej polityki opinie guru wielu polskich ekonomistów i polityków przejdą bez echa, że można wypowiadać całkowicie słuszne opinie o destrukcyjnych rządach PiS-u w Polsce, doradzać rządowi sąsiedniego kraju przechodzącemu proces transformacji ustrojowej w znacznie trudniejszych warunkach niż te nasze z lat 90 – i jednocześnie prezentować tak fundamentalistyczne poglądy neoliberalne i taki zerowy poziom społecznej empatii, jaki zaprezentował wicepremier i minister finansów pierwszego polskiego rządu po zmianie ustroju politycznego.
Leszek Balcerowicz, komentując opisany poziom rozwarstwienia światowego bogactwa stwierdził mianowicie, że to jest słuszne i dobre. Wskazał na ogromny udział najbogatszych ludzi w akcjach charytatywnych, w fundacjach promujących społeczny rozwój poprzez stypendia i granty dla młodzieży, w budowaniu obiektów użyteczności publicznej takich jak muzea, biblioteki, hale koncertowe i inne wspaniałe obiekty, których nie buduje i nie funduje państwo.
Stwierdził też — co jest stałą mantrą neoliberalizmu — że te działania są efektywne, bo są prowadzone przez prywatne organizacje, a nie przez państwo; państwo to straty i niska efektywność.
Zakończył swój wywód smacznie — to będzie jak deser do dania głównego – stwierdził otóż z całkowitą pewnością, że nie trzeba zajmować się bogatymi, a ci, którzy analizują źródła bogactwa najbogatszych ludzi na świecie, powodowani są zawiścią. Trzeba zajmować się biedą; to ci, którzy pochylają się nad światową biedą — jak najbogatsi ludzie – kierują się współczuciem.
Zawiść i współczucie – dwa krańcowe uczucia w każdym systemie etycznym; według profesora Balcerowicza najbogatsi ludzie na świecie są nie tylko najbogatsi, ale i najcnotliwsi. Szkoda, że nie dodał jeszcze ewangelicznej frazy – „do nich należeć będzie królestwo niebieskie”.
Żadne tam regulacje podatkowe, żadne tam działania przeciwko rajom podatkowym pozwalającym na niepłacenie przez najbogatszych podatków w krajach, w których prowadzą swoją działalność, tylko całkowita swoboda gospodarcza i wolny rynek — a rosnący poziom światowego dochodu podniesie wszystkie łódki, nawet tych najbiedniejszych… Żadnej, nawet najmniejszej refleksji nad tym, że aby państwo mogło budować obiekty użyteczności publicznej, tworzyć systemy kształcenia i udziału w kulturze, zapewnić opiekę zdrowotną i socjalną – musi zebrać pieniądze od swoich obywateli poprzez systemy podatkowe. Płacenie podatków jest najprostszą i najpełniejszą miarą postawy patriotycznej i obywatelskiej.
Gdzie płacą podatki najbogatsi? W jakiej wysokości? To dobre pytania, znane są odpowiedzi! Płacą tam, gdzie są najniższe – albo nie płacą wcale (przykład człowieka, który za dni parę obejmie urząd Prezydenta Stanów Zjednoczonych AP i który nie ujawnił swoich podatków w trakcie kampanii wyborczej – a co więcej stwierdził, że nie ujawni ich również po zaprzysiężeniu, ukazuje gdzie jesteśmy jako cywilizacja – pachnie światową rewolucją, która może być bolesna.)
Właściwie… to co kogo obchodzi jakie ma poglądy Leszek Balcerowicz? Ma stałe, świat się zmienia, a Leszek Balcerowicz nie, zawsze ta sama recepta – więcej prywatyzacji i mniej państwowej regulacji. Jego i Ukraińców sprawa.
Skoro jednak jest tak, że i w Polsce głos Leszka Balcerowicza się liczy, to warto sobie uprzytomnić prostą sprawę – to, jaki powstanie program obozu „antypisowskiego” przesądzi o tym, kiedy nastąpi zmiana „dobrej zmiany” i zaczniemy odrabiać straty po rządach Jarosława Kaczyńskiego i jego ekipy.
Jeżeli miałoby być tak, że opozycja będzie proponować wizje państwa budowaną na wrażliwości Leszka Balcerowicza i jego uczniów, to nawet młodzi obecnie ludzie, stający przed problemem wyboru szkoły czy kierunku studiów, zestarzeją się pod rządami Prezesa Polski i jego następców tak dobrze prezentowanych w kolejnych odcinkach kabaretowego „Ucha Prezesa”
Pamiętam z dawnych lat: powstawały i działały zespoły analityczne, „Doświadczenie i Przyszłość” , w stanie wojennym budowaliśmy programy Rzeczpospolitej Samorządnej Tak było w trudniejszym czasie, przy rzeczywistych zagrożeniach.
A teraz co ? Kabaret Moralnego Niepokoju i „Ucho Prezesa” ?
Albo stać nas na więcej, albo…
Zbigniew Szczypiński
Gdańsk


Cieszę się, że ten tekst się pojawił, bo sprawa jest ciekawa. Pytanie, które chciałbym zadać, jest takie: Czy ci najbogatsi ludzie stali się tacy bogaci, bo mieliśmy wolny rynek, czy wręcz przeciwnie, stali się tacy bogaci, bo wolnego rynku nie mieliśmy? Ja skłaniam się ku temu drugiemu stanowisku, i twierdzę, że właśnie brak wolnego rynku jest jedną z przyczyn ubóstwa w wielu miejscach naszego globu. Przykład pierwszy z brzegu to dopłaty do rolnictwa w bogatych krajach zabijające rolnictwo w krajach biednych.
niestety to prawda wszystkie „uregulowania” czy dopłaty to tylko raj dla uprzywilejowanych. Jaki sens dopłacać do czegoś co nie rentowne ?
