
Po ponownym przeczytaniu raportu „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta” opracowanego przez Instytut Studiów Zaawansowanych (think tank Krytyki Politycznej) doszedłem do wniosku, że warto go jednak gorąco polecić. Szczególnie lewicowym publicystom, którzy nadal wierzą, że to ubóstwo, wykluczenie i inne cierpienia spowodowane przez PO, skłoniły wyborców do głosowania na PiS. Liberałom, kwestionującym takie wyjaśnienie, nie wierzyli. Może teraz uwierzą, bo nareszcie ktoś na lewicy postanowił zapoznać się z faktami i łatwo doszedł do takiego samego wniosku, co liberałowie. Ale konkluzja raportu powinna zainteresować wszystkich, którzy pragną jak najszybciej odsunąć PiS od władzy.
Oceniając postawy grupy społecznej określanej w raporcie, jako „klasa ludowa” Autorzy stwierdzają:
„Nie należy dopatrywać się w wypowiedziach robotników i ich relacjach z PiS-em natury ich klasy i prawdy o ich moralności. Jest raczej tak, że PiS daje im dziś poczucie uczestnictwa we wspólnocie, której członkowie wyraźnie różnią się od elit, „patologii” i obcych. Są dzięki temu „normalnymi” ludźmi. (…) Nacjonalizm, jaki rozgrywa PiS, ma niewiele pozytywnych treści i nie określa szczegółowo powinności i tożsamości „prawdziwego” Polaka. Gdyby to robił mogłyby powstać niepotrzebne napięcia miedzy zwolennikami, którzy często nie byliby w stanie odnaleźć się w pozytywnych definicjach. Zamiast tego łączy ludzi w opozycji wobec tych, którym „nic się nie należy”. Właściwe klasie ludowej swojskość i troska zostają wciągnięte w projekt akceptujący bezwzględność, tak wobec politycznych rywali, jak i wobec znajdujących się w potrzebie, ale nienależących do wspólnoty”.
Charakteryzując popierających PiS przedstawicieli klasy średniej raport stwierdza:
„Przekonanie, że ludzie akceptują likwidację autonomii kolejnych instytucji przez Kaczyńskiego, bo są to sprawy odległe i abstrakcyjne, nie jest zatem trafne. Dla znacznej części wyborców PiS-u są to działania słuszne, bo dotykają najbardziej wpływowych grup, a mają szansę sięgnąć – tak jak w przypadku naszej nauczycielki – prywatnych urazów i upokorzeń.
Analizując wypowiedzi osób z klasy średniej popierających PiS, zwraca uwagę ich zdecydowane poparcie dla kolejnych posunięć partii. Proces koncentracji władzy rozpo¬częty przez Kaczyńskiego nie osłabia ich identyfikacji z nim, a wręcz przeciwnie, wciąga ich w nurt zmian. Bez względu na to, czy chodzi o uchodźców, Trybunał, szkoły czy sądy, działania PiS-u określane są jako słuszne. Można odnieść wrażenie, że każde kolejne posunięcie wsysa ich w wir wydarzeń, których celem jest „rozwalenie tego wszystkiego”. (Warto dodać, że prywatny uraz nauczycielki, o której mowa w tym cytacie wziął się stąd, że została przez sąd skazana na grzywnę za sfałszowanie podpisu męża przy poręczaniu kredytu.)
Dalej Autorzy stwierdzają : „W populizmie mechanizm zdobywania poparcia polegał na znajdowaniu środków wyrazu dla doświadczeń, dla których nie było miejsca w sferze publicznej. Dziś mamy do czynienia z nową sytuacją. Pry¬watne doświadczenia są marginalizowane przez identyfikację polityczną. Wzmacniany jest sposób przeżywania świata, który selekcjonuje doświadczenia, tak aby pasowały do uczestnictwa w dramacie społecznym.”.
To znaczy, że PiS jest popierany właśnie za to wszystko, za co opozycja go krytykuje. Jesteśmy aktorami spektaklu reżyserowanego przez Kaczyńskiego. Jak dręczone zwierzę, którego powarkiwania i skomlenie przy zadawaniu bólu jest z entuzjazmem przyjmowane przez rozochoconą gawiedź. U podstaw politycznego podziału Polski leżą fundamentalne różnice kulturowe. Dlatego zwykła perswazja w dyskusji ze zwolennikami dobrej zmiany przynosi dokładnie odwrotny skutek niż oczekiwany przez opozycję.
Cóż więc robić?
Przede wszystkim pamiętać, że sondażowe prawie 50% poparcia dla PiS ma niewiele wspólnego z realnym poparciem, które raczej nie przekracza 30%. To znaczy, że zasięg tej barbarzyńskiej kultury nie jest obezwładniająco duży, a jej dominacja wynika z fatalnego zbiegu okoliczności i lekkomyślności wszystkich, którzy ostrzeżenia przed PiS-em traktowali wyłącznie, jako wyborczą propagandę PO.
