Janusz Dąbrowski: Celne strzały we własne stopy

10.03.2019

Tak się przypadkowo zdarzyło, że robiąc domowe porządki ze starymi gazetami, natrafiłem na dodatek ekonomiczny dziennika „Rzeczpospolita” z 20 lutego roku 2017, czyli niemal dokładnie sprzed dwu lat. Całą pierwszą stronę zajmował kompetentny i obiektywny artykuł P. Mazurkiewicza, który potężnymi czcionkami prezentował bojowe stanowisko „Rząd: Jedna niedziela zakazu handlu to za mało”. Można dziś zasadnie powiedzieć, że w przeddzień uruchomienia „wielkiego programu” ten tytuł reprezentował jednoznacznie ówczesny cel rządu.

Jak pamiętamy, oficjalną przyczyną zakazu handlu w niedziele miało być umożliwienie przepracowanym handlowcom rodzinnego wypoczynku oraz umożliwienie im wzięcia udziału w praktykach religijnych. W ten sposób kilkaset tysięcy pracowników handlu miało otrzymać w prezencie „godne warunki pracy”, kosztem nieliczenia się zupełnie z potrzebami kilkunastu milionów konsumentów, którzy lubili lub musieli, z powodu ich warunków pracy, robić zakupy w niedziele. W rzeczywistości chodziło o coś zupełnie innego, ale media ogłupiły obywateli do tego stopnia, że musiało minąć wiele miesięcy, żeby konsumenci, czyli najbardziej zainteresowani, połapali się, jakie były faktyczne cele tego największego przekrętu w polskiej gospodarce.

***

Minęły dwa lata i wyszło na jaw, że prawdziwym kosztem organizacyjnym i finansowym wielkiego wysiłku sterników i sterniczek naszego handlu była próba likwidacji obcych nam ideologicznie najnowocześniejszych w Europie hipermarketów i galerii handlowych rodem z Niemiec, Anglii, Francji, Szwecji itd., które zaczęły dominować cały krajowy handel już w drugiej dekadzie nowego kapitalistycznego tysiąclecia. Cały atak, który w dużym stopniu miał wykorzystać pomysły „Bitwy o Handel” z roku 1947 (autorstwa ministra Hilarego Minca), poprzedziło jednak zupełnie nieudane przygotowanie artyleryjskie, czyli próba wprowadzenia specjalnego „podatku sklepowego”, który miały zapłacić zagraniczne sklepy wielkopowierzchniowe w wysokości 1,6 mld rocznie.

Ten haracz zablokowała jednak Unia Europejska jako niezgodne z prawem unijnym wyzyskiwanie zaprzyjaźnionych członków UE – i trzeba było wymyślić coś innego, więc urzędnicy różnej specjalności chyżo zabrali się do roboty. Teraz jednak widzimy gołym okiem, o co naprawdę chodziło i czym się różnią zagraniczne i krajowe firmy: wyglądem, obsługą, asortymentem itd., mimo że w zdecydowanej większości sprzedają te same produkty krajowe lub chińskie, wietnamskie, z Bangladeszu itd. Jednym słowem, wszyscy zaopatrują się z tych samych źródeł, co większość krajów w Europie Zachodniej i Środkowej, bo takie są prawa rynku. Zaczęliśmy także wreszcie rozumieć, dlaczego żaden z krajów Europy Środkowej nie poszedł w nasze ślady, likwidując handel w niedziele: bo taniej jest uczyć się handlu na cudzych błędach np. węgierskich czy naszych, niż na własnych. Zresztą nie ma co mówić tu o błędach, gdyż nawet w tak wyjątkowo konserwatywnych pod tym względem krajach, jak Niemcy czy Austria już od dawna organizowane są specjalne wyprzedaże w niedziele i niektóre święta.

