Skoro się pojawili w ludnej ulicy, gdy na jej tle bezbarwnym zakwitł krwawy kwiat, ludzie normalni, „obywatele”, zaczęli pomykać na prawo i na lewo, w tył i naprzód. Jedni zapadali w bramy tak momentalnie, jak znika widmo starego Hamleta w teatrze; inni sunęli wzdłuż murów niepodobni do samych siebie, na obraz cieniów latarni czarnoksięskiej. Byli tacy, co stawali nieruchomo pod murem, z zamrużonymi oczami i wciągniętym w płuca oddechem, jak gdyby w oczekiwaniu, że ściana się rozstąpi, pochłonie ich i wybawi.
Dookoła idącego zastępu zatoczyła się pusta sfera powietrza. Szli sami. I sami naturalną siłą tworzyli ze siebie krąg coraz bardziej spoisty. Kiedy niekiedy i z tego kręgu odpadał człowiek. Jak pacyna urwana od wirującej bryły leciał po linii stycznej i ginął w zaułku, nikł w bramie, ogarnięty przez litościwe objęcie, przez macierzyste łono muru. Maszerujący dalej ściskali się korpusami ciał coraz szczelniej, coraz mocniej, coraz bardziej. Wsparli się ramiony i szukali podniety w ich dreszczu.
Bicie serc stało się jedno.
Pieśń o czerwonym sztandarze zlatywała z ich warg zdrętwiałych i rwała się raz wraz. Co ją ze zduszonej piersi wysiepali jak obosieczny miecz – co wyrzucili strofę spomiędzy zwartych zębów, to się nagle rozsypała, jak lotny piach, w luźne wyrazy, w tony i dźwięki…
Na przedzie, o krok przed tłumem, szedł oberwany szewc, w krótkich portkach, wygniecionych kolanami, wygniłych w kroku, w smokingu, na jedwabnej ongi podszewce, spiętym na brzuchu agrafką, i w czerwonym szaliku na szyi. Pijacka jego twarz była zsiniała, nos popielaty, oczy skostniałe z zachwycenia. Śmiał się na cały głos chichotem, od którego słuchaczom kolana drżały, śmiał się nareszcie, śmiał się raz szczerze, w zamian za całe swe sobacze życie. Wołał wymachując zzieleniałym kapeluszem ku górnym piętrom, ku widzom z balkonów:
– Schodź, burżuazja, na dół! Pięknie do spaceru prosimy!
Kobieta idąca w środku i ręką podtrzymująca sztandar miała na twarzy wyraz spokoju, jasności, można by powiedzieć, wyraz łaski. Widać było z daleka jej twarz głupią, natchnioną i miłościwą. Podnosiła coraz wyżej rękę i coraz wyżej, pewnie odruchowo, podnosiła dziecko. A może nie, może nie odruchowo! Może w tych minutach wiedziała, co czyni. Może je naumyślnie pokazywała światu podłemu. Piwniczne dziecko miało twarz posępną, blado-czarną, spojrzenie gniewne i groźne.
Czemuż je miała kryć?
Żeby się chowało w rynsztoku Ojczyzny? Żeby rosło wpośród czarnych ścian piwnicy, po których ciecze wilgoć wieczna? Żeby oddychało kwaśnym, kapuścianym powietrzem i smrodem nocnych wspólnych legowisk? Żeby żyło bez powietrza, bez światła, bez strawy ludzkiej w kącie, gdzie się tłoczy i morduje, zaraża chorobami i zbrodniami stado wdeptane w ziemię? Żeby jego światem było podwórze, gdzie powietrze – to wapienny pył i zgniły kurz, a jedyny widok – to czarne cegły? Miała czekać, aż podrośnie i stanie się zeń młodociany włóczęga, ulicznik znający od maleńkości wszystkę rozpustę wielkiego miasta i wszystkie jego tajemnicze zbrodnie? Miałaż czekać, aż pocznie żebrać po chodnikach, którymi chodzą weseli panowie i cudnie strojne panie? Miałaź patrzeć, jak go będą ścigać, łapać, trzymać w kryminałach, kuć w żelaza za jakieś nie znane jej zbrodnie? Miałaż czekać na chwilę, kiedy jedyną jego rozkoszą stanie się wódka i zarażona dziewka? Miałaż czekać, aż wyrośnie na nożowca lub pracownika, co wysiepawszy całe ciało w fabrykach dla zysku panów, zamrze śmiercią spracowanego konia, z niewiadomej choroby, zgonem nędzniejszym od bujnego zgonu nożowca?