Ojojoj, ależ się Panu dostanie od redaktora Skalskiego !
” … budowaliśmy programy Rzeczpospolitej Samorządnej Tak było w trudniejszym czasie, przy rzeczywistych zagrożeniach…”
No a jak pan myśli, dlaczego teraz nie budujemy? I czy obecne zagrożenia nie są rzeczywiste?
Ileż to już na SO było prób „budowania” czegokolwiek. I nic. Nie zastanawia to pana?
Na szczescie poglady neoliberalow zaczynaja tak bardzo rozmijac sie z rzeczywistoscia ze nawet ludzie calkowicie nie interesujacy sie ekonomia zaczynaja odczuwac ze cos jest nie tak.
Prof Balcerowicz i jego koledzy zapominaja ze koncentracja bogactwa i rozwarstwienie nastepuje w coraz szybszym tempie w najbogatszych krajach swiata i predzej czy pozniej ubozejaca i po uszy zadluzona klasa srednia panstw rozwinietych Ameryki Pln i Europy nie bedzie w stanie utrzymywac tego poziomu popytu ktory utrzymywala w ostatnim 50 cio leciu – glownie dzieki rozdetym mozliwosciom kredytowym.
Trickling effect nie dziala tak skutecznie jak neoliberalowie go reklamowali i w koncu ludzi nie bedzie stac nawet na tani chlam produkowany za grosze w krajach rozwijajacych sie. I co wtedy ?
Czasem mam wrazenie ze 1% piluje zaciekle galaz na ktorej siedzi i zajety liczeniem zyskow nie widzi ze w koncu wyladuje na tylku.
wracając do artykułu, nie upraszczałbym tak tez Balcerowicza, lepiej chyba stawiać pytania o sposoby budowy rozsądnego kompromisu pomiędzy efektywnością a nierównościami, przy czym oczywiście istnieje różnica pomiędzy efektywnością systemu społecznego a efektywnością systemu kapitałowego; różnice w możliwościach generowania kapitału w funkcji różnej do niego dostępności są jakościowe, to wręcz istota rynków kapitałowych, a więc istotnie różne pozostaną także możliwości reinwestycji. Natomiast argument dotyczący ochrony socjalnej, czyli także zmniejszania nierówności, ma uzasadnienie pragmatyczne wobec zabezpieczenia dynamiki wzrostu: ubezpieczenie od ryzyka zwiększa gotowość do bardziej ryzykownych i z reguły bardziej dochodowych przedsięwzięć (ubezpieczenie ryzyka dotyczy oczywiście także i rynków kapitałowych, o tym było wyżej).
Istnieje jednak jeszcze konieczny ciąg dalszy wobec wyłącznie prób optymalizacji ekonomicznego równania wielu zmiennych. Na cenę nierówności jako utrwalających podziały społeczne w konsekwencji prowadząc do zagrożeń demokracji zwrócił uwagę np. Stiglitz w swojej „Cenie nierówności, w jaki sposób dzisiejsze podziały społeczne zagrażają naszej przyszłości” (Wyd.Krytyki Politycznej, Warszawa 2015).
W zasadzie główną tezą Instytutu Roosevelta, amerykańskiego think-tanku którego Stiglitz jest głównym ekonomistą, jest możliwość osiągnięcia większej efektywności ekonomicznej w bardziej zrównoważonym systemie społecznym (np. raport „Rewriting the rules of the American economy, an agenda for growth and shared prosperity”). W Stanach nierówności pozostają jedne z największych analiza więc właśnie tej gospodarki ma znaczny sens (także ze względu na wielkość), dane są takie, że w 2013 ok. 2,8 mln amerykanów żyło poniżej granicy ubóstwa pomimo pełno godzinowej pracy (raport Inst. JFK) natomiast udział pracującej części społeczeństwa w dochodzie narodowym zmierzony procentem PNB pomiędzy 1980 i 2010 zmniejszył się z 85.3% do 78.5% , przy czym jeżeli wyłączyć najbogatszy 1% pracujących (w większości w sektorach finansowym lub zarządzającym) udział ten zmniejszył się z 78.4% do 63% (cyt. w ww. raporcie). Najbogatszy 1% pracowników, a to jeszcze nie najbogatszy 1% mieszkańców, ma więc ciągle zwiększający się, obecnie ok. 15% udział w dochodzie. Można na te dane patrzeć jako na potencjał, trzeba jednak widzieć negatywny trend. Optymistyczna teza jest taka, że pomimo generowania nierówności system ma silne cechy prowzrostowe, a więc można i należy go optymalizować. Pesymistyczna, że na razie się tego nie udaje zrobić, trend jest negatywny, a optymalizacja tym bardziej potrzebna im na bardziej globalny obraz zmian zwracamy uwagę.
Szanowny Panie Autorze.
1. Chce Pan więcej udziału Państwa w dzielenie bogactwa? Aby sprawiedliwiej dzielić?
A czy jest Pan pewien, ze Państwo potrafi wyprodukować bogactwo?
Dla mnie udział Państwa w gospodarce to tabuny członków rad nadzorczych. Niekompetentni Misiewicze.
Przydatni tym firmom jak kij w szprychach.
Czy zechce mnie (i innych) oświecić, jakie nazwiska noszą członkowie rad nadzorczych firm IBM< Microsoft, Apple, Intel, Motorola Bosh, zasiadający tam z ramienia władz państwowych (ichnich skarbów państwa).
2.
Czy zechce Pan nas oświecić, jak wiele amerykanów szturmuje granice Bangladeszu, Indii, Malezji, Chin (Polski) w poszukiwaniu lepszego życia, w poszukiwaniu tam dobrobytu i swojej szansy na lepsze jutro?
