21.08.2018
Blaski i cienie…
Podróż prezydenckiej pary z udziałem 40 osób towarzyszących do Australii i Nowej Zelandii wzbudziła kontrowersje. Dla wielu brakło wyraźnego powodu dla tak kosztownej wizyty, inni dopatrzyli się w całym przedsięwzięciu znamion wycieczki za publiczne pieniądze.
Spory o sens tak odległych oficjalnych podróży przedstawicieli władzy nie są czymś nowym. W okresie PRL, w warunkach świata podzielonego na dwa zwalczające się obozy polityczne i wojskowe, wizyty w egzotycznych, ideologicznie bliskich państwach, np. na Kubie, w Libii czy Angoli były częścią strategii utrwalania wpływów „obozu socjalistycznego” w regionie Trzeciego Świata, ale też tworzyły wrażenie prowadzenia aktywnej polityki zagranicznej i skutecznego przeciwdziałania próbom izolacji państw socjalistycznych przez Zachód. Wizyty te zazwyczaj ograniczały się do gestów pomocy politycznej, a w mniejszym stopniu materialnej dla odwiedzanych krajów, natomiast w niewielkim zakresie podyktowane były interesami gospodarczymi i własnymi preferencjami poszczególnych państw „wspólnoty socjalistycznej”.
Po rozpadzie bloku wschodniego i zmianie ustroju w Polsce, kierunki aktywności zagranicznej państwa ustalane są autonomicznie, a ich wybór został uwolniony od atrybutów daniny wspólnotowej, ograniczającej rzeczową kalkulację kosztów w stosunku do spodziewanych korzyści z podejmowanych przedsięwzięć. Nic dziwnego, że oficjalne podróże polityków, realizowane teraz w wyniku ich suwerennych decyzji, podlegają krytycznej ocenie mediów i, generalnie, opinii publicznej wyczulonej na ekstrawagancje władzy i różne formy marnotrawstwa funduszy społecznych. Wizerunkowe profity takich wizyt raczej nie przemawiają do przekonania zwykłych ludzi, patrzących na świat z pozycji zdroworozsądkowych. Świadczyły o tym reakcje na pamiętną podróż Donalda Tuska do Peru, a teraz, liczne, krytyczne głosy, towarzyszące trwającej jeszcze wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Australii i Nowej Zelandii.
Na tle krytycznej kanonady zwraca uwagę artykuł zamieszczony na portalu Newsweek.pl starający się wykazać, że w tej ostatniej wyprawie, wbrew pozorom może być logika. Australia jest gospodarką przyszłości i Polska mogłaby rozwijać z tym krajem korzystną wymianę handlową, a także skorzystać z transferu technologii m.in. w dziedzinie wydobywania i wykorzystywania węgla i w innych obszarach. Można by zatem odnieść się pozytywnie do tej wizyty, gdyby nie zaistniały inne bulwersujące okoliczności.
Nic tak nie wzmacnia dwustronnych stosunków między państwami, jak wspólne interesy. Temu właśnie miał służyć zakup przez Polskę dwóch (lub trzech ) fregat, właśnie wycofywanych z australijskiej floty, ale i tak nowszych od okrętów, które dziś służą w polskiej Marynarce Wojennej. Bez względu na istotę sensu zakupu takiego sprzętu, powszechną uwagę zwróciły również inne okoliczności dotyczące tej sprawy, a zwłaszcza publiczne zdezawuowanie założeń wizyty prezydenta przez premiera, który już po ogłoszeniu, że sprawa zakupu fregat będzie jednym z głównych celów australijskiej wizyty, zablokował te plany.
Decyzja premiera obnażyła chaos decyzyjny wśród instytucji zajmujących się w kraju polityką zagraniczną. W normalnym świecie, założenia i cele wizyt państwowych są ściśle uzgadniane przez wszystkie ośrodki decyzyjne, a organem koordynującym te działania jest zazwyczaj ministerstwo spraw zagranicznych. To, co zdarzyło się przy okazji tej wizyty prezydenta pokazuje, że niezbędne dla prowadzenia skutecznej polityki zagranicznej procedury u nas nie działają.
