Obyś miał ciekawą młodość, odc. 3.

Jadę na ziemie odzyskane

20.09.2018

Niekiedy elegancko usadowiony w określonym roku epizod okazuje się  powiązany z wydarzeniami zachodzącymi w przyszłości, w wieku dwudziestym pierwszym. Akapit opisujący takie przyszłe wydarzenia poprzedzam symbolem XX1.

Wszystkie postacie jak i opisywane wydarzenia są produktem wyobraźni autora. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób jest wyłącznie przypadkowe, wydarzenia opisane w książce nie są opisem rzeczywistych wydarzeń.

*

Nie spełniło się moje przedsenne życzenie – ani o naszej bombie, ani o uranie na ziemiach odzyskanych reportażu nie było, ale za to ja sam w sierpniu roku tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego pojechałem na ziemie odzyskane, w góry Sowie, do ciotki Ady. Mama powiedziała, że jadę, aby poprawić sobie zdrowie. Ciotka mieszkała w Głuchowie, niedaleko Wałbrzycha i miałem tam zostać przez kilka miesięcy. Ucieszyłem się – może tam będzie inaczej, a to byłoby dobrze, bo tu w Warszawie wciąż byłem ofermą.

Pomyślałem, że tam, na miejscu dowiem się coś więcej o polskiej bombie atomowej. Może uda mi się zobaczyć kopalnię uranu – bo przecież jakaś kopalnia tam musi być. A że gazety nic nie mówią, to pewnie dlatego, że szykuje się próba bomby – przecież prawie dwa lata temu Amerykanie próbowali bomby na atolu Bikini.

No i jeszcze są tam szabrownicy – są, bo jak piszą gazety szabrownicy są na ziemiach odzyskanych wszędzie. Ciekawy byłem, jak też szabrownicy wyglądają.  Pewnie mają te duże amerykańskie Studebakery, co UNRRA przydzieliła Polsce i mogą przewieźć do centralnej Polski wszystko co się na takiej ciężarówce zmieści.

Ale była cena, jaką musiałem zapłacić za wizytę w Głuchowie. Tuż przed wyjazdem zależnie od humoru mojego starszego brata Maćka (a humorzasty był), miałem dostęp albo do „Winnetou” Karola Maya albo do „Mitów greckich” Parandowskiego. Zasypiałem więc albo marząc o dwururce Winnetou, albo też rozmyślając o Ananke – bogini przeznaczenia i jej córkach, trzech siostrach – o Kloto, która przędła nić ludzkiego żywota, o Lachesis, która prętem odmierzała jej długość i w końcu o Atropos, która tę nić żywota przecinała.

Teraz te niedoczytane książki zostawiałem za sobą. A w pociągu do Wrocławia z przerażeniem wysłuchałem uwag współpasażera o tym, że jakichkolwiek polskich książek na ziemiach odzyskanych nie uświadczysz.

* * *

Głuchów był przepięknym, nietkniętym przez wojnę miasteczkiem, z ujętym w ładne nabrzeże, a biegnącym wzdłuż głównej ulicy górskim potokiem, eleganckim kinem, nowoczesnym basenem, kilkoma fabrykami tekstylnymi i klubem bokserskim. W fabrykach pracowały junaczki ze Służby Polsce i codziennie koło czwartej popołudniu maszerowały czwórkami na swoje kwatery. W tym czasie ja po powrocie ze szkoły jadłem obiad – gotowała go Niemka, która przedtem była właścicielką ciotczynego gospodarstwa a teraz czekała na wywózkę do Niemiec.

Chodziłem więc do szkoły w Głuchowie i wiodło mi się lepiej niż w Warszawie – tego co już nauczyłem się tam – w Warszawie – moi koledzy tutaj jeszcze nie wiedzieli.

Do szkoły chodziło się najpierw wzdłuż potoku a potem pod górkę – cały czas główną ulicą. Jak się szło pod górkę to przyjemnie było patrzeć jak z góry śmigają rozpędzeni rowerzyści i raptownie hamują, aby skręcić na mostek, tam, gdzie górka się kończyła. Nie każdemu rowerzyście ten skręt udawał się do końca. 

Trzeciego dnia szkoły koło pałacyku przed zjazdem do mostku zobaczyłem Willysa z rosyjskim żołnierzem przy kierownicy. Tył Willysa miał duże wgniecenie – pomyślałem, że mogło to być od trafienia jakimś odłamkiem, a mogło też to być na przykład od uderzenia gąsienicą czołgu. Tablica rejestracyjna była nie taka jak zwykle – no tak – pomyślałem – to są te ruskie litery. Ciekawy byłem czy z przodu też są jakieś zniszczenia, ale zraziło mnie spojrzenie potężnie wyglądającego ruskiego kierowcy i ruszyłem dalej do domu. Jak każde polskie dziecko wiedziałem, że Ruskim ufać nie wolno. To się wiedziało pomimo tego, że w szkole nauczyciele o tym nie mówili i nie wiedzieliśmy, że kiedyś Ruscy zabrali nam Smoleńsk, że imperatryca wyabdykowała nam króla i że przy okazji każdego powstania, wojny albo ich własnej rewolucji wywożą nas na Sybir. Tak jakby przy okazji jakiegokolwiek kryzysu Ruscy mówili sobie:

– Zacznijmy od wywózki Polaków, trochę trzeba powiesić albo rozstrzelać, a potem pomyślimy co dalej[1].

