Marek Jastrząb: Patrycjusze z allegro

08.04.2019

Dotąd miał kalkulator zamiast serca. Do tej pory była z niego ofiara losu. Niedojda tańcząca z długami. Człowiek zamieniony na banknot, weksel i niespłacony kredyt. Stale żył na dorobku, a nigdy nie był przy kasie. Ciągle przeliczał, obliczał i podliczał; jak finansowy Machiavelli.

Aż któregoś dnia napadło go olśnienie i uroczyście oznajmił, że ma dosyć biedowania, spłacania, oszczędzania, pożyczek na lichwiarski procent, bycia ekonomicznie upośledzonym, że nie chce mu się stronić od gruszkowych obietnic. Owszem, uzgodnił ze sobą, że odtąd nie zrazi go żadna bzdura; każdą łyknie i wypowie, byle tylko poprawić swoje porąbane życie.

Nagle postanowił przeprofilować dotychczasowe poglądy, zamienić je na dopasowane do skrzeczącej rzeczywistości. Albowiem zapragnął uchlać się dobrobytem, rozbijać się limuzynami, gnać na sygnałach i pod prąd, opychać bażantami, przepiórkami, robić wyniosłe miny, łazić na rauty z wyszynkiem na krzywy ryj.

Zatem przywdział gajerek nakrapiany elegancją i wszedł do  gospody  z elitą. A tam duszno i tłoczno było od profesorów i docentów w biretach z antenką. Gotowy do zadawania szyku, przykucnął na brzeżku krzesła przeznaczonego dla wybitnych gości.  

Z początku czuł się nie zanadto komfortowo. Nieśmiało bąkał swoją wyuczoną brednię. Jednak już po chwili zorientował się, że choć jest ona  brednią, to kiedy zaczynał gadać bez sensu i od rzeczy, a ten czy ów luminarz traktował go na serio, tak, jakby rzekł coś sensownego i nie zasłużył na obicie gęby, tylko na laury,   zrozumiał, że udało mu się wstrzelić w tutejszy klimat.

Pomimo — a może z powodu — przekory i na złość dotychczasowym lokatorom gospody, już zdecydowanie pewniej, dosadniej, większą częścią półdupka kokosił się na krzesełku i raźniej zerkał w stronę kanapy z kacykami. A gdy zobaczył, jak wszystkie osoby zgromadzone na niej przesuwają się ku sobie, ścieśniają, by zrobić mu wolne miejsce i zapraszają go, by raczył spocząć obok nich, pojął, że biorą go za swojaka o honorze z wyprzedaży, za bratnią duszę, przed którą poprzednia elita przestrzegała: kiedy zwróci na ciebie uwagę, nie stój, nie czekaj, tylko zacznij się bać. Dla spokoju przelicz, co ci zostało w portfelu, sprawdź zamki, szafy, sztućce, ilość złotych plomb, złap się za kieszeń i upewnij, czy nie ma tam jego ręki. Uciekaj, bo choć jest uśmiechnięty, pogodny, wyluzowany, a z jego twarzy emanuje ciepło, to — pod pretekstem, że dobrze ci życzy i oddałby ostatnie stringi, byle by ci pomóc, ulżyć, wynagrodzić — z radością trzepnie tobą o ścianę, podłoży świnię zamiast poduszki, z szacunkiem puści cię z torbami.

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com