Marek Jastrząb: Na marginesie Ziemi obiecanej

20.02.2019

Autor opisuje w niej włókiennicze życie miasteczka Łódź. Życie w nim podporządkowane jest żarłocznym interesom. Uczucia, miłość, ludzie odruchy, podlegają grze, kalkulacjom, bezdusznej zabawie w przeliczanie kosztów i strat. Małżeństwo w tej wyżymaczce jest owocem wyrachowania. Zagadnieniem finansowym: ile można stracić, a co zyskać. Epuzera nie interesuje biedna najdroższa. Ważne są dla niego majątkowe profity i właściwe koneksje.

Moim zdaniem jest to książka jak najbardziej współczesna i nie mam nic przeciwko filmowym adaptacjom lektur, o ile są wiernymi ilustracjami zamysłów pisarzy. Jeśli są ścisłymi, czyli niedorabiającymi do pierwowzoru nowych znaczeń, odkrywczych spojrzeń, lub zaprezentowania pogłębionego dna.

Z powodzeniem mogłaby zostać napisana dzisiaj. Dlatego, jak sądzę, byłoby dobrze pokusić się o jej ponowne sfilmowanie. Zwłaszcza teraz, gdy poznawanie obowiązkowych utworów literackich należy do rzadkości.

Główny temat powieści Stanisława Reymonta nie zawiera się w posępnym opisie dziewiętnastowiecznej Łodzi, Nie jest TYLKO prymitywną symulacją narodzin żarłocznego kapitalizmu, konfrontacją nędzy z bogactwem, opisem tryumfującej bezwzględności, intryg i złodziejskich planów kasty fabrykantów.

Główny jej temat, to przemiana moralna. Przeobrażenie wyrachowanego i bezwzględnego przemysłowca, Karola Borowieckiego, we wrażliwą istotę, która w ostatnich słowach dzieła wyznaje: przegrałem własne szczęście; trzeba je stwarzać dla innych!

Borowiecki, Polak inżynier i zrujnowany szlachcic, wychowany na patriotycznych ideałach, żyjący w otoczeniu wspomnień o przemijającej świetności rodu, przesiąknięty tradycyjnymi pojęciami na temat honoru i uczciwości, zaczyna dostrzegać, że w świecie, w którym przyszło mu żyć, obowiązują inne zasady i że nie pasują one do powstających, cynicznych czasów.

Bo czasy to były drapieżne. Rodziły się przemysły i fabryki. Z dnia na dzień i z niczego wyrastały wielkie fortuny, a niektóre ginęły bezpowrotnie. Lecz znikały nie te, które powinny: zdobyte w sposób szwindlarski, niezgodny z kupieckim poczuciem sprawiedliwości. Przeciwnie: zostawały tylko te, co opierały się na oszustwach i umiejętnym lawirowaniu pośród cwaniackich norm.

Wchodzę w niesympatyczną atmosferę opisywanych wydarzeń i mam wrażenie, jakby ich ilustratorem był Balzak, najlepszy wirtuoz opisu mechanizmów kiełkującego kapitalizmu. Podobieństwa narzucają się od razu.

Jak bohaterzy Balzaka, tak postaci Reymonta — tracą złudzenia i od naiwnego entuzjazmu przechodzą w stan ostrego rozczarowania; ogarnia ich pesymistyczny nastrój zwątpienia we własne możliwości.

Cynizm i sceptycyzm są ich nową naturą: chcieli podbić świat, lecz zamiast tego gnębi ich poczucie doznanej klęski. Klęska zaś jest wyznacznikiem ich żałosnego tryumfu.

Tak u Reymonta, jak u Balzaka upadek dotyka słabych, bo uczciwych, a na placu boju pozostają kanalie, dla których szlam i bagno są naturalnym środowiskiem.

Karol Borowiecki przegrał, ponieważ – wbrew pozorom – chciał się wzbogacić na robieniu kryształowych interesów. Na nieobniżaniu jakości i niezawyżaniu cen produkowanego towaru. Co by było ogromnym zagrożeniem dla dochodów uzyskiwanych przez szubrawców.

W powieści Reymonta przewija się istna kawalkada biznesowych kondotierów. Począwszy od Żydów i Niemców, a na Polaku skończywszy, autor przedstawia czytelnikom plastyczne portrety mieszkańców „miasteczka Łódź”, charakterologiczną galerię postaci owej „ziemi obiecanej”.

Ale Borowiecki nazywa ją – ziemią przeklętą. Przeklętą, ponieważ wyssała z niego wszystkie soki, spustoszyła przyświecające mu wartości, których niepotrzebnie się zaparł, a tracąc je, tak jak swoją miłość, zrozumiał, że zaprzepaścił sens dotychczasowego istnienia.

Tego w filmowej adaptacji nie ma. Jest za to bezpodstawny i pesymistyczny widoczek Borowieckiego nakazującego strzelanie do strajkujących robotników. Czego się nie uświadczy w powieści.

Panuje moda na nonszalanckie niezapoznawanie się z całością książki, zadowalanie się jej namiastką, jaką stanowi ekranizacja.

Jeżeli moda na wariacyjne potraktowanie dzieła dotyczy książki spoza lekturowego kanonu, „szkodliwość społeczna” jest nieduża. Lecz jeżeli już ma zastąpić lekturę szkolną, niech przynajmniej będzie jej wierna.

Inaczej za parę lat wyjdą z naszych szkół nowe pokolenia abiturientów wyedukowane na obrazkach, natomiast nieznające powieści. Przekonane, iż Borowiecki to szuja, i że jest to sylwetka doskonałe odzwierciedlająca zamysły autora.

Tu trzeba zaznaczyć, że wielki wpływ na celuloidowy kształt powieści miały komunistyczne czasy. To im „zawdzięczamy”, że dzieło o przemianie Borowickiego z zimnego drania we wrażliwca zostało zmienione w marksistowską agitkę.

*

W ostatnim rozdziale „Ziemi obiecanej” Karol Borowiecki, reprezentant nowego pokolenia fabrykantów, pozytywista, dorobkiewiczowski reprezentant „ludzi interesu”, generacji wstępującej na biznesowe areny Łodzi, bohater dojrzewający bez goryczy i widocznych kompleksów — dokonuje obrachunku swojego dotychczasowego istnienia.

Stwierdza, że urojeniowa mania wielkości, chciwość osiągnięcia finansowego sukcesu, pogarda i deptanie po cudzych uczuciach – zjawiska te doprowadziły go na skraj emocjonalnego urwiska. Do miejsca, gdy uzmysłowił sobie, co stracił bezpowrotnie. A więc zaprzepaścił wewnętrzny spokój. Równowagę ducha postradaną przez wyrzeczenie się Hanki, przyjaciół, sielankowych wspomnień z Knurowa, całkowite odstrychnięcie się od praw do niewyrachowanych uczuć. Powtarzam: tego w filmowej adaptacji nie ma. Jest za to bezpodstawny, ideologicznie słuszny widoczek Borowieckiego nakazującego strzelanie do strajkujących robotników. Czego się nie uświadczy w powieści. Co umniejsza i spłyca jej sens.

Marek Jastrząb

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com