Andrzej Lewandowski: Jeszcze podskoczą!

2017-02-26.

ECHA WYDARZEŃ: W Lahti narciarstwo ma mistrzostwa świata. Pierwsze koty – za płoty… Wiem, że nie powinienem, ale się lekko posprzeczam. Nie powinienem, bo sam grzeszyłem słowem komentarzy, gdy czasem – też bez zastrzeżeń obiektywizujących głoszony pogląd wróżyłem pewny sukces w zawodach… Ale z dystansu widać ciut inaczej… Nie życzeniowo…

Przed pierwszym skakaniem (normalna skocznia, czyli tzw. średnia, góra „stumetrowa”) mieliśmy zbyt wielką fascynację komentatorską. Wspaniali w treningu, znakomici w eliminacji, więc… Podium prawie murowane, a może jeszcze obsadzone nie w pojedynkę… Jakby inni musieli się poddać. Musieli? Ale… nie zechcieli, co wypadało – to na adres zawodowo komentatorski, z góry przewidzieć…

Podium nie było, ale świetne skakanie – owszem. I ma rację „austriacko-polski” trener teraz szefujący, że chwali oraz dziękuje. Trójka w dziesiątce – to już obraz sukcesu. Stoch –czwarty, Kot – piąty, Kubacki – ósmy… Każdy wykonał po dwa ofensywne skoki, stylowo świetne. Taka wyborna „gra drużynowa” bez indywidualnego medalu. Ale wynikiem satysfakcjonująca, i obiecująca ciekawy ciąg dalszy.

Stan dyspozycji wciąż wysoki, głód sukcesu – widoczny, apetyt jeszcze zaostrzony… Jeszcze podskoczą, zobaczą Państwo!

Jest w tle dyskusja. Że jednak nie wyskakane metry, lecz sędziowie zabrali panu Kamilowi brąz. Bo rywala ocenili za dobrze, a stylowo nie był nienaganny. Po zawodach można sobie podyskutować, zgłosić znaki zapytania – niech będzie. Z zadowoleniem jednak słyszę w wypowiedziach najbardziej zainteresowanych („autorskich”), że refleksja refleksją, ale nic w niej z załamywania rąk. Raczej podnieta… I – niech tak zostanie.

A my – sprawę zdający – lepiej niż przed pierwszym konkursem pamiętajmy, że w czołówce tłok ogromny i kandydatów do ról solowych (oraz drużynowych) przynajmniej kilkunastu… Miło jednak, że z naszej strony już zespół silny nie jak drzewiej tylko (w efektach – „aż”, żeby historycznej prawdzie oddać cześć) dzisiejszym dyrektorem Małyszem…

Przewiduję, że – statystycznie i historycznie sprawę oceniając – bohaterem (ściślej – bohaterką) tych mistrzostw będzie Norweżka Marit Bjoergen. Lat 37, mama, która jest wciąż tak dobra w bieganiu na nartach „ jak za panieństwa”.

Tu już wygrała bieg łączony na 15 km – style klasyczny i dowolny …To był 15. złoty medal Norweżki w karierze na światowym czempionacie.

Ciekawe tło ma ten wyczyn. Coś jak demonstracja przekonań oraz oceny obrazu w narciarstwie. Nie ma jednoznaczności. Zacytuję:

„ Bjoergen zadedykowała zwycięstwo w biegu łączonym nieobecnej z powodu dyskwalifikacji Therese Johaug. ‘To ona powinna walczyć o to złoto. Tym medalem się podzielimy’ – powiedziała. Johaug, która była uznawana za faworytkę MŚ, została zdyskwalifikowana na 13 miesięcy po wykryciu w jej organizmie niedozwolonego sterydu clostebol. Był jednym ze składników maści, którą stosowała na poparzone słońcem usta…”
„Nie zgadzam się z tą karą i już dzień wcześniej powiedziałam Therese, że pobiegnę dla niej. Dzisiaj podczas biegu cały czas o niej myślałam i zastanawiałam się, jakby wyglądał z nią, mistrzynią świata sprzed dwóch lat z Falun w stawce. Na pewno byłby inny”

Gramy dalej! Teraz w piłkę nożną. W europejskich rozgrywkach holenderski Ajax wyciął nam Legię. Ledwie, ledwie, bo jedną bramką, ale Ajax awansował. Po 0:0 w Warszawie, 1:0 w rewanżu.

Miał rację prezes Boniek, gdy mówił, że dziś mecze „u siebie” i wyjazdowy dla psychiki drużyn nie są tak różne jak kiedyś. Boiska tak samo luksusowe, szatnie podobne, samolot – prawie jak dom, bo ciągle się dokądś jedzie – na mecz; kibice jadą z dopingiem za drużyną, więc nastrój podniety jest wszędzie podobny…

Rzeczywiście, coś w tym jest. Mecz wyjazdowy był dla Legii nie zaliczeniem przegranego obowiązku, lecz okazją do walki o awans. Była wola walki, była wola zwycięstwa. A że przegrana? Ktoś musi przegrać, żeby wygrać mógł ktoś. Dali dobre świadectwo. Przegrali w lidze z ostatnim w tabeli Ruchem, by po kilku toczyć równy bój z jakże sławniejszym Ajaksem.

Mecz też ma tło. Dyskusję, czy jedyny gol nie jest przewiną bramkarza. Że źle, w złą stronę wybił piłkę; że jej nie złapał… Przepraszam, bez sensu. Żal mi pana M., że się musi tłumaczyć, a tylu „mędrców z dystansu” go woła do tablicy… Nawet doświadczonych własnymi karierami piłkarskimi. To panowie zapomnieli, że futbol zawsze był i jest m.in. grą błędów? Wymuszonych sytuacją, ale czasem nawet pojawiających się bez sensu?

Ja Legię za ten dwumecz chwalę. A że przy okazji przypomina się nam, iż prawdziwy obraz stanu piłki maluje się równocześnie dwoma pędzlami – reprezentacyjnym i klubowym – toż to czysty zysk. Bo zauważam groźbę, że tak się zafascynowaliśmy rankingiem FIFA, iż nurt klubowy zostawiamy na uboczu… Inaczej niż w Hiszpanii, Niemczech, Holandii, Francji i tak dalej.

Co myć – by człek był czysty – ręce, czy nogi? Jedno i drugie…

Andrzej Lewandowski

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com