Oglądałem tę rozmowę z L. Balcerowiczem. Kontekst jego wypowiedzi był trochę inny. Dziennikarka jest znana, ale bardziej ze swojego dyletantcwa i bezczelności. Jej sensacyjne podejście do tematu zabrzmiało tak jakby tych 8 ludzi swoje bogactwo osiągnęło co najmniej wątpliwymi metodami. Odpowiedź Balcerowicza uwzględniła najpierw obecność w tym składzie ludzi, którzy dorobili się na styku z korupcyjnymi państwami a potem, jak omawia Autor, profesor zaprezentował bardzo liberalny, znany powszechnie punkt widzenia. Konkluzja wypowiedzi profesora była taka, że problemem nie są ludzie bogaci a biedni i problemu nie rozwiąże zwalczanie bogatych, a skoncentrowanie się na eliminowaniu biedy.
Problem na który zwraca uwagę Autor i dyskutanci jest poważnie dyskutowany na świecie od dłuższego czasu. Na razie nie znaleziono dla niego rozsądnego rozwiązania, ponieważ liberalizm i globalizacja, nie mają lepszej alternatywy. Odejście od liberalizmu i globalizacji (gdyby było możliwe) nie poprawiłoby sytuacji. Co więcej sytuacja uległaby radykalnemu pogorszeniu. Można mieć pretensje do elit, że są leniwe i nie wymyśliły jeszcze rozwiązania tej kwadratury koła, ale pretensje nie pomogą w rozwiązaniu problemu. Póki co, w sytuacji Polski zgadzam się z Hazelhardem, że problem nie leży w nadmiarze regulacji rynkowych a w ich niedostatku. Największe patologie w kwestii rozwarstwienia społecznego w Polsce powodują fatalne regulacje prawne, korupcja polityczna (np. ekrany na autostradach), nepotyzm, klientelizm polityczny czy oligarchizacja monopoli państwowych. Energia elektryczna, gaz, ropa, miedź,etc. a zarazem utrzymywanie prymitywnego górnictwa węglowego.
Potępianie Leszka Balcerowicza i nazywanie go „przegrany polityk i profesor nauk ekonomicznych” niczego nie rozwiązuje, oprócz być może lekkiej poprawy samopoczucia ekonomistów nieliberalnych czy niektórych socjologów. Myślę, że lepszym rozwiązaniem byłoby podjęcie z profesorem dyskusji merytorycznej bez inwektyw.
Ja od wielu lat napotykam na teksty o „neoliberalizmie”, ale do dzisiaj nie wiem co to takiego – jaka jest właściwie definicja neoliberalizmu. Nikt z szermujących tym określeniem nigdy dotąd definicji nie przedstawił. Jedyne co widzę za każdym razem to ton moralnego oburzenia i demagogię upraszczającą świat na czarno białą modłę z cierpiącymi biednymi po jednej i wrednymi bogolami po drugiej stronie. Natomiast w żadnym tekście tego typu nigdy nie pojawia się choćby definicja biedy w USA i definicja biedy w Wenezueli. Żadnego krytyka „neoliberalizmu” już nie interesuje fakt, że biedak z USA mimo wszystko żyje dostatniej aniżeli biedak z Somalii, Wenezueli, Korei Północnej czy biedak na Kubie i fakt ten z czegoś wynika. Krytyk „neoliberalizmu” nigdy nie zainteresuje się prawdą, że w zależności od szerokości geograficznej mamy do czynienia z różnymi definicjami biedy oraz innymi określeniami bogactwa mającymi poparcie w faktach. Rysowanie świata w czarno-białych barwach jest z wielu względów bardziej wygodne bo i trafia do szerszego odbiorcy no i sam autor też nie musi rozumieć tego o czym właściwie pisze. Krytykom „neoliberalizmu” odradzał bym pisanie o świecie bo akurat żyjemy w takim zwrotnym momencie historii kiedy Donald Trump, a więc zapewne przedstawiciel „neoliberalizmu”, mówi o tym iż może należałoby zacząć ograniczać globalizację, a Przewodniczący Chin Xi Jinping twierdzi coś zupełnie przeciwnego, a ich ton ich słów jest coraz ostrzejszy. Krytyk „neoliberalizmu” oczywiście nie wytłumaczy dlaczego Prezydenci dwóch wiodących mocarstw prezentują w 2017 roku dwa przeciwstawne poglądy na świat i co to może oznaczać dla biedoty na różnych szerokościach geograficznych w najbliższym czasie.
Nie było moim celem potępianie a tym bardziej obrażanie profesora Leszka Balcerowicza (swoją drogą trudno w przypominaniu przynależnego mu tytułu naukowego i faktu przegrania w politycznej rywalizacji z młodszym rywalem w walce o przywództwo w partii politycznej doszukać się inwektyw).
To co, moim zdaniem, jest ważne, to konieczność odejścia do twardych założeń liberalnej szkoły monetarystów jaką uosabia Leszek Balcerowicz. Jego zwycięzca w politycznej walce o przywództwo partii rządzącej Polską przez dwie kadencje zrozumiał tą potrzebę zbyt późno aby zapobiec temu, co stało się w ostatnich wyborach meblujących polską scenę polityczną, obawiam się że na długo.
Bez względu na splot różnych przypadków które dały Zjednoczonej Prawicy a właściwie PiS-owi władzę absolutną, praprzyczyną klęski obozu liberalnego w Polsce był brak empatii wobec tych, którzy nie stali się beneficjentami transformacji. Donald Tusk to zrozumiał gdy było już za późno.
Jeżeli zabraknie takiego myślenia, społecznej empatii tradycyjnie wiązanej raczej z lewicą niż prawicą polityczną, to szansa na szybkie zakończenie katastrofalnych dla przyszłości Polski rządów „dobrej zmiany” jest bardzo mala.
