17.09.2018

W Polsce od 1999 roku obowiązuje Ustawa o języku polskim, w której określony został obowiązek ochrony języka polskiego jako symbolu jedności i tożsamości narodowej. Ochrona języka dotyczy również ochrony przed wulgaryzmami, przed ich używaniem w miejscach publicznych. Kodeks Wykroczeń przewiduje za łamanie tego przepisu stosowanie kar : ograniczenia wolności, nakładania grzywny do 1500 złotych lub nagany.
Tyle wstępu, a teraz do rzeczy.
To, co będzie przedmiotem analizy – nie będzie ani prezentacją statystyki zjawiska nasilania się obecności wulgaryzmów w przestrzeni publicznej (istnieją takie statystyki), ani nie będę się też odnosił do znanej wszystkim sytuacji w jakiej znalazł się Jurek Owsiak, któremu prokuratura postawiła zarzuty w związku z użyciem takich słów w trakcie występów na scenie znanego festiwalu; nie zamierzam też w nawet najmniejszym stopniu odnosić się do tego, jakim językiem posługiwały się osoby publiczne w prywatnych rozmowach, nagranych w restauracji Sowa i Przyjaciele. Nie będę również odnosił się do wpisu cenionego przeze mnie Andrzeja Celińskiego, określającego kim jest, według Celińskiego, młody Jan Śpiewak (wpisu, po którym SLD wycofała kandydaturę Andrzeja Celińskiego na prezydenta Warszawy).
Również treści internetowych wpisów i stron, z których wylewa się cały ocean wulgaryzmów i słów uznanych powszechnie za nieprzyzwoite są poza tą analizą. Zostawimy też na boku przypadek polskiego kina (a właśnie dziś, w Gdyni, zaczyna się kolejny festiwal polskich filmów fabularnych). W kinie tym powstało wiele filmów, w których występujący aktorzy – dobrzy aktorzy – posługiwali się zestawem ledwie kilku dość specyficznych słów, wyrażając nimi wszystko, każdy stan umysłu i uczuć granej postaci. Nie tak to dawne czasy, w których kino traktowane było, i było to prawdziwe założenie, jako sposób na kształtowanie masowej wyobraźni.
Poniższe refleksje i uwagi będą oparte na obserwacji socjologicznej; dodam, obserwacji uczestniczącej. To jedna z metod badawczych w starej dobrej socjologii. Przedmiotem tej obserwacji będą zachowania ludzi w miejscach publicznych takich jak ulice, deptaki, targowiska, place zabaw…
Zachowania, jako jeden z komponentów postaw ludzkich obejmują nie tylko czyny, obejmują również słowa. Mowa – to zachowanie, w którym istotną rolę grają uczucia i wartości. Język wyraża nas jako ludzi. Jesteśmy i istniejemy w języku i poprzez język.
Ludzie na ulicy i w innych miejscach publicznych są dobrą próbą badawczą, tworzą ją spontanicznie, ich zachowania są autentyczne. To, co mówią – nie jest reakcją na zadawane im pytania, jak ma to miejsce w badaniach ankietowych czy innych.
Obserwując te zachowania mogę powiedzieć z dużą pewnością, że liczba wulgaryzmów rośnie. Miejsce publiczne nie powstrzymuje przed używaniem wulgaryzmów. Wulgaryzmy przy tym nie mają płci: używają ich zarówno mężczyźni, jak kobiety. Całkowicie zanikła obecna kiedyś norma społeczna, powodująca, że gdy do grupy chłopaków bluzgających równo dołączała dziewczyna, język ulegał natychmiastowej redukcji – o te wulgaryzmy właśnie. Tego obecnie nie ma, dziewczyny klną i bluzgają z taka samą wprawą albo i lepiej.
Wulgaryzmy nie są przypisane do jakiejś kategorii społecznej, są ponadklasowe. Dawniej, po różnych wskaźnikach takich jak ubiór, wygląd, wiek, można było z dużą dozą prawdopodobieństwa określić jakich słów użyje dany człowiek. Obecnie ktoś, kto wygląda jak typowy przedstawiciel klasy średniej czy wyższej klasy średniej, klnie i bluzga jak szewc (to określenie sprzed wojny), jak furman (to określenie z lat powojennych), jak menel (to sprzed kilku lat).
