Marek Jastrząb: Kisiel

Pisać o pisarzu, to syzyfowe zadanie. Niewdzięczne, bo — stronnicze. Tym bardziej o nim, o człowieku, który  przez długie okresy życia był odsunięty od publikowania swoich utworów literackich i kompozycji muzycznych, nad którym ciążyła klątwa wzmożonej adiustacji. Co musiało i co wpłynęło na bezpardonowy ton jego wypowiedzi. Na zdezorientowane snucie rozważań o roli, jaką przyszło mu pełnić.

Skłonny do hamletyzowania, do egzystencjalnych wędrówek po swoim wnętrzu, targany sprzecznymi ocenami własnych zalet, skazany na bierne i bezradne przypatrywanie się zamieraniu posiadanych talentów, obserwował, jak znikają z ludzkiej pamięci.

Jak on sam, poprzez konsekwentne zakazy nieprawomyślnego pisania felietonów i tworzenia muzyki, oddala się od istniejącej rzeczywistości. Znika z pola czytelniczego widzenia.

Traci kontakt z dotychczasowymi i nie potrafi nawiązać go z  następcami; jest odseparowany od hodowlanej generacji jeszcze młodych, a już wyzutych ze wspomnień, od karykaturalnego pokolenia późnych wnuków, od zniewieściałych plemion, plemion karmionych przeinaczoną historią i pozbawionych genealogii.

Ma przygnębiające wrażenie daremności pisania. Ma dosyć nietrafnych złudzeń związanych z adresowaniem swoich tekstów. Tekstów wymierzonych w ludzi ogarniętych przez samonakręcające się sprężyny psychoz. Kierowanych do ludzi żyjących pośród obłudy, przeinaczeń i zakłamanej historii. Słania ich do nieznanych czytelników. Odbiorców pogodzonych ze swoim egoizmem i brakiem ambicji. Postaci zadowalających się złudzeniami, przystosowanych do małej stabilizacji, do kluczenia między świeczką, a ogarkiem. Wegetujących z nawyku do śniętego spokoju.

Wtedy z Dzienników przebija gorycz. Smutek niedosytów. Świadomość zbliżania się do kresu życia. Starzenia się i upływu lat spędzonych na daremnym oczekiwaniu na Godota, na niewymuszone refleksje i nieskrępowane wypowiedzi, na brak paszportowych dylematów czy  zaspokojenie głodu podróży gdziekolwiek.

Dzienniki powstają w ukryciu, w zeszytach, z myślą o  późniejszej książce wydrukowanej w sprzyjających warunkach. I myśl ta jest motorem, siłą napędową jego dorobku.

Jest też jedynym sposobem na pozostawienie po sobie świadectwa pełniejszego niż doraźna bazgranina w reżimowych gazetach, gdzie musiał ważyć słowa, z konieczności dawkować aluzje, mówić szyfrem. Nie dlatego, by kogoś nie urazić, ale dlatego, by nie zamknąć sobie drogi do  dalszych wypowiedzi.

Natomiast w dziennikach nazywanych przez niego żółciowymi, pozwala sobie na swobodę ciętych sformułowań, rzuca się na hazard politycznych spekulacji.

Dopuszcza się wtedy ocen sprawiających przykrość ludziom, z  którymi ma na co dzień do czynienia: miota nazbyt radykalnymi, nazbyt krzywdzącymi, nazbyt brutalnymi określeniami.

Ma tego szyderczą świadomość; odsunięty od możliwości wzięcia udziału w krajowych polemikach, zadowala się przymusowym pisaniem do szuflady.

*

Truizmem jest powiedzenie, że co pisarz, to osobowość; niekiedy silna, niekiedy nie. Są pisarze nieprzejednani, dysponujący odwagą cywilną, mający ugruntowane zapatrywania i są zamulacze, wsteczniacy posiadający paskudne, ugodowe zapatrywania, przekonania uzależnione od wiaterków historii: poglądy przystosowane do okoliczności.