* * *

Niby taki ruski osiłek, a nasz mistrz wygrałby z nim w pierwszej rundzie – myślałem, idąc do domu. W drużynie głuchowskiego klubu bokserskiego był Pietruszek, miejscowy milicjant i zarazem mistrz dolnego Śląska w wadze półciężkiej. Kiedy minąłem mostek wyobraziłem sobie wygraną Pietruszka przez nokaut w pierwszej minucie spotkania i zająłem się z kolei samochodem.

– Co też robi ruski samochód w Głuchowie? – Kombinowałem dalej idąc do domu. Kiedy byłem już niedaleko domu Willys mnie minął. Obok kierowcy siedział gruby oficer z błyszczącymi złotymi pagonami.

– To musi być generał. Ruski generał od czołgów, bo Willysami jeżdżą czołgiści – pomyślałem – pewnie dowodzi tymi T-34. A może jednak to nie czołgami, tylko zajmuje się uranem?

Pamiętałem, że Ruskom ufać nie należy, jemu więc też bym nie zaufał, ale podobały mi się jego generalskie, złote pagony na ramionach – były bogate i wzbudzały szacunek. Nie zdążyłem zauważyć, czy miał ordery, ale domyślałem się, że pewnie miał.

* * *

XX1. Kilkadziesiąt lat później w amerykańskim stanie Oregon założyłem niebieską dwurzędową marynarkę, przepasałem się od ramienia do pasa czerwoną szarfą, przypiąłem do szarfy sowieckie ordery, samotny złoty pagon przypiąłem do lewego ramienia marynarki, na opasanej czerwienią czapce umocowałem sowiecką gwiazdę i presto – rozwarstwiłem się i stałem się sowieckim generałem. Tak ubrany wziąłem udział w Halloween party roku 2001 zorganizowane przez kolegów mojej żony – Eli z kompanii Hewlett-Packard, w której to firmie Ela pracowała.

Metamorfoza z profesora na generała nie była trudna, bo kilka lat wcześniej, w burzliwych latach dziewięćdziesiątych zdarzyło mi się odwiedzić największy w Polsce ruski bazar – ten na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia; dumny byłem z zakupu długiego na dwa metry wimpla admiralskiego Floty Czarnomorskiej, a przy okazji kupiłem kilkanaście byle jakich ruskich orderów i pojedynczy pagon – drugiego nie było (oczywiście liczbą orderów rosyjskim generałom czy marszałkom, na przykład takiemu Laurentemu Berii, temu specjaliście od mordowania, nie dorastałem do pięt, ale kto w Ameryce o tym wiedział).

Halloween party zapowiadało się interesująco, wśród uczestników był Abraham Lincoln, Wilk z wystającym z mordy długim czerwonym językiem, Czerwony Kapturek w króciutkiej spódniczce a także Frankenstein, krwawy morderca i kilku pacjentów szpitala psychiatrycznego. Kiedy salutując pełną dłonią zameldowałem się obecnym jako generał Jewgenij Josifowicz Jerewancew Czerwony Kapturek z uwodzicielskim uśmiechem zapytał:

Are you really a Russian general?[2]

Wiadomo jak się podczas Halloween odpowiada na takie pytanie:

Sure. Artillery.

I tak właśnie śliczna dziewczyna w przebraniu Czerwonego Kapturka przedstawiła mnie penetrującemu bar Wilkowi.

– Ach te wasze katiusze – powiedział z zazdrością Wilk.

Okazało się, że Wilk zanim zatrudnił się w koncernie Hewlett-Packard, był artylerzystą w amerykańskich siłach lądowych. Długo opowiadał mi o pociskach podkalibrowych, a następnego dnia w pracy poprosił Elę, aby spytała mnie, gdzie można tanio kupić używany rosyjski czołg T-34; czołg jest potrzebny do kolekcji, bo na spółkę z kolegami ma już amerykańskiego Shermana i brytyjską Matildę.

 – Powiedział, że jako ruski generał znasz innych ruskich generałów. I może znasz jakiegoś czynnego, czy emerytowanego generała wojsk pancernych, takiego co rządzi tymi T-34 – powiedziała Ela.

Nie odpowiedziałem.

– Ty mnie nie słuchasz – powiedziała – a co mu mam odpowiedzieć. Że nie zna się na żartach?