Powiem więcej – wulgaryzmy weszły do każdego języka, do świata władzy, biznesu, sztuki. Pomału zaczyna się tworzyć sytuacja, w której nieużywanie wulgaryzmów piętnuje, wyklucza, obniża wartość człowieka i jego pozycję w środowisku. Pomału – ale zaczyna się.
Gdzie będzie koniec tego procesu?
Powszechność stosowania wulgaryzmów zaowocowała powszechną znieczulicą na ich występowanie w przestrzeni publicznej, chociaż, z drugiej strony –– to być może fakt braku społecznej reakcji przyczynił się do rozpowszechniania tego zjawiska. Tak czy tak – trzeba coś zrobić z tym fantem. Erozja prawa jest tak samo niebezpieczna jak jego nadmiar.
No to co z tym obowiązującym prawem? Stosować je czy zmienić? Za opcją zmiany przemawiać może fakt, że ustawę o języku polskim z 1999 roku podpisał Aleksander Kwaśniewski jako prezydent – ale to przecież komunista był i zdradziecka morda, czyż nie? Jeżeli jednak to prawo obowiązuje (a tak jest w istocie) to może polski policjant, motywowany przez swojego komendanta, a ten przez swojego ministra (tu kłania się szczególnie zasłużony i wybitny mąż stanu, jakim niewątpliwie jest wiceminister Zieliński, ten od policji właśnie), zacznie stosować obowiązujące prawo. Niech polski policjant poucza, daje nagany, wręcza mandaty za wulgaryzmy w miejscach publicznych. To może być niebagatelne źródło dochodów państwa – już teraz warto pomyśleć na jaki szczytny cel przeznaczyć zebrane kwoty.
No to jak – podejmie władza ten dialog z suwerenem?
Zadba, w roku przypadającej rocznicy stulecia odzyskania niepodległości o realizację zapisu ustawy mówiącej o języku jako fundamencie narodowej tożsamości? Może byłoby to trwalszym pomnikiem niż te budowane, lepszym pomysłem niż sesja Parlamentu w namiocie rozbitym na Placu Zamkowym?
W nadchodzących wyborach samorządowych głos będzie miał suweren – lud, przez głos którego prezes Polski słyszy głos boga. Wsłuchując się w język tego ludu pamiętajmy, co powiedział Jarosław Kaczyński, a teraz powtarza Mateusz Morawiecki: kogo trzeba wybierać na wójtów, burmistrzów czy prezydentów miast – wybierać ludzi, którzy nie „warczą” na rząd.
Bo wtedy rząd da tym dobrze wybranym pieniądze, i wtedy będzie można zbudować – a to przedszkole, a to drogę, a to co tam jeszcze jest potrzebne w gminie, mieście. To bardzo skuteczna argumentacja. A to, że nie jest prawdą, że pieniądze samorządu nie zależą tak bardzo od rządu, to mniej ważne.
Ale żeby to wiedzieć – trzeba znać więcej niż te sześć–siedem słów, przy użyciu których suweren potrafi wyrazić wszystko.
Ważną, o ile nie najważniejszą, z całości polityki obecnego rządu jest polityka historyczna. Budować w dalekim planie, to wychować „nowego człowieka”, dać mu nowych bohaterów, nową wizję historii, zwłaszcza najnowszej historii Polski.
To duże i trudne zadania.
Może lepiej zacząć od języka, zadbać o jego czystość i precyzję?
Ustawa obowiązuje, rzeczywistość jaka jest każdy słyszy – czas na czyny!
Jesteśmy na progu wielomiesięcznej kampanii wyborczej, partie prześcigają się w opowiadaniu co nam zrobią, co zbudują.
Może niech zaczną walkę o czystość języka polskiego, naszej wspólnej – a traconej, obawiam się, że bezpowrotnie – wartości.