W rezultacie prezydent znalazł się w niezręcznej sytuacji, a strona australijska, z którą wcześniej uzgodniono plan wizyty i treść rozmów, została wystawiona do wiatru. Po niespodziewanej rezygnacji przez Polskę z zakupu fregat, gospodarze obniżyli rangę rozmów w tematyce obronnej i wbrew pierwotnemu planowi nie wziął w ich udział premier Australii, a cała sprawa wpisała się do całego ciągu zrywanych przez polską stronę długo negocjowanych kontraktów zbrojeniowych z efektem utrwalającej się opinii niepoważnego partnera.
Innym poza sprawą okrętów poważnym obciążeniem, rzutującym na rezultaty tej wizyty, może być nasz stosunek do Unii Europejskiej, która zajmuje ważne miejsce wśród priorytetów australijskiej polityki zagranicznej. Znaczący wzrost polsko- australijskiej wymiany handlowej nastąpił właśnie po uzyskaniu przez Polskę członkostwa w Unii, co również i obecnie mogło by być czynnikiem zwiększającym możliwości wzrostu wzajemnych obrotów. Członkostwo, szczególnie mocna pozycja w Unii zwiększa wiarygodność partnerstwa w bilateralnych relacjach handlowych i w innych dziedzinach; tym bardziej, że wiele może jeszcze ułatwić przygotowana do negocjacji umowa o wolnym handlu między Unią Europejską a Australią i Nową Zelandią, a także możliwe strategiczne partnerstwo Unii z Australią.
Australia bowiem jest nie tylko jednym z ważnych partnerów handlowych Unii Europejskiej, lecz łączą je wartości i interesy umożliwiające współpracę na wielu wrażliwych płaszczyznach, jak walka z terroryzmem, udział w operacjach pokojowych i międzynarodowych koalicjach m.in. w Afganistanie, Iraku i Syrii oraz przyłączenie się do sankcji nałożonych na Rosję w odpowiedzi na jej agresywną politykę.
Nie są to sprawy obojętne dla Polski, jednak możliwości uzyskania znaczących korzyści z europejskiej współpracy z Australią, zarówno w płaszczyźnie gospodarczej, jak i politycznej i wojskowej, ograniczane będą bliską już zapaścią w naszych relacjach z Unią, a co za tym idzie, drastycznym osłabieniem pozycji międzynarodowej.
W tej perspektywie wszystkie uzgodnienia i ewentualne umowy z wizyty prezydenta Dudy będą naznaczone brakiem zaufania i skazane na niepowodzenie. Z podobnymi efektami należy się liczyć w podobnych sprawach w przyszłości. Taka jest cena braku powagi i spójności w polityce zagranicznej, wbrew propagandowym zapewnieniom o rosnącej pozycji Polski w świecie.
Eugeniusz Noworyta

w normalnym świecie (byłbym zapomniał, tutaj też jest fajnie) możliwość budowania relacji z krajem poważnym a na tyle odległym, że relacje takie nie będą podlegały regionalnym koniunkturalizmom należałoby uznać za obiecujący kierunek polityki zagranicznej. Być może jednak przeszkadza to niektórym politykom. Tutaj jest po prostu już tak fajnie, że trudno się zorientować jak fajnie już jest. Np. wykorzystać taką wizytę do dołożenia prounijnego kamyczka do innego koszyczka, i od razu robi się jeszcze fajniej,
Politykę zagraniczną można prowadzić w oparciu o różne strategie. Najpierw trzeba je jednak mieć. Tu mamy raczej reakcję dziecka w sklepie z zabawkami. Pełne półki fajnych zabawek i nie wiadomo, którą wybrać.
Każda polityka wymaga fachowych wykonawców. A tu mamy faceta, który w Nowej Zelandii dziękuje Irlandii, Pierwszą, za przeproszeniem, Damę zachowującą się jak przekupa itd.
Tamte rejony świata to z pewnością przyszłość. Zanim nasi się jednak poważnie wezmą za temat, będzie to już przeszłość.
proponuje strategię polityki zagranicznej w oparciu o niechęć do gumna (i nie jest to literówka)