Marek Jastrząb: Moje „tu i teraz”

29.06.2019

Pod względem geograficznym rozeznaję się dobrze. Natomiast pod względem umiejscowienia siebie w czasie, kłopotów mam sporo. Zwłaszcza z określeniem epoki trudności mam niewyobrażalne. Więc towarzyszy mi bezustanny zamęt w skołowanej głowinie. Niby orientuję się, że mamy XXI wiek, wiek bicia piany i uprawiania politycznej epilepsji, wyborów bez wyborów, wiek zażartych rozmów o niczym, że okres to przejściowy, że mysz wkrótce urodzi słonia, lecz co z tego? Co wynika z tej mojej żałosnej wiedzy?

Gdy mnie zapytać o datę, to „posiadam wiedzę” o tym, że jest środa, mamy godzinę piątą wieczorem, że słońce wzeszło o którejś tam, a ciśnienie znowu jest niskie i opadów znowu brak. Ale gdy mam odpowiedzieć, jaki jest teraz okres historyczny, z mety czuję się niemrawo i zaczynam dukać zdania z dużą ilością niecenzuralnych słów.

Sądząc po tym, co się z nami dzieje, w czym uczestniczymy, jestem we wczesnym średniowieczu. Albo w późnej starożytności. Ale nie w Grecji! Moja starożytność, nie tam jest, gdzie powstawała Demokracja! Znajduję się na terenach podmokłych i limfatycznych i razem z innymi nieszczęśnikami siedzę na drzewie. A gdzie nie spojrzę, tam nic nie widzę.

Prywatna cenzura

Choć zewsząd słyszymy nawoływania do spokoju, to nadal tkwimy zanurzeni po uszy w politycznej gnojowicy i nic nie wskazuje na to, by doszło do jakiegokolwiek opamiętania. Niepokojącym zjawiskiem jest to, że narzędziem naszych dyskusji sejmowych i międzypartyjnych przestaje być słowo, a zaczyna groźba przekształcona w czyn. Dosłownie i w przenośni zaczynamy odczuwać lęk. W tej chwili, po zbrodniczym wyczynie furiata z bronią, potrzebne jest wzajemne i bezwarunkowe wyciszenie emocji.

Obawiamy się własnego cienia. I to jak się obawiamy! Po cichu, za plecami szefa, nie zgadzamy się z nim. Jesteśmy bojowi, dzielni, stanowczy, mamy własne sądy i poglądy, jednak gdy znowu pojawia się, tracimy poprzednią elokwencję, kładziemy uszy po sobie i z podkulonym ogonem wracamy do roboty. Nie możemy powiedzieć szefowi, co o nim myślimy naprawdę, bo wylecimy na bruk, trafimy pod most, zejdziemy na psy.

Robota jest nisko płatna, lecz jest. To jej jedyny plus. Świadomość, że gdy zaczniemy podskakiwać bossowi, stracimy ją jak amen w pacierzu, studzi nam temperament. Pozbawienie pracy jest więc wypróbowanym hamulcem buntu. Ponieważ nie pracujemy tylko na własne konto; mamy rodziny, jesteśmy panami ich głodu lub sytości, opłacamy czynsz, kupujemy dzieciom buty na zimę.

Ludzi paraliżują upiory przeszłości. Obawiają się mieć własne zdanie na cokolwiek. Nawet bezpieczne mówienie o pogodzie już nie jest takie do końca bezpieczne, ponieważ komuś może się ono kojarzyć z bogaczami. No, a o bogaczach lepiej nie mówić, gdyż jedni są czyści jak łza, podczas gdy inni też, tyle że jak łza krokodyla.

Pozbyliśmy się cenzury widocznej. Pysznimy się tym i być może słusznie. Lecz do pokonania pozostała cenzura gorsza, bo niezauważalna. Wewnętrzna. Każdy na w sobie ostrzegawczy brzęczyk. Mentalny sygnał uruchamiający proces kalkulowania: opłaca się być wyrywnym, czy nie? Mieszkać w kartonie, czy w apartamencie? Służyć za czołobitną spluwaczkę, czy mieć odwagę cywilną?

Wydaje się, że jest to doskonała wymówka dla biernych. Usprawiedliwienie wygodnictwa. Nie możemy powiedzieć tego, co nas gnębi, męczy i spać nie daje, bo stracimy źródło utrzymania.

Czy tak być musi? Czy już nie starczy wazeliniarstwa, potakiwania wbrew sobie? Dlaczego, jak za paskudnych czasów komunizmu, premiujemy miernych, ale biernych? Dlaczego nie potrafimy żyć w zgodzie ze swoim sumieniem? Dlaczego bezustannie zgadzamy się na skompromitowanych polityków?

O ludziach występujących W MOIM IMIENIU

To polityczne ekipy dewastują dobre zdanie o moim narodzie, notorycznie potwierdzają stereotypy krążące o nas, utwierdzają inne narody w krzywdzącym przekonaniu, że jesteśmy zawistni, ksenofobiczni, zakompleksieni, że jesteśmy krajem latających teczek, ambicjonalnych sporów i sprzecznych decyzji, a zwłaszcza — nieuzgodnionych postępowań na arenie międzynarodowej.

Nie jesteśmy sami. Patrzy na nas nie tylko kogut Pana Twardowskiego, o czym wiedzą prawie wszyscy mieszkańcy naszego kraju. Oczywiście, poza elitami politycznymi.

Człowiek, który wypowiada się w MOIM imieniu, ma MOJĄ zgodę na przedstawianie MOICH poglądów. Z czego wynika, że zgody na wypowiadanie poglądów, z którymi się nie zgadzam, nie ma i jeżeli zamierza je głosić, powinien zaznaczyć, że mówi OD SIEBIE.

Rodziny się nie wybiera. „Wuj, to wuj”, jak mówił Roch Kowalski. Co oznacza, że krewny może być kanalią. Ale co począć z elitami mojego kraju, jak nie pozwolić robić z siebie durnia na szerszym forum?

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com