Apel o tworzenie takich programów, działań, ruchów społecznych,partii politycznych proszę kierować do młodszych, tych dla których to będzie sprawa ich życia, jego warunków i szans jakie stwarza, ci co mają 80 lat i więcej mogą ale nie muszą, nic nie muszą, nawet żyć nie muszą…
Nie trzeba nie być beneficjentem transformacji aby głosować przeciw PO i lewicy. Empatia nie miała tu znaczenia tylko furia wyborców spowodowana kolejnym rozczarowaniem władzą, która unika rozwiązania podstawowych problemów.
@Wojnier: Czy również tak Pan/Pani uważa po roku rządów posła K? Gdy wychodzi na jaw krecia robota Putina tak w Polsce. UE czy w USA? Czy przekupstwa PiS w stosunku do obywateli kosztem gospodarki na unijnych dotacjach zaspokoi potrzeby tych obywateli na dłuższą metę, czy ważne tylko to co jest tu i teraz?
Uważam, że władza pis zrobi tak wielki bałagan, że następcy nie będą się bali reform.
Może lepiej nie czekać na ten bałagan?
społeczna empatia ? no to znając Polskę może rozsądna chadecja z zapleczem katolickiej inteligencji ? z najlepszymi życzeniami dla nowoczesnej lewicy aby się w końcu zdołała ogarnąć żeby z jej wpływem mogła się liczyć rządząca w przyszłości koalicja; samo pojęcie neoliberalizmu już chyba nawet ewoluuje, rozumiejąc: niedoskonałości wolnych rynków, kierunki ich ewolucji, wtedy niedoskonałości korporacjonizmu, wtedy zasadność regulatywnej i redystrybucyjnej roli państwa, i wtedy zasadność zachowania wolnorynkowych mechanizmów alokacji kapitału i rynków produkcji.
@ ZBYSZEK123 – zainteresował mnie Pan tym faktem „….przegrania w politycznej rywalizacji z młodszym rywalem w walce o przywództwo w partii politycznej…” ponieważ niczego takiego sobie nie przypominam. Leszek Balcerowicz był szefem Unii Wolności w latach 1995-2000 a z tego co pamiętam nie kandydował na następną kadencję. Po nim przewodniczącym partii został Bronisław Geremek, który wygrał rywalizację z Donaldem Tuskiem. Potem był prezesem NBP i do żadnej innej partii nie wstąpił. Z kontekstu pańskiego wpisu wynika jakoby miał przegrać rywalizację z Donaldem Tuskiem. Gdzie i kiedy ???
Moim zdaniem stwierdzenie o Leszku Balcerowiczu „przegrany polityk” jest wielce obraźliwe. Przede wszystkim dlatego, że Leszek Balcerowicz nigdy nie był politykiem zawodowym a zajął się polityką jako ekonomista. Mówiąc po polsku nigdy nie był jałowym pianobijcą, konfabulatorem, oszczercą, podgryzaczem, oczerniaczem innych, etc. Obok Premiera Mazowieckiego był jedną z najszlachetniejszych postaci w polskiej polityce, o bardzo wysokim poziomie etycznym. Nie był także przegranym politykiem ponieważ tzw. „Plan Balcerowicza” skończył się powodzeniem, niezależnie od naszego prezentyzmu, czyli przekonania z dzisiejszego poziomu wiedzy, że można go było transformację zrobić lepiej, mniej kosztownie, bardziej efektywnie, itd. Wówczas też istniało wielu krytyków, ale ich poziom propozycji alternatywnych nie przekraczał jakością „bezpiecznej kasy Grobelnego.” Warto wspomnieć, że żaden z następców Balcerowicza na fotelu Ministra Finansów nie zdecydował się na zmianę paradygmatu zarządzania gospodarką, mimo że wielu z nich ostro krytykowało Balcerowicza, zwłaszcza zaś prof.Kołodko i Modzelewski. W drugiej odsłonie kiedy był szefem UW i Wicepremierem jako mniejszościowy partner w koalicji z AWS, zrezygnował z bycia koalicjantem kiedy stracił możliwości racjonalnego działania. Gdzie zatem ten „przegrany polityk”?
Jako ekonomista jest dość schematycznie szufladkowany do monetarystów, mimo iż to dość duże uproszczenie jego poglądów naukowych. To tak jakby z dezaprobatą powiedzieć, że Milton Friedman, bliski naukowo Balcerowiczowi laureat nagrody Nobla był myślicielem liberalnym w tym także monetarystą. Monetaryzm jako kierunek w myśli ekonomicznej jest w Polsce a częściowo na świecie oskarżany o najcięższe zbrodnie ekonomiczne, gdy tymczasem odpowiada za największy sukces współczesności – zmniejszenie amplitudy wahań cykli koniunkturalnych. Globalizacja, która przyniosła miliardom ludzi na świecie poprawę ich warunków bytu (Azja, Afryka, także USA i Europa) też jest w jakimś sensie związana z monetaryzmem, w tym zwłaszcza jest niezbędna w utrzymaniu równowagi ekonomicznej we współczesnym świecie.
*
Napisał Pan: „To co, moim zdaniem, jest ważne, to konieczność odejścia do twardych założeń liberalnej szkoły monetarystów jaką uosabia Leszek Balcerowicz.” Rozumiem, że można mieć taki pogląd, ale trzeba też zdawać sobie sprawę, że bezwarunkowe wprowadzenie tego postulatu groziłoby Polsce i światu katastrofą ekonomiczną a w jej wyniku katastrofą społeczną. Odejście od stabilizatorów monetarystycznych przez PiS doprowadziłoby do zapaści gospodarczej w Polsce, w ciągu mniej niż 1 roku, mimo bardzo silnych fundamentów gospodarki. Świat czeka na doktrynę lub doktryny, które zaproponują inne mechanizmy gospodarki rozwiązujące problemy nierówności w podziale dochodów, ale póki co takie doktryny nie powstały.
