Jerzy Łukaszewski: Światły człowiek XXI wieku

2017-03-20. 

[dropcap]K[/dropcap]ażdy lubi od czasu do czasu dobrze się poczuć. Z punktu widzenia psychologii to zrozumiałe, ba – nawet konieczne dla zachowania jakiej takiej równowagi. Jeśli właśnie straciliśmy jedyną dostępną pracę, małżonek/ka puścił nas w trąbę, a wymieniając zamek w drzwiach wywaliliśmy okno razem z futryną z 6 piętra, to musimy znaleźć koniecznie coś, co utwierdzi nas w przekonaniu, że aż tacy beznadziejni nie jesteśmy.

Kiedy nawet własny pies nie merda na nasz widok ogonem, znajdujemy sobie jedno dyżurne pocieszenie – jesteśmy światłymi ludźmi XXI wieku, nie jakąś tam średniowieczną ciemnotą. Od razu nam lżej.

To pocieszenie odgrywa w naszym życiu tak wielką rolę, że z całego chrześcijańskiego serca nienawidzimy tych, którzy ośmieliliby się zasugerować, iż mogłoby być inaczej.

A SĄ tacy wrogowie ludzkości, oj są!

Prosty przykład.

Czytamy sobie ku pokrzepieniu serce o procesach czarownic. To, co zdumiewa w ich opisach to procedury (głównie niemieckie) stosowane w przesłuchaniach i sposobie dowodzenia oskarżeń.

Już sam fakt, że większość procedur wypracowano w Niemczech jest jakimś pocieszeniem. To nie my – bohaterscy Polacy, lecz oni – nasz odwieczny wróg!

Fakt, że ci wrogowie rodzaju ludzkiego od dawna już ich nie stosowali, podczas kiedy my uprawialiśmy ten sport z upodobaniem – jakoś umyka naszej uwadze.

To raz. Dwa, że szczegóły tych procedur jakoś dziwnie pachną współczesnością, co ludzie podli i złośliwi podsuwają nam od czasu do czasu przed oczy, by popsuć nam nasze samopoczucie, którym to usiłowaniom musimy dać stanowczy odpór.

Przypominają nam np., że oskarżenie o czary mógł wnieść każdy i nikt nie pytał oskarżyciela czy jest w tej dziedzinie fachowcem. Szkoda, bo może by natrafiono na kolejnego utajnionego czarownika i stopień wykrywalności tychże zauważalny byłby w stosownych statystykach.

Przykłady z lat minionych potrafią zmrozić krew w żyłach.

W jednym z procesów oskarżenie opierało się na zeznaniach świadka, który opinię o oskarżonej usłyszał z trzecich ust, czyli mniej więcej od szwagra ciotki kuzyna ze strony matki, oczywiście – podczas procesu nieobecnego. Proces się odbył, oskarżoną skazano, co samo w obie stanowiło dla publiczności wątpiącej dowód, że „coś tam jednak było na rzeczy”.

Straszna ciemnota, prawda?

Oczywiście, że prawda, ale czy to tak bardzo różni się od ludzi, którzy uwierzą w sterowaną mgłę, bombę helową, zamach itd.? Od ludzi z tytułami naukowymi czy ludzi kultury, którzy powtarzają jak przed wiekami „ja tam nie wiem, ale coś musi być na rzeczy skoro …” itd.

Niekiedy dziwić się można, że sądy rozpoczynały procesy mając jak na dłoni powód oskarżenia, który wskazywał, że była nim osobista niechęć człowieka do człowieka.

W roku 1727 niejaki Owidzki oskarżył małżeństwo Kistowskich, właścicieli wsi Czerniawo na Pomorzu o szkody wyrządzone w lasach i polach oskarżyciela.

W odpowiedzi Kistowscy oskarżyli Owidzkiego i jego żonę o to, że otrzymali achtel pieniędzy od karczmarki, która bywa u nich w domu i jest czarownicą.

