05.11.2018

Z nieprzerobionej lekcji o Solidarności wynikło, że oblaliśmy kolejny test z tworzenia obywatelskiego państwa i jesteśmy zmuszeni zapaść w zimowy sen; uszło z nas powietrze i ze spontanicznej idei naszego protestu została tylko rozczulająca nazwa.
Arenę bieżących wydarzeń opanowali ludzie nie chcący pamiętać poprzedniego życia na kartki; słowa takie jak sprawiedliwość, wolność czy niepodległość, były dla nich pustymi frazesami. Miały śmieszne zabarwienie: dotyczyły spraw odległych, abstrakcyjnych i przebrzmiałych.
Granica pomiędzy dobrem, a złem zacierała się i następowały rozliczne rewizje dotychczas jednoznacznych pojęć. Nowe odczytania i specyficzne podejścia do znanych zagadnień. Co sprawiało zamęt, a zamęt, sprowadzony do wnikliwych rozważań o ilości diabłów na szpilce, nie licował z naukową powagą w tych na nowo rozszyfrowanych definicjach.
Zapanowało luzackie podejście do rzeczywistości. Nadszedł powszechny dyktat niedojrzałego wieku. Wieku dziecinnego pod względem emocjonalnym.
Nastąpiła inwazja stetryczałych małolatów. Wyrój sędziwych młokosów i fanatycznych podfruwajek wyposażonych w zabobon, kłótliwą nonszalancję bądź drastyczny brak szyku.
Wszelkie protesty, które choć trochę zahaczały o logiczne argumenty, były umyślnie tępione. Były obdarzone zawistnym bełkotem i posądzone o rozsiewanie jątrzącego smrodku dydaktyzmu, nazwane wstrętnym nudziarstwem.
Mamy tedy zalew absurdalnych przekonań, a jak wiedza i doświadczenie w przeszłości, tak zdrowy pomyślunek teraz, stają się bezużytecznymi elementami człowieczeństwa.
Czeka nas recydywa: idźmy więc znowu za utraconymi marzeniami. Przypomnijmy sobie, o co nam szło i rozpocznijmy długoletni proces gruntownego edukowania społeczeństwa. Wszechstronnego i niezafałszowanego, nie zaś, jak dotąd -powierzchownego i obejmującego wszystkie dziedziny nauki opartej na… bez dewocyjnej wiedzy.
*
Ludzie z rządzącej ekipy nieudaczników zaczęli orientować się, że są kochani na odwyrtkę. Ze zdziwionym smutkiem poczęli wycofywać się na z góry upatrzone pozycje.
Nagle dotarło do nich, że są niedopuszczani do decydowania w istotnych sprawach. Że są izolowani. Spychani na dziejowe pobocze.
Nagle olśniło ich i stwierdzili, że nikt do nich nie przyjeżdża. A jeżeli już to na krótko i wyłącznie wtedy, gdy na podorędziu nie ma lepszego wyjścia z kłopotliwej sytuacji.
Niewiele rządów obcych państw spieszy do przyjaźni z nimi. Nie kwapi się, by ich zapraszać do siebie. Mało kto chce dowiedzieć się, jakiego są zdania, ponieważ jest tajemnicą poliszynela, że nie reprezentują na stałe – żadnego.
Traktowani z dokuczliwym lekceważeniem, zaczęli coraz boleśniej zauważać, że miast rozanielonego tłumu klakierów, otacza ich ostentacyjna pustka. Lecz robiąc dobrą minę do złej gry, próbowali przekuć swoje porażki w niebagatelne tryumfy: miodopłynne usta przedstawicieli władz zapewniały, że istnieje w narodzie ferment spowodowany przez opozycję, podczas gdy prawda jest taka, że ferment w narodzie bierze się ze znachorskiej metody sprawowania władzy. Z jej niejasnych poczynań; zwykli obywatele, czyli nie pochodzący z PiS-u, są zmęczeni bezsilnym patrzeniem na rozkład swojego kraju, są umordowani opędzaniem się od kłamstw „w żywe oczy”.
Pocieszali się tylko, iż nie mają sobie nic do zarzucenia, bo, zgodnie z założeniami, doprowadzili kraj do zapowiadanej ruiny. Do stanu, z którego tak szybko nie podniesie się z kolan. Z wolna więc odczuwali mściwą satysfakcję z udanego sabotażu i powolutku przywykali do myśli, że trzeba im będzie opuścić ulubione synekury, by wdziać gumiaki w celu powrotu do wyuczonego zawodu fornala.
Człowiek mądry natomiast nie ma zamiaru dążyć do konfrontacji, wojny, wszczynania zamieszek. Nie rozsiewa kłamstw przebranych w siermiężny kostium dogmatu. Nie maskuje niechęci do ludzi skrywając się pod deklaracjami o umiłowaniu bliźniego. Unika międzynarodowych zadrażnień, fajczenia mostów, sikania pod wiatr i dyplomatycznych turbulencji tłumaczonych QUI PRO QUO.
Postępuje inaczej: szuka wspólnych mianowników, zbieżnych płaszczyzn, punktów pozwalających znaleźć wyjście z szamba.
Zastanawia się tylko, dlaczego brakuje tych poszukiwań w sejmie? Dlaczego szerzeniem nienawiści zajmują się mandaryni z rządu?
Mądrych ludzi trzeba bronić. Lecz ich niszczenie jest tak częste, że z każdym politycznym zawirowaniem mamy coraz mniej autorytetów, które byłyby dla nas drogowskazami postępowania.
Bartoszewski, Wajda, wcześniej Kuroń, a nie tak dawno Geremek czy Szymborska lub Kapuściński, odzierani ze znaczenia, tarmoszeni przez intelektualny motłoch, są zastępowani wyskrobkami legitymującymi się bezczelnym brakiem rozumu.
Mówię tu o świadomej rezygnacji ze złośliwego przeinaczania Historii. Zastępowania bohaterów – namiastkami. O parodystycznych interpretacjach dziejów, w których ludzie uznani za głównych aktorów wydarzeń (np. Lech Wałęsa) spychani są do roli statystów, a pionki o mikroskopijnym znaczeniu wskakują w ich buty i moszczą się na piedestałach.
Autorytety odchodzą w następną niepamięć, okopy rosną, mózg ma wychodne, a rozmowy ponad podziałami przypominają dialogi niewidomych z głuchoniemymi prowadzone w języku migowym.
Marek Jastrząb
źródła obrazu
- jastrzab: BM