Po drugie, wziąć się w garść – nie lamentować, nie wpadać w panikę, nie pokazywać gawiedzi, że posunięcia PiS głęboko nas dotykają. Ignorować kolejne posunięcia PiS (sensowne wydaje się ich okresowe recenzowanie w suchych, merytorycznych raportach i unikanie płaczliwych skarg na każde „szturchnięcie” sadysty Kaczyńskiego). Jeśli reagować to tylko bardzo mocno. Przykładem może być hasło „będziecie siedzieć”, czy takie wypowiedzi, jak ostatnio Joanny Szczepkowskiej, a nieco wcześniej Franciszka Jagielskiego, „ochroniarza” Obywateli RP. (Na razie sami takie osoby atakujemy, w imię naszych norm kulturowych, zapominając, że mamy do czynienia z bezwzględnym przeciwnikiem, który naszymi normami kulturowymi gardzi, a mogą go osłabić tylko ataki nie mniej brutalne, niż ich własne). I chyba czas najwyższy, byśmy zamiast mówić i pisać o PiS, wskazywali na faktycznego sprawcę działań tej organizacji, czyli Jarosława Kaczyńskiego.
Ja mogę obiecać, że już nigdy nie użyję nazwy tej tylko z nazwy partii, będącej faktycznie aparatem wykonawczym woli Jarosława Kaczyńskiego!
Przede wszystkim jednak powinniśmy organizować się w świecie niejako równoległym do tego, który kreuje Kaczyński. Zamiast demonstrować przeciw działaniom Kaczyńskiego, demonstrować za tym, co my uważamy za wartościowe i potrzebne. Bo nasze protesty nic nie dają (w najlepszym razie powodują chwilowe cofnięcie się Kaczyńskiego liczącego, że emocje opadną), a raczej mu pomagają, dostarczając spektaklu jego zwolennikom, pozwalającego odciągnąć ich uwagę od realnych skutków polityki dobrej zmiany. Zamiast tego organizujmy własne spektakle. Na przykład, zamiast oburzać się atakami na Wałęsę, zróbmy demonstrację w rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych z Wałęsą w roli głównej, czy po prostu demonstrację w dniu jego urodzin. Dyskutujmy o przyszłości Europy i naszym w niej miejscu. Szukajmy kompromisu między lewicą i liberałami w kwestiach polityki społecznej, przynajmniej w pewnych obszarach tej polityki, pokazując przy tej okazji, że traktujemy rządy satrapy Kaczyńskiego jako epizod, który nie może trwać dłużej niż do najbliższych wyborów.
W ten sposób pokażemy niezdecydowanym, że mamy własną wizję Polski, patriotyzmu itp. A przede wszystkim pokażemy siłę. A siła to jedyny argument trafiający do neoautorytarnego elektoratu.

Nie dać się prowokować. Zachować spokój. Myślec. Analizować. Planować. Organizować zwolenników. Nie dać się zniechęcić. Nie przyjmować pozornych ustępstw i manipulacji. Uprzejmie kwitować jakiekolwiek gesty „dobrej woli”, pamiętając, ze są czysto werbalne. Żądać gwarancji, jeśli takie gesty są oferowane.
Szykować i przygotowywać uderzenie. A kiedy już uderzać, to jak najskuteczniej. Najboleśniej dla nich i dla niego. Uderzać tam, gdzie są słabi, a nie tam, gdzie są mocni. Bez negatywnych emocji, bez wrogości, ale bez litości. Kaczyński i jego ludzie nie zasłużyli na litość, choć będą zasługiwali na łaskę, gdy zostaną pokonani. Teraz nie jest czas na sympatie dla gangsterów.
Cytuję dwukrotnie, pod tekstami A. Bratkowskiego i PIRSA, fragment tekstu Karola Modzelewskiego z „Przeglądu” Nr 52 (938) 27.12.2017-01.01.2018:„Kluczem jest postawa tej części społeczeństwa, która PIS popiera i która rośnie. Nad tym się muszą zastanowić ci, którzy stawiają opór PIS…Zachęcam do pracy na wzór narodników – pójście w lud!…trzeba się dogadywać z ludźmi z tamtej strony. Jak z nimi rozmawiać? Póki nie wiemy jak rozmawiać, póty nie znajdziemy wspólnego języka, niż nie wskóramy. Jeśli chcemy być skuteczni – trzeba się z nimi dogadywać.”
Sancta simplicitas!
Ta rada Karola Modzelewskiego jest tautologicznie słuszna, więc faktycznie bezużyteczna
Nareszcie po dwóch latach osłupienia zbliżamy sie p o w o l i do odwrócenia wektorów. Zamiast lamentów, próśb, błagań i „szukania innej narracji” zaczynamy rozumieć, że opór w formach lulturalnych nie ma sensu. Podzielam zdanie Autora artykułu. Róbmy swoje działając konstruktywnie na rzecz wygrania wyborów w 2018 i w 2019 roku. A odpowiadajmy stanowczo i zdecydowanie. Do Pani Szczepkowskiej o Pana Jagielskiego dołączył ostatnio Pan Krzysztof Łoziński. Jeśli odpowiadać to tak właśnie.
