Krzysztof Łoziński: Jakiej Polski chcę (3)

10.07.2019

Prezentuję trzecią część mojego tekstu programowego „Jakiej Polski chcę”. Część pierwsza zawierała wstęp i omawiała edukację. Część druga omawiała zagadnienia służby zdrowia (od jej niedawnej publikacji nastąpiło kolejne tąpnięcie w katastrofie służby zdrowia – brak leków).

Dziś:

Rolnictwo

Od zakończenia drugiej wojny światowej do dziś, rolnicy są z jednej strony „ludem pracującym”, „przewodnią siłą narodu”, „żywią i bronią”, a z drugiej strony są najbardziej dyskryminowaną i lekceważoną warstwą ludności. Rolnicy mają w znacznym stopniu ograniczone prawa obywatelskie, a obowiązujące przepisy, wprawdzie nie wprost, stanowią, że rolnik ma być biedny, a jeśli nie, to napotka na szereg utrudnień.

Zacznijmy od zapisu konstytucyjnego. Art. 23. Konstytucji stanowi: „Podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne. […]” Co w praktyce znaczy, gospodarstwo biedne, małe. Niby nigdzie nie ma zapisu, że gospodarstwo rodzinne nie może prosperować, ale w praktyce bardzo trudno osiągnąć poziom wydajnego i nowoczesnego gospodarstwa tylko siłami rodziny.

Nie ma też jawnego ograniczenia, czy też zakazu działania innych form własności w rolnictwie, ale jest ustanowione szereg barier, na przykład dla spółek rolników, ale o tym dalej.

Mamy ustawowy zapis, że jeden właściciel nie może posiadać więcej niż 300 hektarów gruntów rolnych. Generuje to zjawisko kupowania dodatkowych areałów „na słupy”, którymi nie są, wbrew prawicowej propagandzie, „ludzie podstawieni przez Niemców”, tylko najczęściej członkowie rodzin bogatych polskich rolników. Według wyobrażeń większości naszych rodaków, zwłaszcza mieszczuchów, 300 hektarów to bardzo dużo, ale jeśli porównamy to z obszarami wielkich farm w innych krajach, sprawa wygląda inaczej.

Zastanawiam się, czemu to ograniczenie miało służyć, według jego pomysłodawców? W większości krajów gospodarki rynkowej zapobiega się raczej nadmiernemu rozdrabnianiu gospodarstw, a nie tworzeniu większych. Myślę, że chyba był to mit „obszarnika”, jako synonimu zła i „wyzyskiwacza”. Tylko obecnie nie ma to żadnego sensu. Dlaczego polski rolnik nie może mieć takiej farmy jak amerykański? Ziemi rolnej w Polsce nie brakuje. Raczej jest jej nadmiar.

Kolejne poważne ograniczenia wprowadziła pisowska ustawa o gruntach rolnych z 14 kwietnia 2016 roku. Pełne jej omówienie znajdzie czytelnik w mojej książce „Kłamstwo, krętactwo, destrukcja – trzy lata rządów PiS” (oraz w archiwum Studia Opinii: „Rekord świata bubla prawnego”). Dziś przypomnę tylko najważniejsze jej skutki.

Nabywcą ziemi rolnej powyżej jednego hektara może być tylko rolnik indywidualny, z wykształceniem rolniczym, z tej samej, lub ościennej, gminy, o ile od pięciu lat osobiście gospodarował na roli i będzie to osobiście robił przez kolejne 10 lat. Termin „osobiście” rozumiany jest dosłownie, czyli własnoręcznie, bez pracowników, bez spółki z innym rolnikiem.

Co to znaczy? To znaczy rolnik biedny, bo większego gospodarstwa nie da się obsłużyć „osobiście”. Poza tym ziemię może nabywać kościół i Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa. Zostawiono też furtkę korupcyjną: lokalny szef Agencji może zezwolić na kupno ziemi, bez żadnego kryterium, komu sprzedać. Czyli, „kto posmaruje, ten kupuje”.

