Ernest Skalski: Potęgą jest i basta?

08.02.2019

Kiedy wreszcie nasz żywiciel poczuje się przedsiębiorcą i przestanie mnie, podatnika, zatrzymywać na szosie, przedkładając, dosyć nachalnie, swoje rachunki? W biznesie jak na wojnie — à la guerre comme à la guerre — nie ma się co skarżyć, że „do mnie strzelają”. Trzeba lepiej się kryć, strzelać szybciej i celniej.

Znam historię, rozumiem uwarunkowania. Feudalny folwark, z którego się wywodzimy – jak nie z chłopów, to z panów, ekonomów, czy arendarzy – stanowił zamknięty układ o złożonych wewnętrznych przepływach i zobowiązaniach. Wszyscy funkcjonowali na ziemi będącej feudalną własnością pana, z czego wynikały ich zobowiązania wobec niego. Ale pan miał również zobowiązania wobec zależnych od siebie. I jeśli nie był łajdakiem, to się wywiązywał. Mógł kazać wybatożyć na gumnie, lecz musiał zostawić chłopu jakiś czas, by mógł on popracować dla siebie na wydzielonym mu kawałku pańskiej ziemi, czy nie dać mu umrzeć z głodu na przednówku.

Potem było różnie, a potem nastała nam Polska, zwana Ludową, która z ekonomicznego i socjalnego punktu widzenia, była jednym gigantycznym folwarkiem. Teoretycznie, landlordami byliśmy wszyscy, praktycznie – aparat partyjno-rządowy – państwo. Wszyscyśmy byli i robili, de facto, na państwowym, nawet jeśli ktoś był prywatną inicjatywą czy rolnikiem indywidualnym. Była jak to u pana, propinacja, i jak to dla poddanych, a nie obywateli, zakaz opuszczanie feodu bez pańskiej zgody. Ale też wszyscy, tak czy inaczej, pracując na państwo, jedli z pańskiej ręki. Nawet kiedy nie było kartek.

Państwo, po uważaniu, zaopatrywało rynek, wydzielało środki – moce przerobowe – na budownictwo, na produkcję tego cośmy używali, na ochronę zdrowia, oświatę, kulturę.

Nie wchodzę w szczegóły i uściślenia. Napisałem ongiś książkę o gospodarce realsocu, więc mógłbym się rozpędzić. Teraz tylko stwierdzę, że okres realnego socjalizmu ożywił pewne feudalne atawizmy.

Mamy gospodarkę rynkową, pracujemy — poza budżetówką — na siebie, a z ustanowionym przez nas państwem mamy swoistą wymianę. Płacimy mu podatki i mamy za nie prawo oczekiwać należytych świadczeń, na miarę środków, które mu przekazujemy. Czy mamy jednak podstawę, by obarczać je odpowiedzialnością za opłacalność naszego biznesu?

Mamy prawo oczekiwać od państwa ram prawnych, w których biznes ma funkcjonować. Jednakowych dla wszystkich. Lecz w ramach tych praw albo się nam uda, albo nie. Działamy na własną odpowiedzialność. I taka gospodarka jest najbardziej efektywna, ale efekt wymaga pomyślunku, wysiłku i nie da się przy tym ominąć ryzyka.

Gdy tylko zaczęła się giełda, włożyłem co miałem. Mnie rosło. Inaczej niż Warren Buffet nie sprzedawałem na dzień przed najwyższym kursem, ale jakiś czas potem. Z wiadomym skutkiem. Ze zdumieniem jednak przyjmowałem żale i pretensje innych pechowców… do państwa! Było tego sporo, po pierwszym załamaniu.

Gdy trzydzieści lat temu byłem pierwszy raz w USA, usłyszałem, że na trzy pierwsze podejścia do biznesu udaje się jeden, dziś byśmy powiedzieli: start up. Przy drugim podejściu, na trzy już udają się dwa. Ci, którzy prosperują w biznesie, na ogół mają za sobą kilka upadków. Ja, osobiście, w Polsce spotkałem dwie takie osoby, które się podnoszą po porażce, czy nawet bez niej zmieniają swój interes na lepszy. Natomiast więcej spotkałem takich, którzy w początkach transformacji, owszem, wzięli się za interesy, lecz im z bardzo różnych powodów, nie wyszło. Wszyscy mieli o to pretensje do systemu, do władzy, a nikt do siebie. W kilku przypadkach, które sprawdziłem, głosowali na PiS.

