Marek Jastrząb: Obrona Kmicica

16.05.2019

Istnieją pisarze podobnego formatu. Jednak kiedy ich czytam, nie doznaję żadnych palpitacji serca.  Owszem, doznania estetyczne są, podziwy też, nawet westchnienia mam na składzie, ale czegoś mi brak…

Lecz kiedy wracam do jego książek, dostrzegam analogię z dzisiejszością:  słyszę w pamięci słowa o Polsce, której, kiedy kona, trzeba wyszarpnąć poduszkę spod głowy, iżby się nie męczyła. Może z tej przyczyny  większość zjadaczy powszedniego chleba nie lubi Trylogii, bo za drapieżnie im uświadamia, że zilustrowane w niej praktyki stosowane są dotąd.

*

Widzę  Bogusława, dumne, zmanierowane książątko bywałe na europejskich dworach. Radziwiłła zawzięcie i daremnie emablującego pannę Oleńkę.

Czytam o Kmicicowej przemianie ze zdrajcy, awanturnika, zabijaki, w opatrznościowego męża i patriotę cieszącego się powszechnym szacunkiem. O przeobrażeniu politycznego szaławiły zainteresowanego osiąganiem wyłącznie własnych korzyści, bezpardonowo walczącego o swoje prerogatywy aż do  przełomowej chwili: aż do momentu gruntownego otrzeźwienia, które jest początkiem  końca beztroskiego etapu życia pana Andrzeja i narodzinami nowej postaci: Babinicza.

Buczę wtedy jak syrena z Mniszkowa i nie mogę wyjść ze zdumienia, że ja, okrzepły w lekturach wszelkiego autoramentu, obyty w sumiennym pożeraniu książek z różnych nadań, reaguję niczym egzaltowana pudernica na rockowym koncercie.

I, srodze zawstydzony, wyrzucam sobie, że nie rozumiem, dlaczego i co  zadecydowało o tym, że jego krytycy obdarzyli go brakiem pomyślunku,  wyposażając jednocześnie we wszystkie złe cechy przypisywane nierozgarniętym warchołom zadurzonym w szlacheckiej złotej wolności.

Dzięki tej krzywdzącej opinii Andrzej Kmicic wyobraża polskiego szlachciurę: sobiepanka, zapalczywego watażkę, naiwniaka i gorącą głowę, a jego stereotypowy wizerunek funkcjonuje do dziś. Opinii szkodliwej, b, aby takie psychiczne metamorfozy nastąpiły w panu Andrzeju, potrzebne są myślowe procesy i to procesy skomplikowane, filozoficzne. Za subtelne, zbyt głębokie i zanadto niedostępne dla prostego rębajły wywijającego szabelką. Skryte przed prymitywem, za jakiego nadal uchodzi  w oczach powierzchownych recenzentów.

W tym momencie dostrzegam ciekawą różnicę pomiędzy filmem, a powieścią. Różnicę wartą wyeksponowania.

W powieści mamy dowody na to, że Kmicic posiadał nieprzeciętną inteligencję. Świadczą o tym prowadzone przez niego boje; przeważnie zwycięskie bitwy i potyczki opisane przez mistrza batalistycznej prozy. Opisy jego triumfalnych i godnych podziwu działań. Nadzwyczaj trudnych, bo przemyślanych starć wszczynanych  z przeciwnikiem mającym nad nim militarną przewagę.

Przemawia też za tym jego spryt, przebiegłość i wykorzystywanie intuicji pozwalającej mu na uniknięcie  militarnych porażek.

Wojownik nawykły do podejmowania walki wszędzie tam, gdzie inni opuścili ręce, a jako że okazywał się niezłym strategiem, dowódcą  budzącym w powierzonych sobie żołnierzach jednocześnie strach, miłość i szacunek, niejednokrotnie bywał wysyłany przez hetmanów w miejsca najeżone ryzykiem, wizją porażki, niewykonalności zadania. I z opresji tych wychodził zwycięsko.

Lecz odznaczał się przebiegłością, intuicją i sprytem tylko w bitewnym otoczeniu. Natomiast w życiu cywila wykazywał się zadziornością i brakiem dyplomacji. A że nie był przyzwyczajony do słuchania cudzych poleceń i nie znosił sprzeciwu, wpadał w rozliczne tarapaty.

Nawykły do komenderowania, wydawania rozkazów, obmyślania partyzanckiej  strategii czuł się bezradny, zagubiony na dworze Radziwiłła  Bez przerwy targany sprzecznymi emocjami, bez ustanku przebywający pod ciśnieniem okoliczności, popełniał błędy.

Tu znowu powrócić trzeba do pierwowzoru. A ponieważ jest nim książka zawierająca szczegóły niedostępne i pominięte przez film, należy się z nimi zapoznać. Inaczej w dalszym ciągu będzie w nas pokutować mylne przekonanie o przeciętności pana Andrzeja.    

Trylogia

To, że jej autor jest wzorem dla piszących lub tylko pragnących pisać, to że jest dla nich niezrównanym stylistą i doskonałym słowiarzem – wiadomo; u Sienkiewicza wszystko jest zrozumiałe i nic nie wadzi.

Ważny jest cel: wszczepienie narodowi otuchy, przekonania, że nie ma takiej opresji, z której nie można wyjść obronną ręką i z podniesionym czołem.

