2018-07-12
Byłem już dobrze umocowany w redakcji. Janek wysyłał mnie po trunek do pobliskiej meliny. Dowodziło to pełnego zaufania.
Mechanizm funkcjonowania redakcji wyglądał mniej więcej tak: kolegium zaczynało się zwykle o 10.00 raz w tygodniu. Przez trzy, cztery godziny Główczyk informował nas ciurkiem o sytuacji i wyznaczał cele, przerywając tylko, żeby powiedzieć, że już kończy. Pokój z szarego zamieniał się w niebieskawy. W przerwie, na zaczerpnięcie tlenu, zwracaliśmy delikatnie uwagę, że kurczy się czas na grę w brydża. Potem przez godzinę wywieraliśmy presję. Grze w karty oddawaliśmy się z całą pewnością z większym zaangażowaniem niż pisaniu artykułów.
Redakcja skazana była na hazard po 1 zł od punktu; żeby zarobić 50 zł, przy dobrej koniunkturze, wystarczyło 5–6 godzin. Koło dziesiątej wykonywaliśmy telefony do małżonek, że ciężko pracujemy dla socjalistycznej ojczyzny. W końcu dziewczyny raz i drugi nas nakryły. I zrozumiały, że z powodu ich wizyt zagrożone może być szczęście rodzinne. Dawały nam na ogół spokój. W końcu w dni bez kolegium graliśmy krócej. Szczyt przypadał na 1 Maja. Wzmożeni przeżyciami na pochodzie, katowaliśmy się kartami do świtu. Na co mieliśmy dyspensę. Poddawaliśmy się hazardowi także ze względów ideowych: ze smutku, że Gomułka nie może załatwić pożyczki 100 mln dolarów na Zachodzie (dzisiaj to jałmużna) albo że opóźnia się budowa wielkiego pieca w Hucie Katowice. Najczęściej ze zwykłej ludzkiej potrzeby ogrania kolegów. Misiak, któremu się spieszyło, od razu licytował trzy bez atu. W grę wkładaliśmy całych siebie – jak Główczyk opalił sobie kiedyś półdupki na plaży w Bułgarii, to grał na stojąco. Tylko wychodzenie pisma w tych okolicznościach jawiło się jako zjawisko nadprzyrodzone.
Napoje schodziły z umiarem. Inni, o których wiedzieliśmy, pili więcej, bo nie grali w karty. W „Szpilkach” ze śmiechu, w „Kulturze” z rozpaczy itd. Moje skrzywienie, brak picia, zostało zaakceptowane, bo miał kto odwozić do domu resztę do brydża.
W połowie lata, właśnie przymierzałem się do kontynuowania nocnego wypoczynku, ledwo minęła ósma, zadzwonił telefon:
– Mówi premier Jaroszewicz. Wiedziałem, że Jaroszewicz jest jeszcze premierem, ale że zaszczyci mnie telefonem, tego się nie spodziewałem. Pomyślałem, że ktoś z kolegów robi sobie jaja, i już miałem odpowiedzieć, co to za kutas budzi mnie skoro świt, kiedy premier wszedł mi w słowo: – A towarzysz, to jeszcze nie w pracy? Jaroszewicz znany był z tego, że sprawdzał, czy o siódmej kadry są już na stanowiskach, bo on tak miał. – Jest sprawa, towarzyszu – przeszedł do rzeczy premier – napiszecie w redakcji artykuł uzasadniający podwyżki cen mięsa. Główczyk przerwał urlop i przystąpiliśmy do pracy.
Już po trzech tygodniach mieliśmy gotowe pierwsze akapity.
Premier zażądał rozpędzenia redakcji. Uratował nas przewodniczący Komisji Planowania Gospodarczego, z którym byliśmy zakolegowani, że szkoda takich dobrych towarzyszy. Artykuł ukazał się w „Trybunie Ludu”, organie jedynie słusznej partii, podpisany przez Alicję Solską, żonę premiera. Redaktor Solską odwiedzaliśmy w „Trybunie Ludu” przy placu Starynkiewicza z Zygmuntem Szeligą z „Polityki”. Na mnie oszczędzała, ale Zygmunt wypijał koniaczek i snuliśmy pogaduszki kto, z kim, gdzie i dlaczego, jak to w jednej sitwie, co z lubością przenosiłem do kierownictwa redakcji. Umacniało to moją pozycję człowieka zorientowanego, pożytecznego dla redakcji.
Sprawowałem wtedy funkcję szefa Klubu Publicystów Ekonomicznych SDP, skąd wzięła się znajomość z redaktor Solską, pokrzywdzoną w życiu przez czołowego hulakę PRL-u – Andrzeja Jaroszewicza, syna premiera.
Podwyżka cen mięsa odegrała swoją rolę w zapoczątkowaniu buntu robotników, z którego urodziła się Solidarność.
źródła obrazu
- dzieciol: BM