W 100% popieram. Wulgaryzmy to jedno, ale kaleczenie języka ojczystego to drugie. Mniej mnie drażni używanie 3 słów dla określenia wszelkich emocji przez facetów pod budką z piwem, niż kaleczenie polszczyzny przez „patriotów”. Królowa Matka, wspaniała polonistka (ponoć) i cudowna mamusia, nie wiedzieć czemu nie nauczyła synusia mowy ojczystej (tak ukochanej). „Prosze panio”, lub wersja bardziej intelektualna „prosze panią”, albo prezydenckie „półtorej roku” gryzie mnie bardziej niż jazda styropianem po szkle
Dawno nie czytałem tekstu, z którego przebijałby archaizm myślenia porównywalny z tym, co zaprezentował tu autor.
Zacznę od tego, że tytuł tekstu („Język a polityka”) ma niewielki związek z jego zawartością, tekst bowiem nie jest ani o języku (autor skupia się na wulgaryzmach), ani o polityce (ta pojawia się dopiero w drugiej części tekstu, a i to tylko jakby mimochodem). Ale mniejsza o słabą realizację tematu… Odniosę się teraz do niektórych „perełek” myślowych.
Zbigniew Szczypiński: „Obserwując te zachowania mogę powiedzieć z dużą pewnością, że liczba wulgaryzmów rośnie.”
Szkoda tylko, że autor nie po informował czytelników, z czego swoją pewność czerpie.
Zbigniew Szczypiński „Poniższe refleksje i uwagi będą oparte na obserwacji socjologicznej; dodam, obserwacji uczestniczącej. To jedna z metod badawczych w starej dobrej socjologii. Przedmiotem tej obserwacji będą zachowania ludzi w miejscach publicznych takich jak ulice, deptaki, targowiska, place zabaw…”
Obserwacja uczestnicząca jest faktycznie jedną z metod badawczych socjologii, ale polega ona na tym, że badacz jest uczestnikiem społeczności lub organizacji i z tej pozycji przeprowadza badania. Szwendanie się po placach i targowiskach i przysłuchiwanie się przypadkowym rozmowom raczej trudno uznać za przejaw zastosowania tej metody.
Zbigniew Szczypiński: „Całkowicie zanikła obecna kiedyś norma społeczna, powodująca, że gdy do grupy chłopaków bluzgających równo dołączała dziewczyna, język ulegał natychmiastowej redukcji – o te wulgaryzmy właśnie. Tego obecnie nie ma, dziewczyny klną i bluzgają z taka samą wprawą albo i lepiej.”
To jest równouprawnienie, drogi autorze – kląć może każdy, choć – być może – autor tekstu należy do tych, którzy uważają, że dziewczyna na dźwięk słowa uważanego w danym momencie za wulgarne powinna się spłonić i wbić wzrok w ziemię. „To se ne vrati, pane Havranek.”
Zbigniew Szczypiński: „Niech polski policjant poucza, daje nagany, wręcza mandaty za wulgaryzmy w miejscach publicznych. To może być niebagatelne źródło dochodów państwa – już teraz warto pomyśleć na jaki szczytny cel przeznaczyć zebrane kwoty.”
Policja ma uczyć ludzi, jak mają mówić? To chyba jakiś żart! Marzysz, autorze, o policji języka czy może o Orwellowskiej policji myśli?
Zbigniew Szczypiński: „Gdzie będzie koniec tego procesu?”
Proszę sobie poczytać o przeszłości słów ‘kutas’ i ‘kobieta’. Jedno kiedyś nie było wulgaryzmem, choć się nim stało, drugie było, ale przestało być. Może w tej historii jest jakiś fragment odpowiedzi na to naiwne pytanie.
Zbigniew Szczypiński: „Ale żeby to wiedzieć – trzeba znać więcej niż te sześć–siedem słów, przy użyciu których suweren potrafi wyrazić wszystko.”
Zbigniew Szczypiński: „Może lepiej zacząć od języka, zadbać o jego czystość i precyzję?”