Jestem zauroczony jego mistrzowskim posługiwaniem się ojczystą mową;  co postać, to rys, to zbiorowisko cech przedstawianej nacji, odłamu społeczeństwa, to niezwykle sugestywne zagłębie odautorskich spostrzeżeń, charakterystycznych figur opisanych lekko i potoczyście, ze znawstwem psychologicznych podszewek: śmigłym i plastycznym piórem.

Na wyrywki znam powiedzonka pana Zagłoby, leciwego franta pełnego wigoru, dowcipu, konceptów i nadzwyczajnych facecji, korpulentnego szlachcica z dziurą w herbie, sercem na dłoni i bielmem na oku.

Z klapami na oczach, przytroczony do uwielbienia, którego nie mogę rozwikłać, słucham głosów z oddalających się wspomnień. Słyszę też dzisiejsze. Jedne i drugie nakładają się na siebie i tak powstaje we mnie chaos. Zamęt wzajemnie sprzecznych ocen.

Pierwsze, należące  do moich wspomnień, każą mi kochać Sienkiewicza, lubować się w jego Trylogii, ze wzruszeniem śledzić wydarzenia, podążać za Zagłobą i jego skomplikowaną naturą: raz widzieć w nim mąciciela zdolnego do wszczynania burd, zawołanego kolorystę, chodzący bukłak, championa nieprawdopodobnych opowieści zmyślonych na poczekaniu: pod wpływem chwili, w wyniku gry emocji, to dla odmiany, w zależności od sytuacji – postrzegać go odważnym, sprytnym, bogatym w fortele szlachcicem, na którym można polegać.

Drugie, przynależne teraźniejszości, sądzą Sienkiewicza surowo: z bandyckim okrucieństwem i zajadłą nonszalancją. Przedstawiają jako niestrawnego nudziarza i żarliwego moralizatora.

W miarę szukania przyczyn tak krzywdzących opinii uświadamiam sobie ich źródło: książki pisane przez niego są FAMILIJNE. Przeznaczone do czytania w gronie rodzinnym. Wielopokoleniowym. Począwszy od starców ogrzewających kości w ogniu reminiscencji, a na śpikach pod nieistniejącym wąsem skończywszy; każdy wiek czerpał z nich swoje satysfakcje. Starzy – umiłowanie Ojczyzny, nadzieję i pokrzepienie serc, wiarę w odrodzenie i ziszczenie marzeń, młodzi – bitwy, galopady i dziewiętnastowieczne westerny.

A że dzisiejsza rodzina jest w rozsypce i widzi się ją w komplecie tylko podczas ślubów i pogrzebów, że ceremonia zespołowego czytania na głos należy do sporadycznych wydarzeń, pojedynczemu odbiorcy Sienkiewicza, kolesiowi przysposobionemu do wirtualnych przeżyć, a w pogardzie mającemu rzeczywiste, szwankuje wyobraźnia i plączą się synapsy; edukowany na jego powieściach, rozumiem wyrazy takie jak honor i miłość do kraju – inaczej, niż teraz.

Obyczaj wspólnego czytania zdechł razem z uwiądem międzyludzkich więzi. Jesteśmy już nie sami swoi, ale sami obcy; zaganiani rodzice nie rozmawiają z dziećmi, dzieci nie rozmawiają z rodzicami. Brat nie brat, siostra nie siostra, wszyscy bliscy przedtem, obecnie są dla siebie skwaszonymi rywalami. Wrogo do siebie nastawionymi przeciwnikami lub przeciwniczkami. Zagrożeniem w kłusach do michy i apanaży.

Familijne życie zostało zastąpione przez telewizyjnie czy komputerowe popierdółki; rzeźbią nas wirtualne ambarasy, a ich taśmowa produkcja rozkwita  w rytmie pop.

*

Pisał ją w odcinkach. Kiedy w  warszawskim Słowie i krakowskim Czasie ukazywał się nowy fragment Ogniem i mieczem, w domach rozpoczynała się impreza pod wezwaniem LEKTURA.

Że zaś gazeta była jedna, a amatorów poznania powieści — wielu, to, by uniknąć wyrywania jej sobie, cała rodzina siadała  przy stole i głowa rodu robiła za lektora. A reszta piła mu z warg.

Zaciekawiona, przejęta, z wypiekami na twarzach, brała udział w przygodach swoich bohaterów. Dzielnego zawadiaki Kmicica, nieszczęśliwego Bohuna, Pana Wołodyjowskiego o sercu ze złota i szabli jak śmierć.

Nieznani ludzie wysyłali do autora błagalne listy, by nie uśmiercał Longinusa Podbipięty. Z odcinka na odcinek rosła więc popularność pisarza i otoczony był coraz większą estymą.

W Zbarażu nazwano jego nazwiskiem jedną z ulic. Nieznany admirator twórczości Pana Henryka przekazał mu sporą sumę (15 tys. rubli), z której to sumy powstało stypendium przeznaczone artystom zmagającym się z gruźlicą (skorzystali z niego min. Konopnicka i Wyspiański). 

Duch czasu pokonał Sienkiewicza; jego przebogaty język — zwłaszcza staropolszczyzna — jest dla współczesnego czytelnika za trudny, za passe. A co trudne, zaczyna drażnić. Zdania pełne stylistycznych figur, porównań, mistrzowskiego rytmu, za szybko męczą zblazowane oko, z którego to powodu lektury Sienkiewicza są dla młodych pokoleń słowną dżunglą nie do pokonania.

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com