ECHA WYDARZEŃ: Armenia –Polska 1:6 w eliminacjach mistrzostw świata. Oczywiście –piłkarskich.
Punkty są, jeszcze tylko kroczek (pewnie i może w niedzielę) i prawo udziału w we właściwej, nobilitującej strefie imprezy – będzie nasze. Zaczniemy śnić o medalu. I dalej pracować nad sobą, pamiętając, że wcale nie tak dawno „drużyna Engela” też finałowy przywilej zawojowała, ale potem „zgubiła nuty” i okrutnie fałszowała…
Awans to, więc wytyczna na dziś, pełna świadomość, że TAM trzeba będzie do coraz większej (ładne teraz i widoczne) pewności siebie dorzucić zwyżkę klasy grania – niech nam też już teraz jakoś towarzyszy…
A w niedzielę – Czarnogóra. Na Narodowym.
Że ten mecz będzie wygrany – wiedziałem… nim się zaczął; gdy było…śpiewanie hymnów. Już wtedy naszym szło dużo lepiej. Potoczenie okiem po trybunach też coś sugerowało. Tyle pustych siedzeń – u nas z dawna nie do pomyślenia, gdy gra reprezentacja.
Już ze stanu zainteresowania wniosłem, że gospodarze nie poczują nacisku wymagań i bardziej będą mecz zaliczali, niż starali się o zwycięstwo. A że jeszcze szybko okazało się, że ci, którzy „mają ochotę” i prezentują wyszkolenie, zgranie, czyli sztukę z zupełnie innej półki – sprawa stała się jasna. Nie – czy, ale – ile?! I od goli, a nie od punktów zależała temperatura emocji.
Tło było – jakie było, ale nasza drużyna grała dobrze, skutecznie, z widoczną ochotą. Powodów do zachwytu nie widzę, ale do wyrażenia uznania – tak! Nie podnieciłem się jak Pan Prezydent, którzy w akcie publicznym (internet) dziękując pomylił – pewnie w emocjach, albo za sprawą niedoróbki personelu – Erewań z Astaną, ale… punkty są punktami. .
Pan Robert L. jest teraz na czele historycznego rejestru strzelców reprezentacji. Wyprzedził „samego” Pana Włodzimierza.
„Włodzimierz Lubański w reprezentacji narodowej wystąpił w 75 meczach i zdobył 48 bramek. Do meczu z Armenią był najlepszym strzelcem w historii polskiej kadry. W swoim 90. występie wyprzedził go Robert Lewandowski, który ma już 50 trafień” – tak zapisali kronikarze, a w TV usłyszałem jak Pan Włodek sympatycznie pogratulował Panu Robertowi, że… stracił prowadzenie w statystyce. Jednak, co dżentelmen – to dżentelmen…
Dziś statystycy odnotowują, że Robert Lewandowski zaliczył „hattricka”, co jest czymś dodatkowym z w rejestrze zaszczytów. Rozwinę, żeby wyjaśnić:
„Hat trick, hat-trick – sportowe określenie, związane z osiągnięciem czegoś w liczbie trzech. Termin wywodzi się z krykieta, gdzie jest zwyczaj dawania kapelusza (ang. hat – „kapelusz” oraz trick – „sztuczka”) lub czapki zawodnikowi, który wyeliminował trzech batsmanów trzema kolejnymi rzutami. W hokeju i piłce nożnej hat trickiem nazywa się zdobycie przez zawodnika trzech goli w jednym meczu. O klasycznym hat tricku w piłce nożnej mówi się, gdy piłkarz zdobędzie trzy gole w jednej połowie meczu, a niektórzy dziennikarze sportowi twierdzą, że wtedy, gdy piłkarz zdobędzie trzy gole w jednej połowie meczu i nie oddzielone od siebie żadnym golem zdobytym przez innego gracza”…
Jeśli jeszcze coś dorzucić, to zachwyt nad tym jak pan Robert zdobywa gole. Dwa z trzech w tym meczu to strzały ze stałych fragmentów gry. Wykonanie tak chirurgiczne, że aż dziw bierze, że człowiek może nogą sprawić, iż piłka: „do centymetra” poleci tam, gdzie mózg jej wyznaczył punkt docelowy… Talent i trening. Talent tworzy szansę, trening czyni mistrza… Tak więc, zdarzyło się na boisku coś historycznego, pękła kolejna bariera z posiwiałą już brodą. Czekam, kiedy znajdzie się osoba, która pobije rekord Ireny Szewińskiej w bieganiu na 400 metrów – 49,28 jesienią 1976 w Montrealu….