*
Rozumiem pańskie (także i moje) marzenia aby zniknęły powody dla których PiS doszedł do władzy, ale rzeczy są dużo bardziej złożone niż tylko „brak empatii wobec tych, którzy nie stali się beneficjentami transformacji”. W pełni podzielam także słuszną uwagę, że apele o „…tworzenie takich programów, działań, ruchów społecznych,partii politycznych proszę kierować do młodszych, tych dla których to będzie sprawa ich życia, jego warunków i szans jakie stwarza, ci co mają 80 lat i więcej mogą ale nie muszą, nic nie muszą, nawet żyć nie muszą… ” To odnosi się także i do mnie. Nic dodać, nic ująć.
*
Na tym tle chcę także powiedzieć, że poszukiwania lepszego modelu stosunków gospodarczych oraz społecznych w małym stopniu należy także do Profesora Leszka Balcerowicza, który dzisiaj obchodzi 70-te urodziny. Z tej okazji składam Szacownemu Jubilatowi życzenia co najmniej 100 kolejnych lat życia w zdrowiu i szczęściu.
*
Na koniec uwaga osobista. Miałem onegdaj szczęście poznać Pana Profesora, chociaż nie jestem jego żadnym znajomym; ot zostałem mu przedstawiony jako jeden z wielu ludzi. Dlaczego zatem dość konsekwentnie bronie Go w dyskusjach? Czynię tak, ponieważ dość pochopnie i lekceważąco podchodzimy do ludzi nietuzinkowych. Leszek Balcerowicz należy do wielkich Polaków XX wieku, podobnie jak Władysław Grabski, Eugeniusz Kwiatkowski, Jerzy Giedroyć, Jan Karski, Jan Nowak-Jeziorański, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek czy Donald Tusk. Na razie historia klasyfikuje ich w cieniu gigantów Piłsudskiego, Sikorskiego, Jana Pawła II, czy Lecha Wałęsy. Myślę, że za 50 lat te postacie będą ikonami współczesnej Polski. A ikon się nie niszczy….są naszym skarbem narodowym i najlepszymi wzorcami.
Możemy dodać Jana Czochralskiego?
@ HAZELHARD – tego wielkiego chemika? Naturalnie i przy okazji wielu, wielu innych. Na potrzeby polemiki zestawiłem ad hoc ludzi wielkich w obszarze myśl polityczna, polityka, konstrukcja państwa, system gospodarczy. Myślę, że odrębnie należałoby stworzyć katalog wielkich Polaków w innych dziedzinach odrębnie:
uczeni, pisarze, w tym nobliści, reżyserzy, aktorzy, muzycy, ludzie, kultury, architekci, konstruktorzy, i wszystkie inne dziedziny aktywności gdzie daje się opisać wielkość osiągnięć Polaków. Może jako część Wikipedii?
Różne próby mniej lub bardziej zabawne można znaleźć na sieci pod hasłem 10, 20, itd. najwybitniejszych Polaków XX i XXI wieku. Ponieważ wielkości formatu człowieka bywają nieporównywalne z braku jednolitych kryteriów, uporządkowanie według dziedzin działalności wydaje się najmniej ryzykowne.
Przynajmniej udałoby się stworzyć przeciwwagę dla martyrologii żołnierzy wyklętych.
Odsyłam do raportu Instyturu Roosevelta ktory można ściągnąć z netu, wprawdzie powyżej 100 stron ale z przejrzystym streszczeniem; nie wyróżniałbym w takim gronie tylko jednego przedstawiciela polskiej współczesnej myśli ekonomicznej.
Do Sławka Przyjmuję uwagę, że wyrażenie „polityk” może odczytane być jako obraza. W opinii Polaków dotyczących prestiżu (społecznego poważania) poseł plasuje się bardzo nisko na tej skali, niżej niż poseł jest tylko działacz partii politycznej.
To bardzo niedobre dla nas wszystkich zjawisko utrzymuje się od wielu już lat i nie ma żadnych symptomów poprawy,wyniki podaje za CBOS, który takie badanie prowadzi.
Leszek Balcerowicz jako vice premier, minister finansów w kilku rządach, przewodniczący jednej z partii politycznej wchodzącej do Sejmu RP był politykiem bez wzgłędu na to jak chciałby się sam określać, to nie jest sprawa samoświadomości a faktów, tak było, taka jest historia
Przegrany polityk to ten, który został zmuszony do odstąpienia od swoich zamierzeń i planów, do rezygnacji z przywództwa które wywalczył w wyniku wewnętrznej walki o przywództwo, a to, że formacja której przewodził zeszła ze sceny politycznej to dodatkowy wskaźnik jego przegranej.
Profesor Leszek Balcerowicz ma trwałe miejsce w najnowszej historii Polski, to prawda, to człowiek wybitny ale jego działalność podlega osądom jak każda działalność ważnego polityka
Mnie także ruszyło użycie pejoratywnego określenia już na wstępie Pańskiego artykółu. Ma Pan prawo głosić swoje poglądy, ale używanie takiej negatywnej tezy jako wstępu do roztrząsania tematu to nie rzetelne dziennikarstwo, tylko propaganda z gotową negatywną tezą. Chyba się jednak trochę różnimy od posła k?
Czy wybitne zasługi prof. Balcerowicza powinny być przyćmione dla mnie mało istotnym podkreślaniem jego wycofania się z polityki jako wielkiej przegranej? Niestety tak to się odbiera czytając Pański wstęp.
