Po ostatnim wywiadzie z niejakim Michałem Leszczyńskim dostałem sporo maili od moich Wielbicieli mających pretensje do mnie, że zawracam Im głowę jakimś lewym profesorkiem. Przykładowy mail:
„Mój najukochańszy, najwspanialszy, najmilszy mojemu sercu, Hazelhardzie! Pisz sam i pod żadnym pozorem nie przekazuj tych wynaturzonych opinii tego zboczeńca Leszczyńskiego. Nie wierzę, żeby mógł on być profesorem, bo plecie głupoty. Wróć, kochany Hazelhardzie, do swoich niezwykle mądrych przemyśleń”.
Po takich mailach nic mi nie pozostaje, jak wrócić do tych swoich „mądrych przemyśleń”. Wracam.
Doświadczenia komunizmu i faszyzmu odbijają się nam nadal czkawką w wielu przejawach naszego życia. Na przykład, dla typowego inteligenta-liberała zarzut, że chce kształtować innych według swojej wizji, jak ludzie powinni się zachowywać, brzmi jak najgorsza obelga. Inżynierią społeczną zajmowali się bolszewicy i hitlerowcy, ale nie my, liberałowie, dla których wolność nasza i innych jest wartością podstawową.
Błąd takiej postawy polega na tym, że każdym naszym gestem, słowem, czynem, wpływamy na innych ludzi. Przytulamy i całujemy nasze dziecko – będzie ono szczęśliwe przez całe życie i będzie uszczęśliwiało innych. Bijemy i wrzeszczymy na nasze dziecko – będzie ono wściekłe przez całe życie. Uśmiechamy się do innych ludzi — będą oni się uśmiechać do innych. Warczymy na innych — będą oni też warczeć na innych.
Ostatnio dość dużo zastanawiam się, jak powinna być zorganizowana Polska, aby „rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”, a w szczególności, co należy zmienić w naszej edukacji i organizacji badań naukowych, aby gospodarka stała się naprawdę innowacyjna. Im dłużej jednak szukam rozwiązań organizacyjnych, tym bardziej skłaniam się ku następującej, wyjątkowo trywialnej, tezie:
MOŻEMY ORGANIZOWAĆ POLSKĄ EDUKACJĘ I NAUKĘ NA STO RÓŻNYCH SPOSOBÓW, ALE BEZ DOBRYCH NAUCZYCIELI I DOBRYCH NAUKOWCÓW, CHOĆBYŚMY SIĘ SKICHALI, TO INNOWACYJNEJ GOSPODARKI NIE ZBUDUJEMY.
Dlatego, ja, Hazelhard, w odróżnieniu od prof. Leszczyńskiego, który chciałby przez swoją działalność partyjną znaleźć kamień filozoficzny uzdrawiania polskiej edukacji i nauki, będę uśmiechał się i głaskał Was swoimi tekstami, aby stworzyć wspaniałych nauczycieli i naukowców.
Jestem przekonany, że każdy człowiek, w każdym wieku, może zmienić swoje postępowanie. Nie jest to łatwe, ale może.
Na przykład, mamy w Polsce ponad 100 tysięcy naukowców, 500 tysięcy nauczycieli, 100 tysięcy lekarzy, kilkaset tysięcy, a może i kilka milionów, inżynierów. A jaki jest nakład „Świata Nauki” (polskie wydanie „Scientific American”)? Mniej niż 30 tysięcy. Niech każdy egzemplarz przeczytają nawet 4 osoby, to i tak pozostają setki tysięcy, którzy powinni codziennie wieczorem modlić się tak: „Zgrzeszyłem Panie Boże dzisiaj, bo żadnego artykułu ze „Świata Nauki” nie przeczytałem, a jest to mój obowiązek moralny i służbowy”. Jeżeli ktoś nie wierzy w Boga, niech idzie do swoich dzieci, i im powie to samo. A jak ktoś nie wierzy i nie ma dzieci, niech idzie do sąsiadów, uklęknie na progu i powie: „Znowu dzisiaj nie przeczytałem „Świata Nauki”.
Od biedy można zacząć od „Wiedzy i Życie”, ale z postanowieniem, że do „Świata Nauki” też się będzie zaglądać.
SPRÓBUJCIE!!! Najlepiej zaprenumerujcie na rok „Świat Nauki”. Zobaczycie, że po pewnym czasie doznacie wspaniałego uczucia:
NIC NIE ROZUMIEM!!!
Bo wbrew pozorom, zrozumienie, że się nie rozumie, jest pierwszym krokiem do rozumienia. 😛
Hazelhard
Wszelkie honoraria ze „Świata Nauki” za zwiększenie nakładu przeznaczę na konsumpcję ośmiorniczek. Czasopisma tego nie mam zaprenumerowanego, bo jest koszmarnie drogie, natomiast kupuję z pewnym opóźnieniem za pół ceny na warszawskich dworcach, gdzie są kioski ze starymi czasopismami.


