2018-03-24.
ECHA WYDARZEŃ: Reprezentacja futbolistów wróciła na boisko. We Wrocławiu. Przegrała z Nigerią 0:1, co niektórzy pewnie – jak to kibice – wygwiżdżą, a wedle innych raczej może wyjść nam na zdrowie. Z naciskiem na „może”, bo jak będzie – czas pokaże.
Na czym polega korzyść?
Po pierwsze – na … ściągnięciu chwalb na ziemię. Czyli – na jej właściwe wciąż miejsce dla stanu rozumnego optymizmu. Nie taniego, łatwego, wyłącznie dobrożyczeniowego, a opartego na chłodnej analizie oraz kalkulacji. Świata jeszcze nie podbiliśmy, i lepiej mieć z góry tego świadomość, a gaworzenie o finale Euro zostawić sobie w strefie miłego snu…
Po drugie – Była to okazja porównania się z drużyną, która – jak oceniają fachowcy – grywa podobnie jak Senegal, a z tamtym zespołem przyjdzie się zmierzyć w pierwszej fazie mistrzostw świata. Niby piłka ta sama i granie zazwyczaj musi być podobne, ale styl bywa różny i dobrze się z nim próbować oswoić przed graniem o punkty. To właśnie było intencją kontraktowania tego meczu, i „inwestycję”, dlatego uważam za trafioną.
Goście nie słowem, a boiskowymi czynami dowodzili, że wiedzą, co to dziś znaczy dobra piłka. Z temperamentem, ale też zdyscyplinowana w strategii i taktyce; atletyczna do ostatniego gwizdka – zawsze blisko rywala, zawsze z myślą o przejściu do ofensywy. To zaś, że dość często goście – może wedle ich trenera lekkomyślnie – popisywali się „kiwkami”, też uznaję za przydatną lekcję. Bo te kiwki zazwyczaj wygrywali, co poinformowało, iż osobiste wyszkolenie mają lepsze. Co może być też cechą finałowych grań. Oczywiście trudno, by podczas zgrupowań ten element zasadniczo poprawić (nawiasem, technicznej „ zabawy z piłką” podobno wieku sportowo seniorskim już trudno się nauczyć, to się kształtuje w chłopięcym), ale klucz taktyczny można poprawić…
W założeniu była to gra szkolna, z eksperymentami z góry przewidzianymi. I proponuję odejść od oceny w kategoriach „zwycięstwo – porażka”, jako wyłącznego kryterium. Choć jasne, że w każdej grze, także szkolnej, milej wygrywać niż dawać ciała… Ale nie tak, jak w reasumpcji tytułowej: „Nieuznany gol, karny z kapelusza”, co sugeruje, iż rzeczywistość boiskowa powinna być inna niż była… I wtedy byśmy się sobą znów zachwycili? Stanowczo wolę skrótową recenzję kapitana: „ – Powinniśmy wygrać ten mecz i to spokojnie – taka jest prawda. Nie byliśmy słabsi, a wręcz przeciwnie. O porażce zadecydowały detale. Przy większej koncentracji i pełnej dyspozycji zawodników ten wynik mógł być zupełnie inny”… Mógł być, ale nie był…
Pan Kamil Stoch fruwa i fruwa. Koncertmistrz światowych nart, solista rodzimych. Pewnie już wygrał krajowy plebiscyt… 2018 roku. Ma to latanie na nartach jeszcze wymowę fascynacji osobą, na co pozwalam sobie zwrócić uwagę. Od znajomych osób, które są średnimi kibicami słyszę, że pan Kamil ich uwiódł nie tylko sportowym prymatem, lecz tym, że jest „publicznie normalny”. Uśmiechnięty, skromny, sympatyczny, Nie pcha się z pozornie wyrafinowaną filozofią. Nie szpanuje zdobywanym bogactwem (nie z „premii”, jak ostatnio podkreślane waleniem pięścią w sejmową trybunę), lecz z dokonań. Że w ramach po mistrzowsku wykonywanego zawodu – nie musi ogłaszać – to widać… Po prostu. A dom niech sobie rośnie – w tle, jako pewnie zrozumiały wynik zysków talentu i poświęcenia się sportowi. Mnie też to się podoba. I serce raduje, że coraz więcej poznaję mistrzów sportu, którzy wygrywają, robią fortuny, a zachowują skromność osobistą. Jak Pan Kamil. Pan Robert, Pan „Kwiato” i im podobni… A jaki dom, za ile zegarek, buty, torebka wybranki… niech zostaje tam, gdzie się już tym pasjonują, w „pomponikowym podglądactwie”… Ja je skrzętnie omijam, moi sportowi idole – też… I to mi odpowiada…
Chwalone skakanie ma swój znak zapytania. Trener Horngacher – zostanie, czy pójdzie sobie w świat? Z tego, co opowiada wciąż mowny, (jako dyrektor) Adam Małysz, w grę wchodzą pieniądze. Nie na podwyżkę dla trenera, ale na tzw. technikę. Pan H. podobno domaga się maszyny, jaką dysponują konkurenci. Do szlifowania nart. Żeby uzyskać tzw. szybkość najazdową na poziomie rywali. Taka maszyna to ponoć pół miliona… Plus wydatki na obsługę. Minister albo PKOl, o sponsorach, którzy mają świetną reklamę nie wspomnę – dorzucą?
Pani dr Justyna Kowalczyk znów mistrzynią kraju. Śpiewająco uzyskała na 15 km ponad 6 minut przewagi nad trzecią zawodniczką… Bez wysiłku. Pani Justysia podobno mówi „pas” startom pucharowym. Swoje (i nie tylko swoje, bo w imieniu całego narciarstwa i dla jego sławy) zrobiła. Podobno myśli o stadle małżeńskim i… o czymś, o czym ma publicznie powiedzieć Prezes PZN. Czekam niecierpliwie, co ogłosi Prezes Apoloniusz. Pani Doktor parę razy wcześniej mu dopiekła, jednak mając 100 procent racji, bo dopominała się o szansę dla biegania na nartach… Nie o siebie…
Andrzej Lewandowski
