2018-05-25.
Pisałem wtedy na zmianę o pustakach i wielkiej płycie dla pisma „Materiały Budowlane”. I ewidentnie się marnowałem.
Na Studium Dziennikarskim na Uniwersytecie Warszawskim przebywałem z takimi absolwentami, jak Daniel Rotfeld, późniejszy minister spraw zagranicznych, czy dyrektor departamentu w MSW. Nie było jasne, czy dyrektor zdawał na studium, żeby nas otoczyć opieką, czy z nudów. Mnie wspierał Krzysztof Kąkolewski, gwiazda reportażu, z którego mamą grałem w brydża w miejscowości Suchedniów. Rodzina Herlinga-Grudzińskiego miała tam młyn, pisarz ma ścieżkę pamięci i obelisk, a ja mam wspomnienia.
Za młynem płynęła Kamionka. Leżałem godzinami na moście nad rzeką. Do ręki miałem przywiązaną żyłkę, na końcu której był haczyk z muchą i cykałem po powierzchni rzeki, że niby owad na wodzie. Nabierały się na to klenie, ryba piękna, z rodziny pstrągowatych (z którą miałem do czynienia całe życie), atakująca gwałtownie i waleczna. Przechodnie starali się mnie nie rozdeptać. Młyn przerobiony, już za wolnej Polski, na fajny hotel, zapamiętałem, bo przez dziurę w murze wchodziłem i zaopatrywałem się w ziarno w niewielkich ilościach, żeby gołębie, których hodowlę starałem się rozwinąć, nie były głodne.
Kąkolewski miał w Suchedniowie chałupę pokrytą gontem, którą chciał umieścić w skansenie z architekturą ziemi świętokrzyskiej, ale mu się nie powiodło. Komisji kwalifikacyjnej na studium opowiadałem barwnie, jak pracowałem w Jugosławii przy budowie autostrady, północ–południe. Znalazłem się tam za osiągnięcia na wydziale leśnym w Poznaniu, który ukończyłem, a potem wymyśliłem, że moje przeznaczenie to być dziennikarzem od sportu. Z Jurkiem Soleckim z Krakowa uklepywaliśmy nasypy autostrady, na których przebywały myszy. Janet, reprezentująca w międzynarodowym obozie pracy brytyjskich kwakrów, zbierała spod łopat gniazda mysz i przenosiła w bezpieczniejsze miejsce.
W ten sposób zetknąłem się ze stosunkiem do natury, który nie był tak rozwinięty na wydziale leśnym. Komisję kwalifikacyjną przekonałem do siebie, bo nie ukrywałem prawdy.
Z Jurkiem z Krakowa wybraliśmy się do regionalnego muzeum. Pan dyrektor chętnie nas przyjął, dwa okazy zdrowia. I już po chwili położył rękę w okolicach niewłaściwych. Zwialiśmy z godnością. Prawda przeważyła. Dostałem się na studium.
Zbyszek Wyczesany, na użytek własny w redakcji nazywaliśmy go „nieuczesany”, który też pisał o budownictwie i spotykaliśmy się na konferencjach prasowych, uznał, że rozwinę się w „Życiu Gospodarczym”, i zaprowadził mnie do naczelnego.
W 1969 roku, kiedy to się stało, „Życie Gospodarcze” prenumerowało każde szanujące się przedsiębiorstwo, a obywatel, który chciał wiedzieć, co w gospodarce i polityce jest nie tak, czytał „żywocik gospodarczy”, redagowany pod przykrywką przez Jerzego Urbana, w fazie schyłkowej komunizmu w PRL rzecznika rządu, który przekonywał społeczeństwo, że „rząd się wyżywi”.
Naczelny, Janek Główczyk, akurat inwestował w nowe kadry, zaryzykował. Spytał: czy gram w brydża? Grałem. I mnie przyjął. Przypadek, że trafiłem na życzliwego mi faceta z „Życia Gospodarczego” sprawił, że znalazłem swoje miejsce na ziemi. Skala awansu była niewyobrażalna. Razem z Markiem Chmielewskim, od zawsze szefem narciarskiego klubu „Kaczka”, i Olkiem Paszyńskim z „Polityki”, którzy mieli ugruntowaną pozycję na rynku dziennikarskim, znalazłem się w trójce zakolegowanych z ministrem Stanisławem Kukuryką, który rozdawał mieszkania po stałych cenach. No, może nie od razu, czekałem dziewięć lat, ale z pewnością, że dostanę.
źródła obrazu
- dzieciol: BM