***

Pojawia się zatem pytanie, czy teraz, po bankructwie 16 tysięcy tych „ślicznych małych sklepików”, w których całe rodziny ciężko walczyły, żeby związać koniec z końcem i spłacić kredyty z pięciu metrów kwadratowych powierzchni i jednej lodówki, żeby utrzymać się na rynku, bo wydawało im się, że właśnie powrócił czas riksz, dorożek i sprzedaży „na zeszyt”, a nie płatności kartą płatniczą.

Niemal codziennie w prasie i telewizji słyszymy opinie i czytamy wyniki badań ankietowych, z których dowiadujemy się, że najbardziej skompromitowała się „idea cichego marzenia”, aby supernowoczesne wielkopowierzchniowe galerie zostały wyparte przez rosnące w siłę małe polskie sklepy z początku ubiegłego wieku, albo PRL, zaopatrujące nas w razowce, kiszone ogórki i kapustę z beczki.

Od kilkudziesięciu lat takie sklepiki są przecież dostępne na wszystkich targowiskach – w Warszawie w kilkunastu miejscach, nawet w centrum miasta, np. przy Hali Mirowskiej, ale korporacyjnych hipermarketów znad Sekwany czy Tamizy jakoś nie wyparły. Wprost przeciwnie – nie wytrzymały znakomitego marketingu i perfekcyjnej konkurencji zwłaszcza ze „średnią półką” cenową, asortymentową i organizacyjną, czyli najlepszymi zagranicznymi dyskontami. Ale także inne dyskonty, sieciówki i supermarkety, a nawet wielkie malle i galerie, które były przecież tym głównym, obcym i znienawidzonym wrogiem suwerennego handlu, chociaż poniosły straty, również „dały radę”, zaś najbardziej elastyczne i dochodowe okazały się… stacje benzynowe wielkich koncernów. Okazało się, że ci państwowi monopoliści, wprawdzie nie stworzyli obiecanej gęstej i nowoczesnej sieci, zasilającej w prąd elektryczny nowe polskie samochody, ale za to przekształcili się na autostradach oraz ekspresówkach (i często w miastach) w prawdziwe delikatesy oraz eleganckie kawiarnie i restauracje.

Mam wrażenie, że wtrącanie się osób zajmujących się najwyższymi szczeblami ideologii przekształcania całego państwa, lecz nie mających nawet miligramów wiedzy o przemianach upadającej państwowej gospodarki, a zwłaszcza nowoczesnego sektora usług, szczególnie korporacyjnego handlu hurtowego i detalicznego, nigdy nie powinno się wydarzyć…

Szczególnie niewskazane jest sięganie do kompletnie absurdalnych wzorów z czasów średniowiecza i PRL u. Rozumiem, że trudno tak od razu przyznać się, iż popełniliśmy wszystkie możliwe błędy, wprowadziliśmy kilkadziesiąt wyjątków, łącznie z pomysłem karania handlujących w niedzielę więzieniem (zarówno sprzedających, jak i kupujących???), ale nie należy czekać dłużej, lecz jak najszybciej usiąść przy kuble na śmieci i ulokować tam całą żałosną ustawę o redukowaniu PKB i robieniu sztucznego tłoku w weekendy, a nie wpychać jej pod dywan.

Przy okazji należy podsumować: jakie koszty poniósł budżet, do którego zapukały wielomiliardowe straty z podatków VAT, PIT, akcyzy itp.

Czas goni. Lada moment obywatele otrzymają przecież gotówkę dla pierwszego dziecka oraz ostatni zdrowi emeryci i renciści chętnie wybiorą się w niedziele na dodatkowe majowe zakupy w najładniejszych luźnych i spokojnych galeriach Warszawy, których liczba zwiększy się w najbliższych miesiącach.

avatar


Janusz Dąbrowski

Dr nauk ekonomicznych

Dziennikarz, publicysta, b. wykładowca wyższych uczelni. Niegdyś członek zespołu słynnego „Życia i Nowoczesności”.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com