Ustawodawcy nie kryli się z intencją stopniowego przejęcia całej ziemi rolnej w kraju przez Skarb Państwa i ostatecznie likwidacji jej prywatnej własności. Oficjalnie ustawa miała zapobiec masowemu wykupowi ziemi przez Niemców i innych cudzoziemców. W rzeczywistości takiego niebezpieczeństwa nie było (twierdzę, że to w ogóle nie jest „niebezpieczeństwo”). Skala zakupów ziemi rolnej przez obywateli Niemiec była znikoma, wahała się od 1,3 km kw. do 13 km kw. rocznie. W dodatku większość kupowanych nieruchomości to były małe działki z domami, a ci „straszni Niemcy”, to byli w większości Polacy z niemieckim obywatelstwem lub mieszane małżeństwa. W rezultacie w imię obrony przed nieistniejącym niebezpieczeństwem odebrano całej ludności wiejskiej, nie tylko rolnikom, znaczną część praw obywatelskich.

Mieszkaniec miasta może swobodnie dysponować swoją nieruchomością, a mieszkaniec wsi nie. Rolnik nie dostanie kredytu pod zastaw ziemi, bo bank nie może zrobić zapisu w hipotece, nie może jej przejąć, więc ziemia nie jest dla banku zabezpieczeniem. Mieszkaniec wsi, z tych samych powodów, nie dostanie kredytu hipotecznego i nie może zapisać swego majątku bankowi w zamian z dodatkową emeryturę (tzw. odwrócona hipoteka). Nawet w testamencie nie może zapisać ziemi i gospodarstwa, komu chce, bo i to ustawa reguluje. Nie może nawet zrobić darowizny na kogo chce (np. na jakąś fundację).

Spółki rolników, spółdzielnie, spółki prawa handlowego, nie mogą nabywać ziemi wcale. Skutek, jak napisałem: polski rolnik ma być biedny i już, o ile nie wzbogacił się wcześniej.

Dodatkowym skutkiem tych zmian prawnych jest poważny wzrost cen ziemi rolnej (logiczne: ustawowo zmniejszono podaż, więc cena wzrosła). W ten sposób nawet ta część ziemi rolnej, którą teoretycznie można kupić, stała się dla wielu rolników za droga.

Jest jeszcze jeden element dyskryminujący polskich rolników od bardzo dawna: KRUS. Miało to być dobrodziejstwem dla rolników, bo płacili bardzo małe składki emerytalne, ale skutkiem tego są bardzo niskie emerytury. Jest to problem znany od dawna, ale próby zmiany tego systemu napotykają na poważny opór. Najbardziej nieuczciwe jest postępowanie obecnych rządzących, którzy zamiast działań mogących poprawić los rolniczych emerytów, wykorzystują różnicę między ich sytuacją a sytuacją emerytów z ZUS-u, do szczucia na inne grupy zawodowe, a zwłaszcza na inteligencję.

Jak, moim zdaniem, powinno wyglądać polskie rolnictwo? Trzeba zasadniczo zmienić koncepcję. Zamiast barier niepozwalających rozwijać się dobrym gospodarzom, należy ich promować. Należy ułatwiać, a nie utrudniać, budowanie dużych, bogatych, nowoczesnych gospodarstw rolnych. Silne i nowoczesne gospodarstwo rolne znacznie lepiej poradzi sobie z problemami takimi jak zmiany klimatu (susza!), wahania cen, silna konkurencja. Oczywiście nie należy dla odmiany zwalczać małych gospodarstw, też im pomagać, ale w kierunku rozwoju, a nie konsumpcji.

Należy znieść wszystkie ograniczenia w handlu ziemią rolną, a zwłaszcza unieważnić ustawę o gruntach rolnych z 14 kwietnia 2016 roku. Ta ustawa jest wyłącznie szkodliwa (nawiasem mówiąc, niezgodna z konstytucją, bo różnicuje prawa obywatelskie w zależności od miejsca zamieszkania i zawodu). Ta ustawa, według propagandy, miała chronić rolników przed mitycznymi „Niemcami” i „Warszawiakami”, a w rzeczywistości rolników dyskryminuje. Przy okazji dyskryminuje niemal wszystkich mieszkańców wsi.

Oczywiście należy znieść to dziwne ograniczenie do 300 hektarów. W żadnej innej dziedzinie gospodarki nie stosuje się takich ograniczeń. Nikt na przykład nie mówi, że firma transportowa nie może mieć więcej samochodów, niż…, albo sklep nie może mieć więcej regałów, niż…

Należy wyprzedać prywatnym rolnikom całą ziemię rolną skarbu państwa. Poza jakimś ideologicznym hoplem ta ziemia nie jest państwu do niczego potrzebna (często jest w ogóle nieuprawiana). Otwarcie wyprzedaży ziemi z agencji rolnej oraz zniesienie ograniczeń w handlu ziemią, spowodują radykalny spadek cen gruntów rolnych. Jednocześnie skarb państwa na tym zarobi (co bardzo się przyda do łagodzenia skutków rozbuchanego rozdawnictwa).

