Zbigniew Szczypiński: Czy można zajeździć historii kobyłę?

02.05.2019

Parę dni temu umarł Karol Modzelewski.

Profesor Karol Modzelewski, historyk, specjalista od czasów średniowiecza, legendarna postać polskiej opozycji, pierwszy rzecznik NSZZ Solidarność i pomysłodawca nazwy związku i jego organizacyjnej struktury, człowiek, który spędził ponad osiem lat w peerelowskich więzieniach, senator RP, honorowy przewodniczący Unii Pracy.

Karol Modzelewski był prawdziwym człowiekiem lewicy socjalistycznej, był wielkim autorytetem dla wszystkich ludzi myślących o społeczeństwie jako o wspólnocie ludzi, których wartość określa ich praca na rzecz tej wspólnoty. Karol Modzelewski zostanie przeze mnie zapamiętany jako autor prostej i prawdziwej recenzji naszej transformacji po roku 89 – tego, że z trzech wielkich haseł Wielkiej Rewolucji, francuskiej rewolucji: Wolność – Równość – Braterstwo udała się nam tylko wolność. Dwa pozostałe hasła były poza myśleniem, poza wyobraźnią wszystkich rządów mijającego trzydziestolecia.

Obserwując reakcje władz na śmierć Karola Modzelewskiego, kawalera Orderu Orła Białego, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nawet w takim momencie, śmierci jako rzeczy ostatecznej, zamykającej wszystkie nasze ziemskie sprawy ludzie obecnej władzy myślą o naszej najnowszej historii politycznej tak jak każe im obecnie panujący prezes Polski – Jarosław Kaczyński, dla którego wolna Polska zaczyna się w 2015 roku, roku zwycięstwa wyborczego Zjednoczonej Prawicy. To, co było przedtem, to nie była w pełni wolna Polska, a to, co było przed rokiem 89, to nie była Polska w ogóle.

Realizacją takiego myślenia prezesa jest nowa polityka historyczna ukazująca prawdziwych bohaterów walki o wolną Polskę, eliminująca tych wszystkich, którzy może i coś tam robili, ale skoro nie ma ich teraz w obozie Zjednoczonej Prawicy i obecnie są wrogo ustosunkowani do rządów „dobrej zmiany”, to są to zdrajcy, „komuniści i złodzieje”, ludzie „gorszego sortu”, lewacy i wyznawcy strasznego „gender”, chodzący na pasku Angeli Merkel, dążący do likwidacji tradycyjnych wartości, na których zbudowana jest polska rodzina… mogę tak długo jeszcze, ale po co.

Dążenie do zaproponowania narracji dotyczących naszych czasów, po transformacji 89 roku, chęć narzucenia swojego języka i wdrukowania w świadomość Polaków nowych bohaterów, z tym największym, jakim był, zdaniem pisowskiej władzy, niewątpliwie największy z polskich prezydentów po 89 roku – Lech Kaczyński, jest w jakimś stopniu możliwa do zrozumienia w logice walki politycznej i osobistej traumy jego brata, decydującego obecnie o wszystkim, co jest i czego nie ma w polskiej polityce. To są „gorące tematy”, dotyczące spraw i ludzi jeszcze żyjących, mogących się bronić, mogących zabrać głos w sprawach ich tyczących. Przykładów takich sporów jest wiele, nie tego jednak dotyczyć będzie ten tekst.

Chciałbym się teraz odnieść się do obecnej od dawna i stale nasilającej się maniery obecnej władzy, w jej działaniach i języku, w którym traktuje ona nie jednostki, nie poszczególnych ludzi a całe wielkie grupy społeczne i zawodowe jedną zbiorową oceną zbudowaną na prostym założeniu – skoro to było w tamtych, niesłusznych, okropnych czasach, w tej nie-Polsce, to każdy, kto wtedy tam żył i pracował, bez względu na to, co robił – jest winny.

Jest winny, bo umacniał tamten system.

Mamy za sobą prawo odbierające emerytalne uposażenia ludziom, którzy pracowali, byli związani z aparatem represji peerelowskiego państwa. Zastosowano odpowiedzialność zbiorową bez wdawania się w szczegóły dotyczące indywidualnych przypadków – niech się odwołują. Obecna władza przedstawiła te działania jako przywracanie sprawiedliwości – nie może być przecież tak, aby ci okropni ludzie, oprawcy i ciemiężyciele cieszyli się wysokimi emeryturami, a bohaterowie walk o wolną Polskę przymierali głodem i nie mieli na lekarstwa. To się dobrze słyszy, to da się zrozumieć.

To, że przy tym popełniono ogrom błędów wynikających z bałaganu administracyjnego, ale często i ze złej woli decydentów — to inna sprawa.

Stosowanie wielkiego kwantyfikatora w budowaniu ocen przeszłości prezentują najczęściej ludzie młodzi; ci, którym rok urodzenia uniemożliwił realne uczestnictwo w tamtych czasach. To w ich głosach, w ich myśleniu coraz częściej pobrzmiewa taki ton – nieważne co robiłeś, byłeś milicjantem, nauczycielem, kierowcą autobusu, spawaczem w stoczni – i tak budowałeś tamto państwo, umacniałeś jego niesuwerenność i podległość wobec „Wielkiego Brata” – jesteś więc winny.

To jest początek choroby. Jeżeli ci ludzie dostaną kolejne cztery lata, to z fazy epizodów wejdziemy w system opisany już przez Orwella – to pewne.

Za tezą, że to może stać się systemowym założeniem, przemawia zwykła biologia. Ludzi, których życie przebiegło w tamtym państwie – innego nie było – będzie coraz mniej. Ludzi, dla których tamte czasy to będzie opowieść historyczna, coś, o czym usłyszą albo przeczytają (jeżeli jeszcze będą czytać) to co nowa szkoła, szkoła po reformie jeszcze bardziej „wybitnej” minister Zalewskiej przedstawi im w programie – będzie coraz więcej. To też biologia. To są korzystne przesłanki dla władzy, a bardzo niekorzystne dla ludzi starszego pokolenia.

Trzeba wszędzie tam, gdzie to jest możliwe wykazywać absurdalność takiego myślenia i takich ocen. Życie starszych już ludzi nie może być poddawane takim opresyjnym działaniom politycznej władzy. Każde kolejne pokolenie wypełniało swój czas, każdy człowiek odpowiada za swoje życie, ale nie za warunki, w których przyszło mu żyć.

Przysłuchując się temu, co najwyżsi przedstawiciele obecnych władz: prezydent, premier, inni wysocy urzędnicy mówią — w kraju, ale i za granicą — o polskich sędziach, o tym, jak to trzeba dokonać ich dekomunizacji — wiem, że temu szaleństwu nie będzie końca. Rządy Zjednoczonej Prawicy Jarosława Kaczyńskiego zbudowały sprawny system, w którym to wola narodu, rzekomo wyrażana przez rządzących a najlepiej przez samego prezesa jest ponad prawem.

Wielki kwantyfikator to bardzo przydatne narzędzie dla wielkiego inkwizytora.

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk


Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com