Stefan Kisielewski (ur. 7 marca 1911 w Warszawie, zm. 27 września 1991) miał usposobienie weredyka i płacił za to wysoką cenę.

Jakiś czas temu radiowa Dwójka zaprezentowała jedną z jego pięciu powieści (Widziane z góry). Nadano ją w wyśmienitej interpretacji Jerzego Stuhra. Podzielona na 49 odcinków, stanowiła ucztę dla znękanych uszu.

Jednak słuchając jej, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że została stworzona w innym rytmie niż dzienniki, w odcieniach bardziej kontemplacyjnych niż radykalnych, gdyż autor zdawał sobie sprawę: powieścią nie rządzi prędkość.

Nie włada, bo co innego nerwowa nota w dzienniku czy emocjonalny zapis artykułu, rejestr faktów i szkic spostrzeżeń sporządzonych pod presją chwili, na gorąco, podczas ciągłego użerania się z partyjnymi matołami, w trakcie przymusowych randek z cenzurą, a co innego romans, gdzie można pozwolić sobie na szerszy oddech, głębsze zastanowienie, rozlewny malunek pejzażu, psychologiczny portret, rozbudowę atmosfery; publicystyka, to streszczenie, a epopeja, to rozwinięcie.

Ale fabuła pociąga go mało: woli uprawiać publicystykę. W niej dopatruje się dobrych stron swojego pisania. W niej może dowieść głoszonych racji.

W niej dostrzega sens. Jednak wie, że sens uprawiania publicystyki jest tylko wtedy, gdy ma ona odbiorcę i autor może liczyć na rezonans. Lecz oddźwięk napisanych przez niego dzieł jest słabiutki: od czasu nazwania gomułkowskiej ekipy dyktaturą ciemniaków, poszczególny ciemniak odwzajemniał mu się prześladowaniem, szykanami, bojkotem druku, a poszczególny cenzor niszczył go prasowym milczeniem i zakazywał mu publikacji pod własnym nazwiskiem. Co zaowocowało rozczarowaniem, depresją, częstą samokrytyczną analizą.

Zrazu pod kątem ideologicznej ortografii sprawdzały go partyjne myszołowy. W późniejszym okresie do stada gnębicieli dołączyli trwożliwi obrońcy praworządności z Tygodnika Powszechnego.

Pisze zatem poza PRL, omijając partyjny parnas bęcwałów w walonkach. Większość felietonów zakwestionowanych przez partię drukuje w zaciszu paryskiej Kultury: u Giedrojcia. Powieści umieszcza poza PRL.: w małonakładowych, emigracyjnych gazetkach.

W kraju jest mało słyszalny, a jeszcze mniej – rozumiany.

Z kim by nie gadał, wszędzie jest sam: traktowany z lekceważeniem przez przyjaciół z opozycji, a przez wrogów z aparatu – jak niebezpieczny awanturnik na furiackich papierach. Obcy z powodu swojej przenikliwości, wypowiada i o jednych i drugich sądy ostre, bezwzględne, budzące namiętny sprzeciw.

I nie tylko o ludziach jest złego zdania, bo i na temat państw wyraża się krytycznie: z uporem przechodzącym w manię twierdzi, że Zachód jak zwykle nie rozumie Wschodu i jest wobec niego nieustraszenie uległy.

Jest wobec niego naiwny, bo nie tyle nie rozumie, co nie chce zrozumieć jego postępowania.

*

Wtłoczony w duszną izolację, zmęczony szarpaniną z karłowatymi ludźmi, od których zależał los jego publikacji, wieczny desperat, empiryk, szyderca, ironista i moralista w jednej osobie, boleśnie odczuwa zmarnowany czas. Jako niespokojny, polemiczny, niesforny duch i  mentor z powołania, stale popada w rozterki: broni się przed  krasomówczym pustosłowiem, a dostrzegając śmieszność swojej sytuacji, kpinkuje z siebie, bo ma uczucie, iż jest jak skryba bez pióra, inkaustu i kałamarza, muzyk bez słuchu i weny, krótko mówiąc: gaduła ukarany milczeniem.