Jeszcze słowo – o piłce, choć bez piłki. Legia najpierw 0:3 przegrała z Lechem, potem – na klubowym parkingu – podobno przyjęła fizyczną reprymendę od zawiedzionych kibiców. Coś nowego w rejestrze sportowych obrazków. Odnotowuję bynajmniej nie zachęcając do powielania takich relacji kibic – sportowiec…
A że Legia – taka zamożna, tak chętnie importująca, tak podobno świetnie zorganizowana gra w piłkę gorzej niż grywała – nie mnie dochodzić przyczyn. Fakt – wciąż mamy w futbolu „dwie prawdy” – tę reprezentacyjną i tę klubową. Z dziwnie luźnymi zależnościami wzajemnymi…
Pod koniec – żeby było sprawiedliwie – informacja o trofeach przywiezionych przez brać żeglarską z mistrzostw świata. Aż trzy srebrne medale! Głos prezesa Ryszarda Stadniuka: „Wyjazd na mistrzostwa do USA był bardzo skomplikowanym przedsięwzięciem logistycznym. Dodatkowo plany pokrzyżował nam huragan Irma, z powodu którego musieliśmy zrezygnować z zaplanowanego zgrupowania aklimatyzacyjnego. Trzy wicemistrzostwa świata są więc tym cenniejsze, a szczególnie cieszy nas, że medale zdobyli młodzi zawodnicy. Jeszcze słowo – że tytuły to zdobycz w konkurencjach olimpijskich, więc „już”, jakoś kojarzy się z „jeszcze…”
I jeszcze ciepłe słowo o powrocie „Śląskiego” do życia. Długo trwało, ale sport się doczekał. Tyle, że stare związki obiektu z futbolem – zostały już w odległej historii; teraz ma ten przywilej „Narodowy”, Janek Ciszewski nie relacjonuje, Krystyna Loska nie zapowiada w telewizji, co zawsze miało wróżyć dobry mecz. Włodzimierz Lubański ma swoje lata… Nowoczesny obiekt ma przejąć lekka atletyka, „Skra” z dawna w ruinie (za przyzwoleniem, niestety), chorzowski obiekt ma przejąć rolę.
Oferta jest, stadion jest, będzie społeczna akceptacja ludzi przyzwyczajonych do konsumpcji emocji tworzonych przez piłkę? Będą pełne trybuny?
Andrzej Lewandowski

Ja jednak za najważniejsze wydarzenie „sportowe” (nie muszę chyba tłumaczyć użycia cudzysłowu?) ostatnich dni uznaję to, co raczysz określać „fizyczną reprymendą od zawiedzionych kibiców”, „nie zachęcając do powielania takich relacji kibic – sportowiec…”. Osobiście to nazywam inaczej: chamstwem, matołectwem i bandytyzmem, które zaczynają zatruwać nasz kraj już ponad możliwości wytrzymania. Nie znam się na przepisach, ale byłoby słuszne i sprawiedliwe, by ten klub natychmiast rozwiązać, nakładając na właściciela wielomilionową karę za demoralizację powszechną. Pewno to niemożliwe, ale jakieś 100 meczów ligowych bez publiczności, to by było minimum. Też niemożliwe? Wielka szkoda.