Jeśli chodzi o „Świat Nauki” to jako stały czytelnik coś Ci opowiem. Lata temu, jeszcze przed I wojną w Zatoce „Ś.N.” doniósł o amerykańskich archeologach – rekonstruktorach przeprowadzających fajny eksperyment w tzw. Złotym Trójkącie. Eksperyment pozwalający na absolutną zmianę spojrzenia na społeczeństwa paleolityczne, co mogło skutkować zmianą myślenia o rozwoju społeczeństw w ogóle.
Prace trwały ok. roku, wnioski były dość rewolucyjne, ale poparte badaniami i sprawdzalne.
I co? Nic, cisza. Początkowo sądziłem, że to z tego powodu, iż „Ś.N.” doniósł o pracach bieżących, a wiadomo, że od nich do jakiejś dostępnej publikacji ogarniającej całość zawsze trochę czasu minie.
Kiedy jednak po 5 latach (!) zapytałem jednego z naszych wykładowców uczelnianych o te badania, facet zrobił zdumioną minę. Dowiedział się o nich ode mnie. „- Muszę poszukać i sprawdzić…” – cała reakcja.
To znaczy, że do niego nie docierało nic nowego i to od lat!
Do swoich postulatów dołącz więc także zakaz wstępu na katedrę wykładowców, którzy nie przeczytali bieżącego numeru 🙂
J. Luk :
Kwiatkowski! Niedostateczna jeszcze gama*
Kwiatkowski, to krótko mówiąc kawał chama.*
Kwiatkowski, on jest jak okręt bez steru*
Nie czytał ostatniego numeru!
Nie wiem czy pamiętasz tę piosenkę z STS-u. Chodziło oczywiście o ten ostatni numer „Nowych Dróg”.
Jako dziecko czerwonej burżuazji miałem dostęp do wszystkich numerów, ale uważniej czytałem drukowany na różowym papierze (kto mi wyjaśni – czemu?) „Biuletyn specjalny” (cotygodniowy odsłuch Wolnej Europy i Głosu Ameryki). Jak Mój Stary wypisał się z rządu Łysego Gnoma (’65?) brakło mi tego boleśnie i kupowałem coraz lepsze odbiorniki radiowe (np. ten enerdowski Stradivari). Ale najlepsze zakresy krótkich miał (po latach) ruski Okiean, co go używałem w stanie w. do słuchania ukochanego Leopolda Ungera i mojego szwagra, co był tam, w Monachium spikerem. Trudno to nazwać kształceniem, ale miliony słuchały tego i trochę jakoś korzystały umysłowo. A ten szum zagłuszaczek był mniej efektywny niż dzisiejszy, z różnych źródeł.
nie przesadzajmy, roczna prenumerata kosztuje 115 zł, w związku z eksperymentem, który ostatnio przeprowadziłem mogę potwierdzić, że 60 zł tj. ćwiartka (5 x 50 ml x 12 zł) przynosi jedynie tak znikomy skutek, że ciągle warto prenumerować, tym bardziej, że czytać można sobie przez rok i jeszcze mieć na inne wydatki.
Zresztą, co tu dużo gadać, w numerze styczniowym „10 idei, które mogą zmienić świat” a wśród nich pomysł baterii zużywającej dwutlenek węgla i zawierającej węgiel w odpowiednim bilansie – jednym ruchem możliwe rozwiązanie kwestii globalnego ocieplenia w zgodzie z polityką energetyczną już obecnej administracji Stanów Zjednoczonych. Trudności ze skalowaniem technologii (natychmiast przychodzą na myśl rozwinięte powierzchniowo, mezo-wymiarowe matryce z których można by pewnie zrobić elektrody, a może w miarę podobnie udałoby się wiązać podtlenek azotu, np. katalizując odwracalność reakcji alanatów na drugiej, glinowej elektrodzie – wybacz tą uwagę drogi autorze, nie występują tam pierwiastki po które należałoby się wkrótce wybrać w conajmniej bliski kosmos).
W każdym razie moment wydaje się odpowiedni. Chyba jeszcze kandydat na amerykańskiego sekretarza energii Rick Perry przyznał właśnie przed komisją kongresu, że jego poprzedni własny pomysł rozwiązania DOE był jednak nietrafiony – czyli spoko, a na stronie internetowej departamentu ciągle znajduje się uwaga o wadze badań wobec zmian klimatycznych. Jedynie można by się martwić, że amerykanie znowu nas wyprzedzą, jednak wtedy można przecież zaaplikować 5 x 50 ml x 12 zł i poczytać sobie następny numer.
Państwo tutaj rozpisujecie się o zacnym i światłym czasopiśmie, które jest rzeczywiście wspaniałe. Tymczasem nas czeka praca oświatowa na zupełnie innym poziomie. Na poziomie, który jest wyjściowy żeby w ogóle cokolwiek rozumieć z ŚN.
Problem zdiagnozowała Pani Profesor: https://www.youtube.com/watch?v=T1qXuydhRrc&feature=share i to dopiero …. wprowadzenie do tematu.