– Słucham, ale mi się z powodu T-34 na chwilę rozwarstwiło. Przypomniałem sobie Głuchów, ruskiego generała – czołgistę i jego kierowcę – osiłka, a potem milicjanta Pietruszka, który znokautowałby osiłka już w pierwszej minucie pierwszej rundy. A na koniec przypomniałem sobie wydarzenie jakiego byłem świadkiem obok mostku w Głuchowie, tam, gdzie kończyła się górka.

* * *

Bo kilka dni po spotkaniu z ruskim generałem, kiedy wracałem ze szkoły w połowie górki minął mnie szybko pedałujący, upojony pędem chudy niedorostek. Dochodząc do mostku zobaczyłem trzymającego rower za przednie koło tego właśnie niedorostka. Siodełko roweru trzymał milicjant Pietruszek krzycząc:

– Niezarejestrowany. Puść. Oddaj.

Kiedy zatrzymałem się popatrzeć, ominął mnie starszy pan z laską. Doszedłszy do siłujących się, ostrożnie zszedł na jezdnię i podreptał dalej. Pietruszek nie wypuszczając siodełka z rąk spojrzał na mnie groźnie. Speszony ruszyłem dalej i zrównałem się ze staruszkiem. Ten wskazał laską na stojące za milicjantem, oparte o poręcz mostku dwa inne rowery i powiedział:

– Tak się szabruje. Pojadą do Polski Centralnej.

Wysłuchawszy mojej opowieści Ela powiedziała:

– Złodziej. Szakal. Może hiena. Albo duży ropuch.

* * *

Tego starszego pana z laską widziałem już wcześniej w okienku pocztowym, bo wujek prenumerował tygodnik o długiej nazwie: Gromada Rolnik Polski i trzeba go było co tydzień odbierać na poczcie. Wujek szukał w tygodniku porad rolniczych, a ja czytałem go od deski do deski; książek w Głuchowie brakowało mi strasznie, oczywiście nie mówię o tych niemieckich, te tylko oglądałem, jedne były drukowane szwabachą, z literami tak powykręcanymi, że trudno było je odróżnić, a inne drukowane zupełnie normalnymi czcionkami. Po miesiącu ktoś mi w szkole powiedział, że to Hitler zakazał szwabachy zarzucając jej żydowskie pochodzenie i odtąd książki drukowano w Niemczech innym już bardziej czytelnym drukiem.

Jeszcze przed wydarzeniem na mostku, przeczytałem w wujowym tygodniku artykuł wychwalający działalność milicji na Ziemiach Odzyskanych. Było tam o milicjantach z Jeleniej Góry i z Wałbrzycha, a ja pomyślałem wtedy o naszym głuchowskim milicjancie Pietruszku, o jego mistrzowskim opanowaniu sztuki bokserskiej i o tym, że chciałbym walczyć tak jak on.

Ale po tym co zobaczyłem na mostku zacząłem się zastanawiać czy naprawdę chciałbym tak walczyć. Przedtem nie wierzyłem temu, co mówili moi koledzy, że Pietraszek walczy nieczysto i w czasie walki, kiedy sędzia nie widzi, pluje przeciwnikowi w oczy; teraz pomyślałem, że to możliwe. 

W wujowym tygodniku było dużo o kułakach, o tym, że są niedobrzy, że są wyzyskiwaczami, że przeszkadzają w odbudowie kraju; drukowano też powieść w odcinkach pod tytułem Węgiel. Tam też było o nieczystej walce, tylko że nie chodziło o walki bokserskie – akcja działa się w kopalni, na pokładzie 401, do fedrujących tam górników zakradł się wróg klasowy sabotujący najprzeróżniejszymi metodami plan wydobycia. W odcinku czterdziestym pierwszym okazało się, że wrogów do zdemaskowania było więcej niż jeden, bo wózki transportujące urobek wywróciły się jednocześnie na dwóch różnych przodkach. Choć akcja powieści była wartka, dialogi interesujące, a w dodatku miejscami toczyły się po śląsku, to jednak tęskno mi było za niedoczytanym w Warszawie Karolem Mayem, jego bohaterem Winnetou i za greckimi mitami Parandowskiego. Wiedziałem, że w Gromadzie Rolniku Polskim ani Ananke, ani bohaterowie amerykańskiej prerii się nie pojawią, a milicjant Pietruszek jest w Głuchowie rzeczywistością szczególnie dla takich jak ja zdecydowanie niepokojącą. 


[1] Parę lat temu mój stryjeczny brat (Sowieci mu w dzieciństwie nieźle dopiekli) ten nakaz nieufności rozszerzył – uznał (nie on jeden), że należy być nieufnym wobec wszystkich, a im ktoś jest geograficznie bliżej nas, tym bardziej należy go nienawidzić. Napominał mnie cytując: „Bądźmy w Europie sami, bądźmy samotną wyspą wolności i tolerancji”. Brrrr… Mówiąc nieco nieściśle, to też już przerobiliśmy, a o skutku lepiej nie wspominać.

[2] To naprawdę jesteś rosyjskim generałem?

Andrzej Olas

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com