Sytuacja przedsiębiorcy – rolnika jest wyjątkowo skomplikowana i trudna. Przyczyn chyba objaśniać nie trzeba. Ale obok warunków, które zależą od natury i rynków, na które nie ma się wpływu, są ukształtowane pokoleniami warunki mentalne. „Temu tylko pług i socha kto tę czarną ziemię kocha”, lecz przede wszystkim ten ktoś powinien mieć dzisiaj głowę do interesu.

Ma ją kandydat, jeśli nie na nowego Witosa, to na Leppera. Jak ma problemy na roli, to próbuje szczęścia w polityce. Ale od startu tamtego minęło już pokolenie i mam nadzieję, że pan K. nie powtórzy jego kariery. Nie mówię już nawet o jej końcu.

To, że rolnicy demonstrują pod siedzibami władz, to co innego. Władza ma to w niepisanej umowie ze społeczeństwem, że będzie się od niej różnych rzeczy, w różny sposób wymagać. Byle nie palić opon, bo smrodu i tak mamy dosyć.

Chodzi o to, czego się domagają rolnicy. Oczywiście, zatrzymania importu artykułów spożywczych. Nazywa się to ochroną rynku. Ale nie rynku konsumenta. Nasi producenci rolni operują z sukcesem na międzynarodowym rynku, ale ci demonstrujący widzą go tylko jako rynek zbytu. A tak się nie da.

Sieci handlowe, działające na wielką skalę skutecznie cisną na obniżanie cen, bo konkurują ze sobą na rynku konsumenta, który może między nimi wybierać. A jakąś marżę przecież mieć muszą. Gdybyśmy byli drugą Danią, po tym, gdy nie zostaliśmy drugą Japonią ni drugą Irlandią, to moglibyśmy mieć wiele bytów, choćby coś takiego — wymyślam — jak Stowarzyszenie Hodowców Bydła Górskiego Powiatów Nowy Targ i Nowy Sącz. Z własnym systemem skupu, mleczarniami, serowarniami, rzeźniami. I z firmowymi sklepami w Gdańsku, Poznaniu, Hamburgu i na Green Point w Nowym Jorku. A może nawet w Kopenhadze, bo w płaskim kraju górski produkt mógłby budzić zainteresowanie.

To już dwadzieścia dwa lata temu, po powodzi stulecia, premier Cimoszewicz naraził swoją karierę, gdy powiedział coś tak strasznego, jak to, że trzeba się było ubezpieczać. A to ogół płacących podatki jest głównym ubezpieczycielem rolników, takim, u którego ubezpieczeni nie muszą wykupywać polis.

Przytomni przedsiębiorcy rolni powinni żądać, by władza w pełni przywróciła swobodny obrót ziemią. By byli prawdziwymi właścicielami tego ich kapitału, a nie faktycznie, glebae adscripti. I żeby ta gleba trafiała do tych, którzy wiedzą jak na niej zarobić. Na niej, a nie na drogach publicznych. Archaizm PiS bowiem polega między innymi na ożywianiu atawizmu: Ślimak, Placówka, Drzymała, „Nie rzucim ziemi…” i temu podobne.

Najnowsze w tym wszystkim to krowy; zdechłe i chore. Zdumiało mnie, gdy przeczytałem, że prawie cała nasza wołowina – 88%? – jest eksportowana na konkurencyjne rynki. Zapowiada się klęska. Władza podejmuje kroki. Unia Europejska podejmuje kroki. W natłoku informacji jakoś nie widać tylko kroków podejmowanych przez prokuraturę, a przecież mamy do czynienia z zagrożeniem dla życia i zdrowia. Ziobrowa prokuratura wyczerpuje swoją aktywność w wygodnych dla władzy okolicznościach. Te nie są wygodne, bo wieś to elektorat, który PiS wydziera PSL-owi.

Myślałem, że rolnicy, przed pójściem pod okna pana prezydenta, rzucą się na producentów padliny, żeby ich gołymi rękami zadusić. Ale nie. Widzę kalkulację, jak bardzo nieopłacalna jest – co im się kiedykolwiek, do jasnej cholery, opłacało!? – ta hodowla, więc jakby miała być dodatkowa strata na takiej krowie… to sami rozumiecie…

avatar


Ernest Skalski

Dziennikarz, historyk


Ur. 18 stycznia 1935 r. w Warszawie
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com