Należy wspierać przechodzenie na nowocześniejsze formy produkcji rolnej, bardziej rentowne, mniej wrażliwe na kaprysy pogody (szklarnie, deszczownie…). O ile na skutek działań PiS-u nie utracimy całkiem dopłat dla rolnictwa z UE (co nam obecnie grozi), powinno się pomyśleć o innym rozłożeniu ich celów. Dziś mamy sporą grupę fikcyjnych rolników, którzy niczego nie produkują, ale żyją z dopłat za łąki (na których nic się nie dzieje, poza jednym skoszeniem w roku). Oczywiście z powodów społecznych nie można tym ludziom tych dopłat zabrać (to nie ich wina, że skorzystali z legalnej formy zarabiania na życie). Myślę, jednak o tym, czy nie lepiej zachęcać tych ludzi (np. wyższymi dopłatami) do zalesiania ich gruntów. Byłby z tego pożytek dla środowiska.

Należy przestać zwalczać GMO. Strach przed roślinami modyfikowanymi genetycznie nie ma żadnego uzasadnienia naukowego. Modyfikacje genetyczne pomogły rolnictwu wielu krajów wyjść z zacofania. Najbardziej znanym przykładem jest zielona rewolucja w Indiach, gdzie dzięki GMO zlikwidowano ostatecznie głód. Minęło od tej pory wiele lat i nie zanotowano żadnych negatywnych skutków tej metody, którymi straszyli co bardziej nawiedzeni „ekolodzy”. Ja odróżniam ekologię (naukę o środowisku) od „ekologii” (ideologicznego zlepka zabobonów wynikających z nieuctwa). Polska jest chyba jedynym (bo nie słyszałem o innym) krajem, w którym wymyślono nawet zakaz badań naukowych nad GMO.

Pamiętam sprzed kilku lat młodzieżową demonstrację w Warszawie przeciw GMO. Jako eksperci wystąpili tam: Michał Piróg, Edyta Herbuś i Doda. Wybaczcie państwo, ale profesorowie genetyki są dla mnie bardziej wiarygodnymi ekspertami. Rośliny modyfikowane tą metodą dają znacznie lepsze plony, zdrowsze owoce, są wolne od szeregu chorób roślin. Mimo ideologicznego oporu stosuje je coraz więcej krajów świata.

Wiem, że wrzucam kij w mrowisko, ale może mrowisko od tego nieco zmądrzeje.

Trzeba wreszcie coś zrobić z KRUS-em. Wiem, że nagła, całkowita zmiana tego systemu (podniesienie rolnikom składek emerytalnych) może spowodować bunt społeczny (Polak ciągle myśli raczej o tym, by teraz płacić mniej, a nie o tym, że może przez 30 lat mieć głodową emeryturę). Z kolei radykalne podniesienie, jednego dnia, emerytur rolniczych może być nie do wytrzymania dla budżetu, który i tak obecna władza traktuje, jak rozciągalną w nieskończoność gumę. Ale można by pomyśleć o rewaloryzacjach emerytur rolniczych według wyższego przelicznika i stopniowo doganiać emerytury z ZUS.

Trzeba pamiętać, że to nie jest wina tych ludzi, że płacili tak małe składki. Takie składki narzuciło im państwo. Innej możliwości nie mieli. Jest to przypadek dyskryminacji przez państwo całej grupy zawodowej, wprawdzie odziedziczony z PRL, ale minęło już 30 lat i nic z tym nie zrobiono.

Reasumując: chcę widzieć wielkie nowoczesne uprawy, wielkie szklarnie, wielkie hodowle, nowoczesny park maszynowy i bogatych rolników, a nie jedną krówkę „pancerną” pasioną patykiem w przydrożnym rowie i marne poletko z ziemniakami (ale z kapliczką). Tym się moja wizja różni do wizji PiS-u.

Ciąg dalszy nastąpi.

Krzysztof Łoziński

B. przewodniczący KOD

Fizyk, alpinista, mistrz sztuk walki. A także dziennikarz i działacz polityczny.

Autor o sobie

Poprzednie części:

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com