@ ZBYSZEK123 – Leszek Balcerowicz sam zrezygnował z ubiegania się na kolejną kadencję o szefostwo partii w 2000 roku. To jednak różnica w stosunku do przegranej z kimkolwiek. Wcześniej niczego nie wywalczał – to jego koledzy z kierownictwa partii poprosili go o szefowanie partii w 1995 r. (Pani Margaret Thatcher też zrezygnowała z szefowania partii a nikt jej nie uznał za polityka przegranego.) Unia Wolności zeszła ze sceny, ale to przegrana całej formacji politycznej i to szereg lat później w stosunku do okresu Balcerowicza.
*
Naturalnie ma Pan prawo do swoich poglądów ale, świadomie czy nie, swoim artykułem wpisał się Pan w nurt postponowania Balcerowicza. W tym nurcie dominował Lepper, niektórzy posłowie SLD, niektórzy posłowie PSL, posłowie LPR i KUKIZ ’15, PiS, a ostatnio niemiłosiernie nam panujący zwyczajny poseł z Żoliborza. Wszyscy ci krytycy prawie bez wyjątku byli i są nadal (ci żyjący) kompletnymi ignorantami ekonomicznymi, nie odróżniającymi najczęściej popytu od podaży, ceny od wartości czy kosztów od wydatków, itp. Ich krytyka opierała się o brak zrozumienia i nie przyjmowania do wiadomości przyczyn i skutków transformacji oraz ewentualnych alternatywnych rozwiązań. Kilka razy pisałem o tym, ze nam tutaj na SO nie wypada być aż tak niedouczonymi komentatorami. (Nawet jeśli nie jesteśmy ekonomistami.)
*
Ma Pan rację co do bardzo negatywnej percepcji posłów i polityków przez opinię publiczną. (Niski prestiż.) Ja nad tym nie boleję, ponieważ ta ocena oddaje jakość klasy politycznej. Klasy ludzi najczęściej bez sukcesów zawodowych w wyuczonych specjalnościach, których zawodem stała się polityka. Polityka, która opiera się o wzorce negatywne prawie zupełnie wyprana z interesów społecznych, podstawowych norm moralnych, polityka koncentrująca się wyłącznie na interesach osobistych i grupowych. Poseł i polityk to nie menedżer polityki wynajmowany przez społeczeństwo do realizacji celów wspólnoty, a nominat partyjny wierny wobec swojej partii niezależnie jakby nie była szkodliwa dla społeczeństwa. Człowiek przez wiele kadencji odgrywający jałowy teatr hipokryzji, cwaniactwa i oszukaństwa. Tylko politykom się wydaje, że są tak sprytni, że „ciemny lud” tego nie widzi.
Na takim tle nazywanie Leszka Balcerowicza „przegranym politykiem” a np. pani Szydło politykiem wygranym nabiera szczególnego znaczenia. I kto tu wygrał a kto przegrał? Przywołuję z pamięci zdanie z Potopu Sienkiewicza, wiec cytat może być obarczony brakiem precyzji „…gdzie okoniowi do szczuki, choc i to i to ryba.”
Problem z tzw. „globalizacją” polega moim zdaniem na tym, że to zjawisko istniało ZAWSZE. Rzecz w tym, że kiedyś wystarczyło, gdy jakiś klan bankierski, dajmy na to z Lombardii (skąd pochodzi „lombard”?), opanował/zmonopolizował 3-4 kraje europejskie, bo cywilizacja tak naprawdę kończyła się na Europie. Wynalazki środków błyskawicznej komunikacji: telegrafu, telefonu, radia, Internetu itd., spowodowały, że granice rozszerzyły się na cały glob. Dalej, gdy o sile gospodarki decydowała produkcja węgla, stali, kwasu siarkowego, cena których oscylowała w granicach 50 dolarów za tonę, wożenie tego na drugi koniec świata się nie opłacało. Dzisiaj mamy tak, że tona węgla to +/-50 $, ale tona komputerów, to wiele tysięcy/milionów dolarów, opłaca się wożenie samolotem. Mówiąc krótko: problem nie w globalizacji. Problem tkwi zupełnie gdzie indzie i będzie postępować. Problem nie w tym, że 8-10 ludzi zarabia 50% tego, co reszta świata. Problem w tym, że 10% ludności wytwarza 90% PKB, zaś pozostałe 90% ludności staje się do niczego niepotrzebne. A jeszcze dodatkowo mamy, zwłaszcza w Polsce, mydlenie oczu plebsowi, że można mieć skandynawski socjal i grecką wydajność pracy. Zapomina się bowiem, że zanim ów szwedzki socjal stał się możliwy, już istniała szwedzka gospodarka ze wszystkimi takimi Saabami, Volvo, Ericssonem, itd. itp., których my w Polsce nie mamy i długo jeszcze mieć nie będziemy. I dlatego ultraliberalizm prof. Balcerowicza jest jak najbardziej na miejscu.
Jeszcze jedna sprawa: w tej chwili mamy w Polsce pierwsze po 200-300 latach pokolenie, które ma co dziedziczyć po rodzicach. Jak przeanalizujemy nasze dzieje, to zauważymy, że wiek XVII, niosący konsekwencje poprzednich zaniedbań, oznaczał totalną ruinę średniej szlachty i niepomierny rozrost magnaterii – ze wszystkimi tego skutkami. Trzeba było ponad 100 lat, aby średnia szlachta zyskała na sile na tyle, by wymusić reformy Sejmu Wielkiego. Ale zaraz potem przyszły zabory, państwa nie było, były konfiskaty zaborców, potem I W.Św. rewolucja rosyjska i wojna 1920 r. Dla bardzo wielu Polaków była to całkowita ruina dorobku wielu pokoleń. Potem krótkie 20-letnie interludium, a potem… „czarna dziura” aż po rok 1989. [Przy okazji proszę zwrócić uwagę na to, że wielu Polaków w XX w. dwukrotnie w ciągu życia traciło wszystko]. Krótko: to co Anglicy, Francuzi, Niemcy itd. tworzyli 200-300 lat, my tworzymy dopiero 25 lat. Cudów oczekiwać w związku z tym nie można.
