2018-05-19.
Przed pojawieniem się na mojej drodze Zbyszka Wyczesanego z „Życia Gospodarczego” i jeszcze przed opisaniem wszystkich zakładów wielkiej płyty wyrzucili mnie z Agencji Robotniczej za niewinność. Z robotnikami AR miała mało wspólnego, natomiast ze służbami – i owszem.
W agencji nierobotniczej ścigałem się z Wieśkiem Wesołowskim w pisaniu notek z frontu walki gospodarczej (mieliśmy wtedy co rusz jakiś front). Była to rywalizacja beznadziejna: Wiesiek dostarczał 500 rozszerzonych informacji w miesiącu, podczas gdy ja oswajałem się z telefonem. W 1968 roku wyrzucili szefa działu ekonomicznego, który mnie wyrzucił. Jego przynajmniej za pochodzenie, a mnie za niewinność. Starałem się zwyczajnie pomóc siostrze dostać się na prawo na UW. Do tego użyłem legitymacji agencji i ważnego urzędnika, który znał dziekana. Poza wszystkim wpływowy urzędnik miał powód, bo go mój ojciec, lekarz, pozbawił choroby. Zresztą protekcja jak prostytucja, jest niezbywalnym składnikiem rozwoju cywilizacji.
W Agencji Robotniczej zarabiałem 900 zł, z czego 300 płaciłem za pokój, który wynajmowałem w Rembertowie, a 100 zł szło na spłatę raty za radio w zielonej oprawie i z dwoma głośnikami.
Z braku możliwości kontynuowania kariery dziennikarskiej oddałem się nauczaniu języka angielskiego. Z tym angielskim to było tak: napisałem do Janet, poznanej w Jugosławii, żeby mnie zaprosiła do Zjednoczonego Królestwa. Taka była wtedy procedura, żeby ubiegać się o paszport, a potem dostać wizę. Janet mnie zaprosiła. Na dworcu w Glouqester, wyposażony w 5 dolarów przez ludową władzę, przywitany zostałem przez dystyngowanego pana, na co dzień naczelnika policji, który zapytał uprzejmie: – How did you find England? – czyli jak mi się podoba Anglia. Ponieważ w języku angielskim najlepiej posługiwałem się słowami „yes” i „no”, i nie chciałem sprawiać kłopotów, odpowiedziałem równie uprzejmie:
– no, thank you. Zrobiło to wrażenie na naczelniku policji, które starał się ukryć.
Rodzina Janet doceniła mój zapał do usamodzielnienia się. Dostałem rower z kierownicą jak u wyścigówki, co pozwoliło mi swobodnie poruszać się po Londynie. Na Oxford Street regularnie startowałem z pierwszego rzędu i nikt nie miał pretensji. Zdolność przemieszczania się, bez względu na korki i koszty transportu, była istotna, bo oprócz postępów w nauce języka postanowiłem nabyć w Londynie kożuch z wyprzedaży za 15 funtów, taki, w jakim Marek Hłasko poniewierał się w „trójkącie bermudzkim” w Warszawie. W Klubie Żołnierza Polskiego zmywałem gary i sprzątałem, za co dostąpiłem zaszczytu uściśnięcia ręki przez generała Władysława Andersa. Nieopodal była spelunka, w której w podziemiach zawodowcy ogrywali leszczy – też było po kim sprzątać, i jeszcze budowałem półki w wydawnictwie wydającym książki – poczet królów polskich.
Doszedłem do takiego stanu posiadania, że nabyłem minicoopera od kolegi, który entuzjazmował się filmem polskim. Wspólnota zainteresowań sprawiła, że postanowiliśmy założyć studio rozpowszechniania filmu polskiego. Na początek pomagałem koledze zrywać tapetę z wynajętego pokoiku w Soho. Na tym mój udział się skończył. Za samochód zapłaciłem, po znajomości, 25 funtów. Kolega dostarczył mi samochód na podwórko wziętego adwokata, przebywającego w interesach w Australii, w którym to domu rezydowałem w chwilach nieobecności właściciela, dzieląc się z kotami dostarczanym mlekiem. Zdarzyło się, że właściciel pojawił się niezapowiedziany. Spałem na kozetce, do której był przywiązany. Powiedział: – sorry i poszedł do sypialni. Stara, dobra Anglia. Rano zapuszczałem samochód, żeby słuchać pracy silnika, bo bałem się wyjeżdżać.
W Polsce też się nie najeździłem. Dostałem pismo z Urzędu Celnego, że owszem, mogę zapakować minicoopera na statek, ale po rozebraniu go na części. W ten sposób umoczyłem 25 funtów. Za to dotarłem do Warszawy w półkożuszku. Szpanować zacząłem od stołówki szkoły gastronomicznej na Poznańskiej. I już drugiego dnia wróciłem do redakcji w samej marynarce.
Przed wyjazdem na wczasy do Anglii chciałem się zaczepić w Wytwórni Filmów Dokumentalnych na Chełmskiej. W Kronice Filmowej PKF szła w kinach przed filmem i nierzadko ludzie woleli ją oglądać bardziej niż film. Dostałem się do gabinetu szefowej PKF, kobiety drobnej postury i żelaznej ręki. Miała opinię, że pomiata ludźmi.
Nie wiem, z jakiego powodu szefowa zgodziła się, żebym pisał do PKF notki z życia ogólnego i gospodarczego. Chyba dlatego, że były rzadko wykorzystywane oraz że mi nie płacili. Miałem współpracować ze Zbyszkiem Wróblewskim, który nosił kamerę do filmowania, zamieszczał zdjęcia w PKF i dzięki temu był gwiazdą.
Zbyszkowi powiedziałem, że wybieram się do Londynu, zdobędę kapitał, a on później przyjedzie i zrobimy film o malarzu, który się wybił, jest Polakiem i ma atelier pod mostem. Krótko mówiąc, zrobiłem się za producenta. Zbyszek przyjechał. Na dzień dobry poinformował mnie, że musi pokrzepić się drinkami i potrzebny jest samochód, bo kamera jest ciężka. Biwakowaliśmy w jakimś pubie obok siedziby Scotland Yardu, więc tam wszedłem. Miły pan był tak zdumiony, że jest nam potrzebny samochód dla podtrzymania przyjaźni polsko-brytyjskiej, iż na jeden dzień zdjęciowy dał nam jeepa wyposażonego w policjanta. Pojechaliśmy pod most. Środek atelier zajmowało łoże co najmniej cztery metry na trzy, przykryte skórami zwierząt afrykańskich, o którym krążyły legendy wśród Polonii, jak jest przydatne. Dokrętki Zbyszek robił podczas koncertu rodaków, którego podkład muzyczny zacząłem nagrywać, co skończyło się przedwcześnie zwinięciem magnetofonu. Po opróżnieniu z taśmy grzecznie mi sprzęt oddano. Wychowany od podstaw w PRL-u, gdzie wszystko było nasze, nie wiedziałem, że naruszam prawa autorskie. Materiał ukazał się w „Kronice”. Trwał jakieś dwie minuty. Na końcu maczkiem wymienione zostały moje personalia oraz fakt współpracy, który został wyceniony na 800 zł, co w przeliczeniu na funty odpowiadało dwóm wzmocnionym drinkom. Byłem zadowolony, że zaistniałem w filmie. Poza tym był to milowy krok w karierze dziennikarskiej od czasu, kiedy „Sztandar Młodych” wydrukował mi dwa akapity tekstu, że na ulicy Towarowej wypadł z szyn tramwaj.
źródła obrazu
- dzieciol: BM
