ECHA WYDARZEŃ: 2:1 naszych piłkarzy w Czarnogórze oznacza, że:
- Dorobek reprezentacji powiększył się o 3 punkty;
- Mamy mocną pozycję w grupie eliminacyjnej mistrzostw świata;
- Stało się to, co stać się miało – wedle planów i prognoz.
Łatwo nie było. Dało się w końcu wygrać, ale remis też długo wisiał w powietrzu. Byłby wyrazem niesprawiedliwości, ale… mógł się przydarzyć. Na szczęście, fortuna została przy drużynie jednak lepszej. Takiej, która impetowi pełnego temperamentu przeciwnikowi (często poza regułą czystej gry) zdołała przeciwstawić zimną krew oraz sztukę i większą chyba zespołowość grania. Co też nie było łatwe, wobec przez grubo ponad 90 minut napiętych nerwów oraz rywala, który „pas” rzec nie myślał ani przez chwilę…
Gole piękniejsze od stylu grania, ale w końcu liczy się wynik, a nie uroda meczu…
Gramy dalej o prawo występu we właściwych mistrzostwach. Brama coraz bliżej, ale opór przeciwników przyjdzie jeszcze kilka razy przezwyciężać. Są punkty, jest swego rodzaju komfort, jest luz, który może wspomóc fantazję, ale… wciąż głowę trzeba mieć nie w chmurach, lecz, jak nogi, na ziemi… Żeby… nadal „równo z trawą”, po ostatni gwizdek.
Nasza drużyna skoczków na nartach zamknęła sezon jako najlepszy zespół świata. Kamil Stoch jest drugi w generalce, koledzy też wysoko.
Za sprawą tych wyczynów oraz sprawozdawczego serialu w telewizji skakanie podbija kibiców.
Sceptycy wciąż przypominają, że jest to sport uprawiany „średnio powszechnie”, ale cóż nam malkontenci będą gadać, jeśli… Jeśli młodzi rodacy odważnie przelatują w powietrzu po 200 – 250 metrów, mieszczą się w grupie najważniejszych współtwórców emocji i przynoszą nam radość?!
Przesadzam? Nie, po prostu widzę owe polskie grupy „pod transparentami” oraz spotykam znajomych, którzy przerywają spacer, by pędzić przed telewizor, bo „będą skoki”… A że specjalność to wielce „telewizyjna”, leci się długo, daleko, wcześniej setką pędzi z góry – każdy oceni styl, a o długości skoku mu powiedzą (sprawozdawcy i jakieś linie laserowe), jest serial radujący oko. A gdy jeszcze się widzi prawie 50-letniego Japończyka, który wciąż daje szkołę wielu młodziankom, to i seniorska wyobraźnia jakąś dostaje podnietę…
„Ekonomiści” podziwiając – jeszcze liczą. Także – pieniądze: „Kamil Stoch w tym sezonie jest drugim najlepiej zarabiającym skoczkiem. Więcej od Polaka zarobił tylko zdobywca Kryształowej Kuli Austriak Stefan Kraft. Łączna suma nagród Międzynarodowej Federacji Narciarskiej dla Kamila Stocha za konkursy Pucharu Świata tego sezonu wyniosła 187 400 franków szwajcarskich… W pierwszej „10”zestawienia znalazło się aż trzech Polaków. Czwartym, najlepiej zarabiającym skoczkiem został Maciej Kot. Dziewiąte miejsce zajął natomiast Piotr Żyła”…
I bardzo dobrze – coś za coś, jak wykonywany zawód – taka kasa… Mnie jednak bardziej od wpływów bardziej interesuje wyczyn w sportowym rozumieniu. Że przeżyliśmy sezon atakowania grupowego, nie tylko solówek; ze arcymistrz Kamil znów podkreślił, iż serial czasu olimpijskiego nie był uśmiechem fortuny, lecz awizował trwały wyż… Drugie miejsce w generalce, twarde wojowanie do końca, 251,5 metra na „mamucie” (nawet, jeśli pupą lekko śnieg przytarł, to skok ustał, więc co tu mieć za złe?); styl skakania oraz komentowania… Mistrz, wciąż mistrz proszę Państwa… „W sezonie Kamil Stoch na 26 konkursów Pucharu Świata siedem razy zdobywał pierwsze miejsca. Pięć razy stawał natomiast na niższych stopniach podium. Stoch, oprócz osiągnięć indywidualnych, był bezsprzecznym liderem polskiej kadry, która zaliczyła historyczny sezon. Reprezentacja Polski pierwszy raz w historii wygrała złoty medal mistrzostw świata w konkursie drużynowym oraz zwyciężyła klasyfikację Pucharu Narodów.”
Mało? Dużo. Bardzo dużo! Co jednak nie znaczy, że w sumie w sporcie narciarskim jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być. Mając Tatry, Sudety, Bieszczady… To tak, żeby PZN w szale zasłużonej radości chłodną samoocenę zachował… Panna Justyna ma rację wciąż upominając się o trasy, bieganie, pan Łuszczek przypomina, że kiedyś… tzw. alpejczycy biadolą, że się ich nie widzi oraz nie wspomaga…
Postudiowałem listy kandydatów do rządzenia Polskim Komitetem Olimpijskim. Na kolejne czterolecie. Poza idiotycznym pomysłem związku siatkówki (polityk „Obatel” na prezesa oraz członka zarządu), żadnej kandydatury nie śmiem kontestować. Mogę tylko poklaskać z uznaniem. Prezesa już widzę… Nowe – po dawnemu. Sprawdzone…
Wielkie nazwiska, medaliści, prezesi, ludzie w sporcie doświadczeni i w nim aktywni. Sami wielce zasłużeni, ale… czegoś mi jednak brakuje, Ordynacja wyborcza taka, że większość zależy od nominacji, mniejszość – od głosowania kiedyś trochę sztucznie „ustawiła sprawę”. Dając „prawyborom” prymat nad elekcją. Duch twórczej dyskusji, sporów z dawna przegrywa z zasadą udziału w tworzeniu taktyki i strategii. Gdzież ten bardzo dawny Klub Olimpijczyka, jako forum dyskusji? Co – nie ma wątpliwości oraz różnicy zdań, są tylko – afirmacja z prezentacją?
Nie rozwijam tematu, podpowiadam tylko, że warto zacząć myśleć o rozhermetyzowaniu – m.in. przez zmianę reguł. Tyle, że broń Panie przed „obatelami” oraz „obatelopodobnymi”… Ale niech i sztuczności przestaną obowiązywać. Bo uwierają. Jak to z protezami bywa…
Tu zostanę przy zawodzie. Jeśli w gronie nominowanych kandydatów (pewny wybór) znajduję kolegę i przyjaciela, który kiedyś był „łucznikiem”, teraz jest „zapaśnikiem”, albo drugiego – drzewiej olimpijczyk, dziś zasłużony sprawozdawca (też przyjaciel) nominowany przez… curling, to będę szczery i zadam pytanie – dlaczego nie naturalnie, przez np. Klub Dziennikarzy Sportowych – reprezentację środowiska zawodowego? Między innymi po to by wartość środowiska uznać i podkreślić. Ale to takie uwagi na marginesie pro domo sua, bo przecież raz „zapisany’ do Rodziny Olimpijskiej wciąż mam prawo czuć się w niej obecny i mówić, co widzę oraz myślę, prawda?
Andrzej Lewandowski