@ AQUINUS – świetna puenta naszej dyskusji. Balcerowicz to mówi wszem i wobec, ale intelektualiści podstawiają Polskę pod USA, Niemcy, UK czy Norwegię, szukając jakiś mrzonek interwencjonizmu. Morawiecki głosi podobnie cudaczne wizje i dlatego słusznie Balcerowicz nie pozostawia na nim suchej nitki. Tzw. plan zrównoważonego rozwoju nie jest ani planem (to zwykła prezentacja haseł bez pokrycia), ani zrównoważonego bo równowaga osiągana ręcznie nie istnieje, ani tym bardziej rozwoju. Ten plan powinien się nazywać pomysł na karierę osobistą, zresztą do czasu poważnej wtopy !!!
Tzw. „zrównoważony rozwój” ma mniej więcej tyle sensu, co „społeczna gospodarka rynkowa”.
To co wydaje się bardzo interesujące w analizie doktryn ekonomicznych jest ich ewolucja w rezultacie określonych ich praktycznym stosowaniem zmian w rozwoju i funkcjonowaniu społeczeństw. Przy czym każda z następujących po sobie przejmuje dziedzictwo poprzedniej w sensie w znacznej mierze nim określonego zrozumienia zagrożeń i możliwości rozwoju.
Kiedy w 1959 brytyjski premier Harold Macmillan powiedział wyborcom, że „nigdy nie mieli tak dobrze” mogło się rzeczywiście wydawać, że w czasach wysycającej się konsumpcji podstawową rolą sprawnej doktryny ekonomicznej staje się dbałość o bardziej demokratyczną dystrybucję wytwarzanych dóbr. W takim duchu doradzał prezydentom amerykańskim John K. Galbraigth, który był zwolennikiem keyinesizmu i interwencjonizmu państwa. Historia świata to jednak także historia konfliktów i kryzysów jako pochodnej polityki międzynarodowej, w latach siedemdziesiątych sprzyjały one rozwojowi stagflacji (m.in. inflacyjne finansowanie wojny w Wietnamie). Rodzący się jednocześnie paradygmat bezwzględnego priorytetu wzrostu gospodarczego znajdował uzasadnienie po części w wyścigu zbrojeń, po części przynajmniej początkowo w braku innych celów niż maksymalizacja efektywności gospodarczej. Wtedy właśnie nienaprawialny na gruncie keyinsowskiego interwencjonizmu kryzys lat siedemdziesiątych doprowadził do powrotu do klasycznej doktryny monetaryzmu. Milton Friedman wręcz zdefiniował stagflację jako konsekwencję polityki pełnego zatrudnienia a początek lat osiemdziesiątych (Margaret Tatcher, 1979, Ronald Regan, 1980) dodał do filozofii wzrostu wręcz ideologiczną wiarę w system rynkowy – rozwijając rynki wraz z obniżaniem podatków, zmniejszaniem wpływu związków i postępującą deregulacją. Wydaje się, że takie oparcie się na wyłącznie rynkowej stymulacji wzrostu odebrało jej, jako celowi doktryny ekonomicznej, wymiar społeczny. Nierówności dochodów stawały się przy tym, w ramach postępującej globalizacji, coraz bardziej efektywnym stymulatorem wzrostu. Jednak globalizacja, jakkolwiek czyni partycypujące w niej gospodarki bardziej efektywnymi, nieodwołalnie wskazuje na także wynikające z niej zagrożenia dla zrównoważonego rozwoju świata. Poważne niebezpieczeństwo polega przy tym na tym, że także mają one charakter globalny. Wobec jakościowych różnic odległe historycznie przykłady powstających kiedyś monopoli bankowych lub handlowych (np. Liga Hanzeatycka) wydają się być mało adekwatne. Czy należałoby więc niszczyć powstający nowy globalny system ekonomiczny na rzecz gospodarek lokalnych ? Nie, lecz należałoby na niego wpływać, tak aby wbudowane weń mechanizmy przyczyniały się do znacznie bardziej zrównoważonego rozwoju niż obecny. Destruktywną rolę nierówności w rozwoju amerykańskiej gospodarki analizuje m.in. cytowany przeze mnie we wcześniejszym komentarzu Joseph Stiglitz. Pora wtedy na pytanie o priorytety i w konsekwencji na odejście od ideologii dominanty wzrostu zmierzonego jedynie wzrostem produktu narodowego jako najbardziej uprawomocnionego miernika dobrostanu społecznego. Po prostu wiemy, że mamy wtedy do czynienia ze wzrostem znacznie nierównowagowym i jako, że prowokowane wtedy globalne zjawiska społeczne mają charakterystyki conajmniej nieliniowe, te niekorzystne pozostaną w większości nieodwracalne w funkcji wywołujących je zmiennych. Błąd w założeniu Keynesa polegał więc na tym, że wzrost gospodarczy, historycznie rzecz biorąc stymulowany jego doktryną, nie doprowadził do powstania zrównoważonego systemu w którym dominujące stają się inne cele lepszego życia poprzez zaspokojenie bardziej podstawowych potrzeb tj. wysycenie konsumpcjonizmu.
Nowe doktryny to ekonomia umiaru, w Polsce rozwijana m.in. przez Grzegorza Kołodkę. Opierają się one na świadomości skutków do jakich prowadzi nie zrównoważony rozwój w skali globalnej oraz na analizie dążeń społecznych definiujących miarę „dobrego życia” na sposób bardziej złożony niż jedynie poprzez maksymalizację produktu narodowego. Podejście wskazuje, że satysfakcjonujący społecznie rozwój gospodarczy można osiągać korygując nierównowagowe cechy globalnego systemu ekonomicznego i redefiniuje wtedy interwencjonizm państwa jako składnik konieczny. Gdzie w globalnym systemie ekonomicznym generowane są nierówności społeczne ? Ja wskazałbym przede wszystkim na mechanizmy generowania pieniądza w globalnym systemie kapitałowo-inwestycyjnym opartym o kredytowanie wzrostu, przy czym w dużej mierze określą one także trudności odejścia od dotychczasowego paradygmatu w ekonomii.