Sugerujesz, autorze, że o czystość i precyzję języka można zadbać przez wypisywanie mandatów za używanie słów uważanych za wulgarne? Jeśli tak, to muszę stwierdzić, że dawno nie czytałem czegoś równie niedorzecznego.
Jest doprawdy żałosne, że autor w tekście o języku dostrzegł jedynie sześć czy siedem przekleństw, a nawet nie przebąknął, że językiem – także tym wykraczającym poza tę grupę kilku wyrazów, którymi się zainteresował – można ludzi obrażać, ośmieszać, dehumanizować, że można nim zniekształcać i naciągać przekazywany obraz, wmawiając odbiorcom, że białe jest czarne.
Jakby tu podsumować te „głębokie” refleksje autora? Proszę zawiadomić policję o jednym takim, co publicznie napisał: „Całujcie mnie wszyscy w dupę.” Niech stróże prawa wystawią mu mandat!
Quetzalcoatl – dawno mnie nikt tak nie ubawil, naprawdę, gdzie bywales tak pryncypialny krytykuje ? Na stronach SO to chyba nie. Ale ad rem…
Tytuł język i polityka wskazuje że to nie o jezyku i nie o polityce. To o wzajemnej relacji języka i polityki.
Całość to moje odczucia, wrażenia z obserwacji tu i teraz. Czy nie są prawdziwe ? Pewnie dla kogoś kto ma takie widzenie procesów społecznego zchamienia wyrażające sie aprobata dla zaniku prostej normy kulturowej – nie przeklinamy przy kobietach to anachronizm, a dla mnie elementarnej kultury.
Nie chce mi się właściwie z Panem/Panią gadać, niech każdy zostanie przy swoim.
Pozdrawiam jak zawsze i kazdego
Zbigniew Szczypinski
Zbigniew Szczypiński: „Tytuł język i polityka wskazuje że to nie o jezyku i nie o polityce. To o wzajemnej relacji języka i polityki.”
Warto wiedzieć, jak się zatytułowało własny tekst – nie „język i polityka”, lecz „Język a polityka”. Nawet gdyby przyjąć wyjaśnienie, że wywód miał dotyczyć wzajemnej relacji „języka i polityki”, to i tak niewiele to zmienia, tekst bowiem nie odnosi się ani do języka, ani do polityki, a z tego wynika, że tym bardziej nie odnosi się do relacji jednego do drugiego.
ZS: „Całość to moje odczucia, wrażenia z obserwacji tu i teraz. Czy nie są prawdziwe ?”
Ho, ho, powietrze uchodzi z balonika.
W tekście wyjściowym była mowa o obserwacji socjologicznej (uczestniczącej). A tu nagle odczucia i wrażenia. Ach, cóż za gwałtowny spadek poziomu deklarowanego obiektywizmu.
Jeśli chodzi o pytanie o prawdziwość wrażeń, to muszę przyznać, że mnie ono rozbawiło. Profesjonalny socjolog nie pyta o coś tak skrajnie subiektywnego, lecz o to, jak wyniki obserwacji mają się do rzeczywistości, a tego raczej nie da się oddzielić od zastosowanej metody. Ale to chyba wyższa szkoła jazdy.
ZS: „Pewnie dla kogoś kto ma takie widzenie procesów społecznego zchamienia wyrażające sie aprobata dla zaniku prostej normy kulturowej – nie przeklinamy przy kobietach to anachronizm, a dla mnie elementarnej kultury.”
Ta „elementarna kultura” to przejaw traktowania kobiety jak istoty ułomnej, za którą mężczyzna odpowiada i o której moralność dba. Ależ uwstecznienie!
ZS: „Nie chce mi się właściwie z Panem/Panią gadać”
Skoro nie chcesz ze mną gadać, po co ze mną gadać zacząłeś?
W moim komentarzu padło kilka istotnych zarzutów odnoszących się do argumentacji, którą posłużyłeś się w tekście. Nie odniosłeś się do nich, co jest wielce wymowne.
Dlaczego w ogóle bierzesz się za pisanie o rzeczach, na których się nie znasz?