Piotr Topiński: Przywracanie rzekom wolności

10.07.2019

Zaproponowano mi, bym do tego pięknego tytułu dodał rozumny, edukacyjny tekst. To się nie da! Byłby to jednak fantastyczny, znakomity tytuł projektu inwestycyjnego składanego do Komisji Europejskiej. Tak seksowny, że pieniądze prawie już są.

Tyle tylko, że to bez sensu, bo raz ujarzmionej rzece nie da się niczego przywrócić. Rzeka raz zabetonowana zostanie zabetonowana do końca cywilizacji. Rzeka „uregulowana” będzie bowiem obrastała ludzką aktywnością, ludzką chciwością, ludzką głupotą i ludzkim brakiem wyobraźni.

Potem na „reekologizację” nie będzie pieniędzy.

Ostatnio zalało dolinę rzeki Biała Tarnowska. Tuż przed eurowyborami, więc słusznie zalało przez nieodpowiedzialną postawę totalnej opozycji; i odpowiedzialny rząd obiecał poprawę. 

Dzisiaj wiele można obiecać, ale już nie da się tu wiele zrobić. Podtopienia w związku ze zmianami klimatu będą coraz rzadsze, ale coraz gwałtowniejsze, susza coraz dotkliwsza, a smród dochodzący z rzeki coraz intensywniejszy, bo na coraz mniejszą ilość płynącej wody będzie odprowadzana stała ilość zanieczyszczeń.

I tak póki pustynia nie stanie się tu stałym elementem krajobrazu.

O rybkach, ptaszkach, bździongwach różnorakich nie wspominając.

Co jakiś czas rzeka się oczyści, ale wraz z zabudową „zurbanizowanej doliny”.

Sami sobie zgotowaliśmy taki los!

Udało mi się sporządzić wstęp do katastrofy… wykładem. To ilustracja 150 lat inwestowania bez wyobraźni. Można obejrzeć na YT … beznadzieja. I choć „robiom co mogom”, tej rzece nie da się już przywrócić wolności. To przykład, bo przekaz dotyczy wszystkich górskich rzek.

Oglądałem takie „uwolnione” rzeki w górzystej Europie. Przywrócenie im wolności polega tam na tym, że dotychczas płynęły prostym, zabetonowanym korytem a teraz płyną „wężykiem”. Też zabetonowanym, z czego tylko wynika, że na tak fantastycznych zleceniach znowu się utuczą firmy betoniarskie.

Nasze, rodzime też — też się im przecież coś należy!

Rzek jednak najlepiej nie ruszać, zostawić je w spokoju, w takim stanie, w jakim dotrwały do dzisiaj. Może, jak w Białej Tarnowskiej, lekko poprawiając. Tyle że na taki projekt raczej się pieniędzy nie znajdzie, więc nic z tego.

Przez wiele lat pisania i kłapania dziobem — jakoś nie jestem w stanie nikogo przekonać, że woda płynie z góry i przeważnie w dół, a w górze są góry, gdzie każda woda ma początek i jak się jej nie zatrzyma tam, gdzie spadnie, w górach właśnie, to na dole nie ma już co podskakiwać. A jak się podskakuje, to tanio to już nie wychodzi, a i skutki przeważnie wątpliwe.

Moi górale to już wiedzą i działki zagrożone wezbraniami sprzedają miastowym, dzięki czemu mają stałych klientów do remontów, pompowania wody z piwnic, budowania kolejnych fortyfikacji zabezpieczających fundamenty. Takie lokalne cwaniactwo się nazywa „sztuką zarządzania zasobami lokalnymi”. Lokalnymi, ale żeby tak globalnie, powszechnie odwadniać całe przestrzenie?

Tysiące, setki tysięcy kilometrów rowków wydłubanych z funduszy europejskich przy drogach, boiskach, miejskich, wiejskich, polnych i leśnych w każdej gminie… i mamy jak nigdy przedtem wysuszony krajobraz, a woda spływa nie tylko w czasie deszczu, ale również w czasie suszy z jeszcze zachowanych źródełek. Ani jedna kropla wody się nie ostanie!

Krajobrazy pełne zżółkniętej koniczyny i ciągle dziwię się, że ludzie się dziwią. Przecież ludzkość nie ma do dyspozycji innej wody niż deszczówka. Nawet ta głęboko schowana pod ziemią też kiedyś spadła z nieba!

Koło mnie budują autostradę a teren dość górzysty, więc raz pod górą, a potem przeciwnie i co kilkaset metrów dziurka na spływającą deszczówkę; a wokół dziurki wieś nigdy przed tym nie zalewana, a teraz po każdej burzy chałupy stoją w wodzie. I oczywiście nie wiadomo, dlaczego — a jak wiadomo, to przez globalne ocieplenie.

Na razie mamy suszę, ale jak w końcu deszcze, burze i nawałnice (odpukać) dopiszą, to już nie będzie gdzie uciekać, bo rowki, rowy, betonowe i nie tylko betonowe rynny, jak się zapełnią, jak przyspieszą przepływy, to spuszczą nam całą wodę prosto w dziób i nie będzie już jak złapać oddechu.

Spuszczą nie tylko dlatego, że są. Przede wszystkim dlatego, że izolują całą zieloną przestrzeń od dostawy wody i nie pozwalają jej wchłaniać ani parować. Nawet przy obfitych deszczach woda odpływa, więc też nie ma się co dziwić, że obszar wysycha!

Ale za to (na krótko i ponad miarę) zapełni się opodal jezioro żywieckie, któremu dotychczas wody nie brakowało, a teraz płynie wąską strużką i jeziora już nawet nie udaje. Bo cały obszar przesuszony, bo rowy, rowki, rynny odprowadzające wodę już wszystko, co mogły, odprowadziły i więcej nie ma! I nie będzie; a ponieważ woda w deficycie, to „służby” pracowicie wydłubują kolejne rynny, rynienki, by wodę choć trochę doprowadzić i im ją będą bardziej do jeziora doprowadzać, tym bardziej jej nie będzie. Jak w Kubusiu Puchatku.

A już spotkałem wielkiego autoryteta hydrologii, który twierdził, że to wszystko przez drzewa, które osuszają Beskidy, bo według tego utytułowanego gościa woda z nich paruje i ulega straceniu.

Newsweeku wywiad z kolejnym uczonym hydrologiem, który proponuje zabudowanie gór kolejnymi wielkimi zaporami, a uciążliwości tych, które już są, to oczywiście techniczne błędy przeszłości, które nie mają prawa się powtórzyć.

Przynajmniej zauważyli, że wodę trzeba zatrzymać w górze!

Bywają jednak i to dość często rozsądni hydrolodzy z dobrą wiedzą przyrodniczą, a jeden z nich w wykładzie porównał polską współczesną hydrologię do XIX-wiecznej medycyny, która w puszczaniu krwi dostrzegała uniwersalny sposób na rozwiązywanie wszelkich problemów.

Piotr Topiński

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com