Wreszcie, czy recepty np. monetarystów lub keinesistów przestały działać ? bynajmniej, działają jak działały, przynosząc w miarę poznany skutek, w miarę jako, że modyfikowany przez coraz bardziej znaczące w rozwiniętych gospodarkach cechy globalnej ekonomii. Z punktu widzenia ekonomii globalnej najwyższa jednak pora na nowy paradygmat umiaru i zrównoważenia wzrostu.
@ PK – bardzo trudno o dobry skrót dylematów związanych ze współczesnymi mechanizmami regulacji ekonomicznej, ale Panu się to udało. Puenta:”Z punktu widzenia ekonomii globalnej najwyższa jednak pora na nowy paradygmat umiaru i zrównoważenia wzrostu.” też dość trafnie ujmuje problemy przed jakimi staje ludzkość, choć słowo „umiar” dość ryzykownie zawęża ewentualny kierunek poszukiwań.
Może warto dodać, że systemy ekonomiczno-społeczne rzadko znajdują się w stanie równowagi. Pojęcie równowagi jest dość zbliżone do pojęcia asymptoty. Systemy dążą do równowagi a kiedy się do niej zbliżają (nigdy jej całkowicie nie osiągając) są z niej wytrącane i z powrotem dążą do nowej równowagi i tak dookoła Wojtek. Główny problem polega na tym, że ludzie (politycy) mają stałą skłonność do ręcznego „poprawiania” mechanizmów rynkowych. To „poprawianie” w większości przynosi opłakane skutki, w rezultacie poziomu kwalifikacji polityków, choc nie tylko. Najbardziej genialne rozwiązania jakie wymyśla człowiek są dużo mniej doskonałe niż rozwiązania rynkowe. Rynek, mimo że nie jest doskonały, jest zdecydowanie najlepszym regulatorem oswojonym przez ludzkość.
Wracając do pana wicepremiera Morawieckiego, pojęcie zrównoważonego rozwoju jest nierealnym postulatem teoretycznym. Zakładając, że pan Morawiecki jest doskonale wykształconym i wybitnym ekonomistą (jedno i drugie nie jest prawdziwe), dalej idąc, że jego plan jest najlepszym produktem polskiej myśli ekonomicznej, i wreszcie jego pozytywny wpływ na otoczenie jest prawie 100% (jest to najmniej realne założenie bo działania PiS niweczą ten pozytywny wpływ) to i tak wynik byłby wątpliwy. Realizacja takiego „planu doskonałego” byłaby i tak bardziej ułomna niż rezu;tat działania czystego mechanizmu rynkowego. To własnie najpiękniejsza cecha ekonomii – prosty mechanizm rynkowy jest wielokrotnie doskonalszy niż najbardziej genialna myśl ludzka.
„Rynek, mimo że nie jest doskonały, jest zdecydowanie najlepszym regulatorem oswojonym przez ludzkość.” W rzeczy samej, rzecz właśnie w oswojeniu, aby wykorzystywać jego potencjał w budowie dobrostanu społecznego. Jakiś czas temu spodobała mi się książka „How much is enough, Money and the good life” Roberta i Edwarda Skidelsky’ch (Other Press, New York, 2012).
„Rynek, mimo że nie jest doskonały, jest zdecydowanie najlepszym regulatorem oswojonym przez ludzkość.”
Wydaje mi się, że to zdanie wymaga obszernego komentarza, bo nie tylko plebs (co nie jest dziwne), ale wielu publicystów i komentatorów, a także ekonomistów tego nie rozumie.
Wywód z natury rzeczy głęboko skrócony:
1. człowiek tym się różni od zwierzęcia i rośliny, że wszystko to, co mu potrzebne do życia musi WYPRODUKOWAĆ.
2. jeśli człowiek nie potrafi czegoś wyprodukować, to może wymienić na to, co wyprodukować potrafi. W tym momencie zaczyna się handel.
3. handel wymaga swobody obrotu, elementarnego prawa oraz systemu ustalania wartości. I ja na temat tego ostatniego.
Wartość jakiegokolwiek towaru jest taka i tylko taka, jaką potencjalny nabywca jest skłonny zapłacić. Co to oznacza? To oznacza dwie rzeczy:
a) wartość towaru jest potrzebna TYLKO w kontekście wymiany (Piętaszkowi ani Robinsonowi Cruzoe informacja o wartości sznurka nie jest do niczego potrzebna, bo nie ma wymiany handlowej).
b) TYLKO w kontekście wymiany wartość towaru jest możliwa do ustalenia.
Dlatego tak ważny jest rynek, bo tylko rynek wyznacza wartość/ceny towarów, a tym samym dostarcza podmiotom gospodarczym podstawowych informacji niezbędnych do podejmowania decyzji. Jeśli rynek działa wadliwie (np. w wyniku ingerencji państwa), podmioty gospodarcze podejmują błędne (bo nieracjonalne) decyzje, a w konsekwencji rodzą się recesje/kataklizmy gospodarcze.
Ludzie, gdzie wy widzicie we wspolczesnej gospodarce wolny rynek ???
I właśnie dlatego, że rynek jest coraz bardziej wykoślawiony, świat pogrąża się w bagnie nieracjonalnych decyzji. „Nieracjonalnych”, bo tylko rynek jest w stanie dostarczyć informacji potrzebnych do podejmowania decyzji, np. inwestycyjnych, przez podmioty gospodarcze. Odsyłam zresztą do mojej wypowiedzi wyżej.