Szanowny BM- rozumiem i podzielam Twoje oburzenie, ale wniosku tak radykalnego nie widzę. Bo, co- klub ukarać meczami bez trybun za marną grę i drogie bilety? „”Demoralizacja powszechna” , o której piszesz, nie w klubie powstała, ale jest to zjawisko społeczne, z którym ani sport, ani policja, ani system edukacji, ani ambona nie dają sobie rady. Gorzej- czasem w ogóle nie próbują. Oto czytam, że analizy wspomnianego incydentu wykazują, że… właściwie to chyba nic strasznego się nie wydarzyło. Bo wygodniej tak konstatowac, niż podjąć ryzyko spójnego, zorganizowanego przewciwdziałania. I co- zamknąć, rozwiązać jakiś klub – problem społeczny zniknie? Nie zniknie, zmieni tylko miejsca działania. Trochę to jak z dawnym ruchem burzycieli maszyn… Bo jednak „maszyny” mniej winne od tych, którzy mają baczyć, by obyczaj społeczny tak się nie kaleczył. A co i jak? Kilka adresów podrzuciłem. Znanych zresztą nie od dziś i nie od wczoraj.
Dzisiejszy sport stał się – niestety – działem gospodarki (jego poszczególne dyscypliny i kluby, to przecież przedsiębiorstwa z branży cyrkowo-showbiznesowej) , w którym liczy się wyłącznie zysk. Funkcje wychowawcze, uroda współzawodnictwa – nie liczą się kompletnie, choćbyśmy to pokrywali całymi stronami pięknych tekstów. Sportowcy są celebrytami nie dlatego, że są dobrzy – ale dlatego, że zdobywając popularność stają się reklamowymi manekinami swoich firm. W tej sytuacji jedynym sposobem normalizacji są potężne uderzenia finansowe we właścicieli. Oraz w dobre samopoczucie kibiców. Bo o tym, żeby media przestały się zajmować sportem zawodowym już nie marzę, nierealne: zbyt wielkie pieniądze za tym stoją. Ale trochę radykalnych rozwiązań (wspomniane miażdżące kluby kary finansowe, dożywotnia dyskwalifikacja za jednorazowe wykrycie dopingu, bez rozpatrywania odwołań i okoliczności łagodzących, skreślanie dyscyplin z Olimpiad, jeśli np. w dwóch krajach wykryto doping, pozbawianie dotacji, zakaz fikcyjnych etatów, stypendiów itp.) by się przydało…
„Skomprymowane” Państwo daloby sobie może trochę radę, ale… nie za bardzo chce. Polityka! Biznes i polityka. Kibic- nawet zły i awanturnik może się kiedyś – i jakoś- przydać. Finansowanie? Dam swojemu, nie dam nieswojemu- zresztą i tak tzw. zły pieniądz zazwyczaj nie pochodzi z budżetu, a komisje rewizyjne w związkach sportowych to fikcja. Dobrze kupić, sprzedać , wypożyczyć, dostać sponsora- to jest sprawa… Wybieranie do władz- też przez ustawowe „kto- nie”, jakieś wpływanie na na to „kto- tak”. Mimo, że „pozarządowe”, :samorządowe itd Kary finansowe? Stosują międznarodowe federacje, bo dbają o swoją kasę, ale w wymiarze państwa- to raczej słyszałem o zwolnieniach podatkowych niż o represjach ze stroby fiskusa. Doping? Dużo krzyku, wielkie wydatki i zgoda na to, że medal odebrany jednym za koksowanie- daje się inym, którzy też mają epizod dopingowy na sportowej drodze. Lege artis… Jasne, że trzeba wojować, ale przyznaję, że dużo w tymk wojowaniu jest ślepej amunicji. I interesów zawiązanych w supełki. A zawód prawdziwego sportowca- wciąż ciężki, i coraz trudniejszy…