Dla wyjaśnienia dodam, że obowiązywały wówczas przepisy zabraniające goszczenia w swoich domach czarownic. Domyślności czytelników pozostawiam problem: jak rozpoznać czarownicę przychodzącą do nas do domu jeśli nie przedstawi nam się „Dzień dobry, jestem czarownicą, wpadłam do państwa na kawkę”.

Sąd nie miał wątpliwości i proces Owidzkich jako ważniejszy (!) odbył się pierwszy, zostali skazani i to wszystko.

Czym jednak to się różni od oskarżeń człowieka z tytułem doktora praw, który sieje insynuacje na temat nielubianego przez siebie osobnika bez najmniejszych podstaw, reagując jedynie na jego nazwisko jak pies Pawłowa?

Słuchając współczesnych dyskusji między osobami o różnych poglądach politycznych i widząc jak niewielką rolę odgrywa w nich zwykła logika i przyzwoitość – zupełnie inaczej traktuję zeznania jednego ze świadków w procesie o czary, który zeznawał na niekorzyść oskarżonej z takiego oto powodu: rzeczona przychodziła do niego często z prośbą o jałmużnę. Kiedyś otworzył jej będąc rozdrażniony i warknął „- A co was tu znowu diabli przynieśli?!”

Usłyszawszy głośno wypowiedziane (że własnymi ustami, to nie szkodzi) słowo „diabli”, zastanowił się i po chwili zrozumiał, że ma do czynienia z czarownicą. Stawił się więc przed sądem i złożył stosowne zeznania.

Jeśli ktoś z czytelników stara się zrozumieć tę historię to radzę zaniechać wysiłków. Logika nie ma tu zastosowania. Podobnie w jak wielu (coraz więcej)  całkiem współczesnych rozmowach.

Procesów o czary zakazano w Polsce w 1768 roku, co wcale nie oznacza, że czarownice zniknęły z umysłów ludzkich.

Ostatnią straconą, a podejrzaną o czary była Krystyna Ceynowa z Chałup na półwyspie helskim. W 1836 roku rybak Jan Kąkol zachorował i wezwany znachor nie potrafił go wyleczyć. Aby nie stracić przyszłej klienteli orzekł, iż jego wysiłki nie przynoszą rezultatu, ponieważ na chorego ktoś rzucił urok.

Wszyscy przyjęli to wyjaśnienie jako rzecz oczywistą, pozostawało jedynie znaleźć tego „ktosia”.

Padło na Krystynę Ceynowę, babinę nielubianą, bo złośliwą i kłótliwą.

Procesy o czary były już wtedy nielegalne, ale nie przeszkadzało to mieszkańcom Chałup pławić jej w morzu dla sprawdzenia, czy aby nie jest niewinna.

I tu dopiero zaczyna się ciekawa historia dla psychologów i psychiatrów.

Pani Ceynowina utonęła udowadniając tym samym, że nie była winna zarzucanego jej czarnoksięstwa. Wszyscy odetchnęli pewnie z ulgą, zawsze to milej kiedy ma się (miało) do czynienia z niewinną osobą.

Na tym jednak nie koniec. Ceynowina zostawiła kilkoro dzieci i to ich losy powinny być obowiązkowo wykładane na uczelniach medycznych, aby przyszli psychiatrzy zapoznali się z co ciekawszymi przypadkami. Tym bardziej, że wiele wskazuje na to, iż mogą spotkać się z tym w swojej przyszłej praktyce.

Krystyna Ceynowa tonąc pokazała, że była niewinna, ale jej dzieci do końca życia pozostały dla lokalnej społeczności „dziećmi czarownicy”. Kiedy ostatni syn zbiedniawszy umierał z głodu – nikt nie przyszedł mu z pomocą, nikt „synowi czarownicy” nie podał ręki, nigdy nie wpuszczono go do kościoła, nie pochowano na parafialnym cmentarzu.

