Marek Jastrząb: Podanie do laryngologa

19.05.2019

W zaufaniu powiem panu, że przed kataklizmem nazywałem się Lenin. Gdy mnie pytano, czy aby nie pochodzę z „tych”, nie potwierdzałem ani nie przeczyłem; robiłem skromną minę, że niby mógłbym coś o tym powiedzieć, ale szkoda słów i lepiej zrobię, nie mówiąc nic.

Kiedyś należałem. Jakże by inaczej, kiedy obowiązek nakazywał nieść sztandar i opowiadać się za nim gdzie popadnie. Uczestniczyłem więc wszytkimi zmysły i wszytkimi kopyty; z energicznym przytupem, pasjonacko i z fanfarami: bez oglądania się na plujących mi w oczy. Lecz gdy zniesiono komunizm, nie musiałem się wypisywać, bo nie było z czego.

Szkoły nie skończyłem. Zacząłem, ale wtedy nie było mody na wykształcenie, no i ja miałem co innego na wątrobie. Prawdę powiedziawszy, przedtem tak samo na niczym mi nie zależało, ale wtedy każdy robił, jak inni, byłem więc w dobrym towarzystwie, a tylko to się liczy.

Wyleciałem z niej właściwie bez powodu. Nawet nazwisko nie pomogło, chociaż w zasadzie powinno. Jednakowoż, gdy nastał okres politycznego skakania przez płot, nikt mi nie schodził z drogi.

Ośmielano się ze mnie drwić. Komentować, podważać każdy mój krok i byle posunięcie. Już nie dopuszczano mnie do udziału w lukratywnych przedsięwzięciach. Już nie byłem dla nich fundamentem, filarem i wyrocznią. Pomnę, że przedtem nie było dnia bez czapkowania: cięgiem gadało się o mnie. Gdziem nie bywał, witano mnie osolonym chlebem, a delegacje robiły wyścigi o pierwszeństwo do obłapiania mi kolan.

A teraz klops, bryndza. Mało kto mnie poznaje, a dawni przyjaciele puścili mnie w trąbę i poszli zdrzemnąć się w poselskich ławach.  Przechrzcili się i znowu tyrają za sól ziemi czy krew z krwi. A ja podupadłem na poprzednim znaczeniu, skończyły mi się apanaże i bananowe wyjazdy. Toteż wynająłem pokój, wstrętną klitkę za pieniądze wyciśnięte z kapelusza.

Gdyż musi pan wiedzieć, że wtedy uczęszczałem pod kościół w celach zarobkowych. Czasem, jak byłem sam, to modliłem  się za komunę.

Przychodziłem tam, bo było ciepło od świec. Zmieniłem nazwisko na zgodne z duchem czasu, lecz zdało się to psu na budę, bo i tak zabrali mi chałupę.  Niedużą emeryturkę, funkcyjną jałmużnę, ot, głupie trzynaście tysięcy, zabrali też i jestem dokumentnie goły. Włosy mi wypadły, uczucia sflaczały, wszystko mi dynda, zaś o dobytku nie warto gęgać.

Ratowałem się więc, jak mogłem, bo nowe czasy wymagały nowej aranżacji. Zmodyfikowałem swoje podejście do życia i od tej pory byłem, czym kto chciał: wolnym strzelcem jakichkolwiek idei, Nabożnym Ateistą lub esbekiem w komży i jarmułce jednocześnie.

Przez długi czas nikt mnie nie chciał i kiedy już myślałem, że to koniec, zauważono mnie, po czym namówiono na kandydowanie z absolutnie nowego ramienia. Wstąpiłem w szeregi i od tej pory znowu byłem na bazie i po linii. Nie jakiś tam bezimienny wypierdek po popłuczynach, ale oficjalna figura, prawie mąż stanu i przyszły Zbawca Narodu.

Zostałem wybrany w imię sprawiedliwości dziejowej i zgodnie  z wolą ludu  z włóczki: dotychczasowi luminarze poszli w odstawkę, a my znaleźliśmy się na sejmowych grzędach.

Odtąd utrzymywałem, że mam wymienne zasady, że albo w Dekalog, albo w pornusy wierzę bez zastrzeżeń. Znowu więc czułem się na właściwym miejscu jak dopasowany do wyściółki.

Miałem diety, gabinety, poczciwe apanaże, dopuszczano mnie do udziału w lukratywnych przedsięwzięciach, prezydowałem niejednej spółce, piastowałem, zasiadałem, bito mi brawka i miałem owacje, działałem na niwie i udzielałem się na polu.

I tym sposobem, po cichu,  sprytem i bez nadmiernego wysiłku, osiągnąłem to, na czym mi zależało. Ale było tak tylko przez cztery lata. Przyszły następne wybory i przestało mi się powodzić. Naraz przestano mnie zauważać, adorować, pić z warg każdą myśl. Nastąpił szarawy i mdły czas: różni tacy odesłali mnie ad acta i powskakiwali na miejsce moich prerogatyw.

Urwały mi się tłuste lata, a tam, gdzie wziąłem na odwagę i szedłem odzyskać utracony honor, odmawiano mi najprostszych wyrazów współczucia. Do tego stopnia, że spotkało mnie skandaliczne walnięcie drzwiami w nos. Od tej pory mam poważne kłopoty z przetrąconą przegrodą: smarkam na potęgę i tak mnie łupie, że szkoda słów.

Upraszam więc o zajęcie się moim zawodowym cierpieniem. Proszę również o pomoc w wypełnieniu wniosku o przyznanie mi kombatanckiej renty.

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com