20.02.2019

Jednym z głównych kłamstw propagandy PiS-u było twierdzenie, że polityka zagraniczna poprzednich rządów była „klientelska”, „niesuwerenna” i prowadzona „na kolanach”. Oczywiście mnogość bzdur i głupot, które PiS wygaduje, jest nieprzeliczalna, ale w tę brednię chyba sami uwierzyli. W efekcie polityka miała być „godnościowa” i miała polegać na „wstawaniu z kolan”.
Pierwszym efektem było całkowite pogrzebanie Trójkąta Weimarskiego, bardzo ważnego forum, w którym Polska występowała jako partner Francji i Niemiec, czyli dwóch najważniejszych państw Unii Europejskiej. Później PiS-owski rząd pokłócił się kolejno ze wszystkimi sąsiadami, a wreszcie z niemal całą UE, z wyjątkiem izolowanych w Unii Węgier.
Kolejno zniszczono lata budowania sojuszu z Ukrainą, niepotrzebnymi dąsami podbito bębenka nacjonalistom litewskim i wreszcie wypocono nowelizację ustawy o IPN, która wywołała dwa efekty: popsuła nam opinię w Izraelu i USA, oraz spowodowała, że zwrot „polskie obozy zagłady”, wcześniej pojawiający się w mediach incydentalnie, i głównie przez nieporozumienie (w języku angielskim zwrot „Polish camp” można rozumieć jako lokalizację, a nie koniecznie autorstwo, „polski obóz”, czyli „obóz w Polsce”), teraz stał się znany na całym świecie. Przy okazji państwo polskie ośmieszyło się doszczętnie, chcąc ścigać zagranicznych dziennikarzy. Takie pomysły miały dotąd tylko dość paskudne dyktatury.
W międzyczasie doprowadzono po raz pierwszy do użycia art. 7 Traktatu o UE, niszcząc praworządność, która jest podstawą funkcjonowania UE. Wybitnym sukcesem we „wstawaniu z kolan” było sławne głosowanie nad wyborem Donalda Tuska z wynikiem 27 do 1. Przy okazji dyplomacja spod znaku „San Escobar” błysnęła na cały świat takim wyczynem jak głosowanie przeciw kandydaturze własnego obywatela.
Efekt jest taki, że Polska „wstająca z kolan” nie ma już prawie wcale sojuszników i jest na arenie międzynarodowej kompletnie lekceważona. Najlepszym tego przykładem była niedawna „Konferencja Bliskowschodnia”, zarządzona i ogłoszona przez dyplomację USA na terenie Polski. Nawet Paweł i Gaweł, co „w jednym stali domu” i robili sobie różne afronty, nie doszli do tego, by Gaweł prawem kaduka urządził sobie imprezę w mieszkaniu Pawła. Tymczasem dyplomacja USA nie tylko zarządziła imprezę na naszym terenie, ale i zaprosiła sobie gości, których wojownicze wypowiedzi tylko Polsce zaszkodziły.
Polska nie ma żadnego interesu wchodzić w konflikt z Iranem, a przy okazji brać udział w wydarzeniu, na którym lansowane są stanowiska sprzeczne ze stanowiskiem UE, której ciągle jeszcze jesteśmy członkiem (choć nie wiadomo jak jeszcze długo). Polska nie ma też żadnego interesu w zadzieraniu z Izraelem, a tym bardziej w dawaniu forum do wypowiedzi sugerujących, że wszyscy Polacy są antysemitami i współpracowali z nazistami (sorry, ale przynajmniej ja antysemitą nie jestem).
I nad tą kwestią zatrzymajmy się na chwilę. Podgrzewanie opinii o polskim powszechnym antysemityzmie nie bierze się z przypadku. Świat widzi marsze neonazistów, antysemickie transparenty i incydenty, za które jakoś ziobrowska prokuratura nie bardzo chce ścigać. Świat widzi pielgrzymki kiboli na Jasną górę z gestami heil Hitler, widzi, że nie ściga się nazioli nawet za bicie bezbronnych kobiet, widzi, że Hegemon Beztryb podejmuje uroczyście włoskiego faszystę, a jeszcze niedawno fraternizował się z podejrzewanym o szmalcownictwo Janem Kobylańskim.
Pojednanie między narodami Polski i Izraela jest możliwe, ale tylko na gruncie prawdy, otwartego wyjawienia wszelkiego zła, a nie w atmosferze fałszowania historii. Dokąd będziemy opowiadać dyrdymały, że nie było szmalcowników i, co gorsza, ludzi, którzy z własnej woli prześladowali Żydów, dotąd naszej opinii nie pomoże nawet największa liczba drzewek w Instytucie Yad Vashem.
Z okazji tego incydentu zerwano szczyt Grupy Wyszehradzkiej w Izraelu, ale wszyscy inni jej uczestnicy tak się nami przejęli, że i tak pojechali. Tylko nas nie ma. Obrażone niewiniątko świeczkę zjadło i siedzi po ciemku.
Efekt tego wszystkiego jest taki, że pozycja międzynarodowa Polski jest tak zła, jak chyba jeszcze nigdy. A czym się to może skończyć? Polexitem. Na razie popatrzmy, jak Brytyjczycy zaszkodzili sami sobie Brexitem, a jest to gospodarka dużo silniejsze od naszej.
Wstawanie z kolan bez używania mózgu musi się skończyć padnięciem na pysk.

Krzysztof Łoziński
Emeryt
Ur. 16 lipca 1948 r., aktywista wydarzeń marca 68. Były działacz opozycji antykomunistycznej z lat 1968-1989, wielokrotnie represjonowany i dwukrotnie za tę działalność więziony.
Członek Honorowy KOD i NSZZ „Solidarność”