Daleko ta jabłoń od jabłka w postaci „on ukradł, czy jego okradli – nie wiadomo, ale zamieszany był w kradzież, to pewne” – daleko? A przecież wszyscy znamy tak rozumujących ludzi, a od jakiegoś czasu to rozumowanie zostało wyniesione wręcz na piedestał narodowej myśli.

Pominąwszy czarownice to czym różni się dziś włażenie ludziom do łóżek od dawnej dbałości o „czystość prowadzenia się”? Gdyby tak poszukać przyczyn, to skąd mamy pewność, że dzisiejsze są różne od niegdysiejszych? Osobiście nie postawiłbym na to ani złotówki.

W 1708 roku w Reżęcinie należącym do opactwa pelplińskiego przed sądem stanęli Anna Piątkówna i Jerzy Lubrychcik. Rzecz polegała na tym, iż oskarżony spłodził z oskarżoną dziecko nie pozostając z nią w uświęconym związku.

Oskarżeni zadeklarowali wprawdzie przed sądem chęć pobrania się, ale sąd doszedł do wniosku, że istotne argumenty stoją temu zamysłowi na przeszkodzie. Jednym z nich był fakt, że panna Piątkówna była recydywistką i miała już wcześniej dziecko z rodzonym wujem oskarżonego, zgoda na ich małżeństwo byłaby przyzwoleniem na kazirodztwo, czego nijak nie mógł dopuścić się chrześcijański sąd.

Również w tym wypadku nie polecam zgłębiania logiki rozumowania zastosowanej przez ówczesny wymiar sprawiedliwości. Dla relaksu polecam jedynie wywody któregoś w dyżurnych „obrońców życia” nakazujących rodzić zgwałconym kobietom. Na tym tle ludzie z XVIII wieku nie wyglądają wcale tak odrażająco.

Takie przykłady można sypać całymi stosami. To co najważniejsze jednak to pytanie: czy aż tak bardzo nasze społeczeństwo różni się od tamtego sprzed 300 – 400 lat? Jeśli damy odpowiedź negatywną, to powstanie kolejne, wręcz fundamentalne pytanie: dlaczego?

Przecież wszyscy jak jeden mąż i żona kończymy szkoły, niektórzy nawet kilka, do naszej dyspozycji są publikacje najlepszych umysłów naszych czasów, odkrycia naukowe czyhają na nas na każdym rogu ulicy. I co? No właśnie.

Podawałem kiedyś przykład wojewody Przebendowskiego, który nakazywał otwieranie szkół elementarnych we wszystkich swoich wsiach, co zdolniejszym dzieciom chłopskim fundował pobyt w szkołach średnich, a jednocześnie dawał zgodę na odbywanie w swoich posiadłościach procesów o czary.

Bez trudu znajdziemy dziś wokół siebie jego naśladowców.

Poszukiwanie przyczyn takiego stanu rzeczy nie jest zajęciem na jedno popołudnie.

Dawno, dawno temu śpiewali już o tym „Skaldowie”.

Oj dana, dana
Nie ma szatana,
A świat realny jest poznawalny…

[…]

Ale…

Życie jest formą istnienia białka
Ale w kominie coś czasem załka.
Czasem coś świstnie
Czasem coś gwizdnie,
Coś się pokaże w samej bieliźnie…

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

15 komentarzy

  1. PIRS 2017-03-20
    • wejszyc 2017-03-20
    • j.Luk 2017-03-21
  2. koraszewski 2017-03-20
  3. PIRS 2017-03-20
  4. j.Luk 2017-03-20
  5. hazelhard 2017-03-21
    • Magog 2017-03-21
  6. Magog 2017-03-21
  7. koraszewski 2017-03-21
  8. Sir Jarek 2017-03-21
  9. Sir Jarek 2017-03-21
  10. Sir Jarek 2017-03-21
  11. Sir Jarek 2017-03-21
  12. A. Goryński 2017-03-21
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com