Kluczem jest postawa tej części społeczeństwa, która choć wprost PiSu nie popiera tłumne uczestniczy w ceremoniach religijnych dając w ten sposób Kościołowi siłę nacisku na władzę i resztę. Przywiązana do tradycji nie pozwala na przeprowadzenie modernizacji państwa w duchu liberalnej demokracji. To o nich przede wszystkim chodzi. Ich może jeszcze da się jakoś przekonać.
Ciekawe, ciekawe..
Przywiązanie do tradycji wrogiem postępu?
A jak ma wyglądać ten „postęp” ?
albo „modernizacja państwa w duchu liberalnej demokracji”
Co to za diabeł?
Kolejne stereotypy w użyciu?
Wszystkim na świecie tradycja nie przeszkadza, tylko polskiej elicie?
Czekam na łaskawe objaśnienie..
Tradycja w polskim wydaniu nie jest pamięcią o korzeniach, nie jest wykorzystywaniem ich do tego by rosnąć, tylko jest piłą, która ścina pień. Nie liczy się drzewo, liczą się korzenie. I KK bardzo w takim myśleniu pomaga, bo w Polsce jest kościołem spróchniałym i stęchłym, jest przeżarty przez kornika Rydzyka.
„Postęp” to otwartość na przyszłość, na zmiany, na nowe. Świadomość tego, że jest nieunikniona, więc lepiej próbować nią zarządzać, niż dryfować i zdawać się na ślepy los albo manipulatorów, których w KK pełno.
To nie jest przywiązanie do tradycji, tylko obawa, że jakiś miejscowy sygnalista doniesie, gdzie trzeba, że nie uczestniczymy, a pracować trzeba. Już to przerabialiśmy, chociaż pod innymi sztandarami i hasłami.
Powtórzę jeszcze raz: Z pisem nie wygra nikt, kto będzie opowiadał się za przyjęciem choćby jednego uchodźcy islamskiego!
Tak zwany suweren jest skutecznie zastraszany i zastraszony sytuacją dziejącą się na naszych oczach i nie pomoże tu jakakolwiek gadanina choćby największych autorytetów (a gdzie one?!). Do tego jeszcze Kościół umiejętnie podgrzewa tę histerię wzmacniając ją. Każde wybory, podkreślam – każde – wygra przez najbliższych parę lat partia blokująca import uchodźców. Gracz, który tego nie rozumie, nie rozumie prawideł mechanizmów sterujących tym układem i powinien zająć się wypiekiem ciast, lub innym, równie pożytecznym zajęciem. Wobec powyższego temat chamstwa uważam na tą chwilę za trzeciorzędny. Najpierw trzeba wygrać wybory. Na rozliczenie chama przyjdzie wtedy czas. Na pucz się nie zanosi ze względu na czystki z tych najodważniejszych więc nie ma większej nadziei na wczesną zmianę. Ale pogęgać sobie można.
Z pisem nie wygra nikt…. oczywista oczywistość..
http://podatki.gazetaprawna.pl/artykuly/1089261,podatki-w-2018-roku-zmiany-w-podatkach-2018.html
Na chwilę obecną stół bilardowy należy do PiS…
Popieram w pełni sugestie autora. To jedyna droga. Czyli wskazanie społeczeństwu prawdziwej alternatywy dla rządów watażki. I nazwanie przyczyny tego postępującego zamachu stanu po imieniu (Jarosława). Tak należy postępować. Jakże kontrastuje to z „odejściem na prawo” Schetyny. Zatem pytanie, kto w polskiej opozycji jest w stanie organizować kontr posunięcia proponowane przez Andrzeja S. Bratkowskiego.
Raport z „Miastka” pod redakcją dr. Gduli, który ostatnio objawił się jako żródło wielu konkluzji, aczkolwiek ciekawy socjologicznie, stał się przyczynkiem do zbyt liniowych aproksymacji w kierunku opisu całego społeczeństwa. Został przygotowany na podstawie dwukrotnych wywiadów z 30 osobami [Dobra zmiana w Miastku, s.39] specjalnie wybranymi dla zwiększenia reprezentatywności, ale jednak tylko TRZYDZIESTOMA.
Bardzo znikomo poruszono tam wpływ indoktrynacji kościelnej, tylko w jednym wypadku respondent uznał i zaakceptował, wpływ narracji z ambony, kilkoro nie stwierdziło aby wpływ opinii księży był dla nich ważący. Ciekawa byłaby opinia pytanych o konkretnych akcjach wyborczych w świątyniach, ich wpływu na decyzję wyborców i oceny takiej działalności politycznej Kościoła. Ten obszar pozakonstytucyjnej praktyki rzadko bywa przedmiotem analizy ze szkodą dla oglądu całości życia politycznego w jeszcze wolnej Polsce.