Ratuje się więc ucieczką w zjadliwy chichot ze wszystkich, którzy  wrobili go w ten pasztet; chroni się za parawanem szyderstwa, opędza przed napadami wściekłości, dostrzega absurd w niejawnym pisaniu i w  chodzeniu na ugodę z korektą. Widzi nonsens w poruszaniu tematów na  indeksie i treści odpychających, ponieważ wie, że i tak nie będzie mógł opublikować tego, co mu w duszy gra.

Na kartach Dzienników porusza temat własnej jesieni przemijania. Powraca do tego wątku bardzo często, wręcz obsesyjnie, co jest w miarę zabawne, zważywszy, że o swojej rychłej śmierci i demencji mówi w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat, a czeka go jeszcze dwadzieścia wiosenek z dużym hakiem.

Dziennik jest niewyczerpaną kopalnią wiedzy o postaciach, z  którymi się spotyka. O reprezentantach różnych dziedzin kultury. Muzyki, prozy, poezji, filozofii. Starczy wymienić kilku: Bacewicz, Penderecki, Lutosławski, Miłosz, Kołakowski, Słonimski, Iwaszkiewicz, Putrament, Gombrowicz, Bartoszewski, Gołubiew, Eile.

Zabiera w nim głos na temat znanych i nieznanych wydarzeń. Ocenia je i przytacza fakty z przemijającej epoki. Jak umie, tak pisze, a że umie doskonale, to pisze z werwą, przekornie i błyskotliwie, przeważnie sceptycznie, bez patosu przynależnego wszelkiej propagandzie. Indoktrynacji, której nienawidzi. Nie znosi, gdyż według niego jest za  często stosowana i dlatego – drażniąca jak wszelka przesada.

*

Pisze z przygniatającą inteligencją. Pisze nie patyczkując się doborem karkołomnych słów. Nie stroniąc od kolokwializmów, cytatów i przysłów. Unikając ekwilibrystyki znaczeń; prosto z mostu.

Jego teksty nigdy nie są letnie, a zawsze kontrowersyjne. Lecz choć przepojone żarem i pisane z ogniem, to nie odnosiły spodziewanego skutku.

Jakkolwiek, jak sam powiada, jest to ogień ledwie pełgający: przygaszony zanadto przedłużającym się stresem, niekiedy rosnącym poczuciem klęski, bezskutecznym mówieniem do głuchych, bazgraniem w  kagańcu, tłumaczeniem ażurowym umysłom tej prawdy, że są zniewolone, trawione korozją pamięci.

Nie oszczędza w nich nawet przyjaciół.

Lecz pomimo bolesnych doświadczeń, wciąż nie potrafi powstrzymać się przed wyrażaniem swojego zdania.

Wynikają z niecierpliwości, rozczarowań i frustracji. Są więc dla niego zastępczą formą istnienia, ucieczką przed postępującymi, fizycznymi degradacjami wieku. Są artystyczną rekompensatą za osobiste niepowodzenia i zachodzące w nim, biologiczne procesy.

W nich nie musi bić czołem przed mikrobami; jest oswobodzony ze złogów służalczych myśli. A jednocześnie te niesprawiedliwe opinie o  przyjaciołach zdają się sprawiać mu radość, bo, jako waleczna istota, lubi się przekomarzać.

Lubi czytać ich rozjuszone repliki. Na przykład zaczepiony przez niego Tyrmand odpowiada mu i charakteryzuje go jako zapijaczonego niechluja z fryzjerskim wąsikiem. Na co, dokumentnie uszczęśliwiony Kisiel, wyraża się o Tyrmandzie z wielką czułością.

Z czego płynie wniosek, że kruk krukowi nie nasobaczy pod ogon.

Marek Jastrząb

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com