Któż wie? Może w onej chwili wzdychała, że woli go zanieść na krwawą ofiarę czystego ciałem i duchem, istność nieskalaną, niezmazaną, świętość duszy swej wykarmioną krwią spod serca, własność jedyną na tym padole, dzieciątko jasne, zanim je świat odedrze od łona, pochwyci w szpony, strawi w szczękach swych wszechmocnych i rzuci jej pod nogi jako łachman gnijący…
Zupełna pustka stała się w ulicy. Nagie ściany domów, zamknięte okna, zatrzaśnięte drzwi i nagi bruk. Nagi bruk…
Z poprzecznego zaułka wyszedł niespodziewanie jakoby ruchomy odłam muru. Szynele koloru skostniałej ziemi, żółtawe baszłyki niby skiby roli podoranej.
Na ten widok wyrwała się z pęt i wybuchła pieśń. Stała się okrzykiem wolności wydartym z głębiny ducha wielkiego ludu. Niby z otchłani lecąca strzała, której żeleźce dymi się jeszcze od krwi, padła w pustą ulicę i w nastawiony połysk karabinów.
Popchnięty od ducha zachwytu, natchniony posłannictwem tłum zrósł się w jedną bryłę. Stał się męstwem, które śmiercią pogardza. Szedł niezachwiany, wyniosły, ślepy i głuchy, żywy pocisk, torujący drogi wolności.
Stefan Żeromski
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w krakowskim dwutygodniku „Trybuna” nr 1/1906. Przedrukowujemy go za Stefan Żeromski – „Snobizm i postęp oraz inne utwory publicystyczne”, Universitas, Kraków 2003.
Przedrukowujemy, bo chcemy tylko nieśmiało przypomnieć, że są Polacy, dla których 1 maja jest nie tylko Dniem Świętego Grilla ani nawet Józefa Robotnika. I niektórzy z nich nawet nie mieli niewłaściwych rodziców; są zaś i tacy, którzy sami nie byli niesłuszni.


Inne czasy, inna rzeczywistość.
Wracając do tu i teraz – wczoraj, w Warszawie, oprócz pochodów i manifestacji 1-majowych, najgłośniejszym okazał się marsz polskich faszystów spod znaku ONR, legalny, osłaniany przez policję (takie jest prawo) a próby kontr manifestacji (nieliczne) nie mogły się powieść.
Z dwóch rzeczywistości w jakich przyszło mi żyć – wielkich 1-majowych pochodów i marszu polskich faszystów świętujących swoje rocznice, przyznam, że wolę tamte pochody.
Chciałoby się aby „polski faszysta” brzmiało jak oksymoron. Ale chyba nic z tego. Na dokładkę te łyse jełopy (sam poleruję glacę) nie mają zielonego pojęcia o genezie Święta 1-go Maja, ale to już wina SLD, UW, PO…itd. Nigdy…na żadnym transparencie nie widziałem „Chicago – Pamiętamy”….a powinien być. Bo są analogie……. – „Sytuacja w Chicago była napięta już kilka lat przed wydarzeniami z 1886. Fatalne warunki pracy, niskie płace i praca do dwunastu godzin na dobę były standardem.”(za Wiki)
I też wolę tamte pochody…..zawsze było piwo…i prawie zawsze pogoda. Nooooo… i dużo młodsze koleżanki…:-)
Pozdrawiam