WaszeR Londyński: Psuje

2019-07-15

Nie tak łatwo być władcą absolutnym w rojowisku wielobarwnym i nieskodyfikowanym według własnego widzimisię. Tym bardziej w Wielkim Chciejstwie Pisuarii, w pasie zwiększonej aktywności wszelakiej położonym. Zwłaszcza gdy się zdobyło pułap — i cóż, że psim swędem — dopiero co najwyżej półboga, a ma się apetyt na — nomen omen — tron Olimpu. No, w ostateczności, by nie za ostro zahaczyć o bluźnierstwo, na zostanie Najważniejszym Bytem w szczelinie między Bogiem a Kapitanem.

Może to nawet i lepiej z tym ukryciem w nieeksponowanym miejscu. Wiek wszak, a z nim kondycja fizyczna i bystrość umysłu nie takie już. Poza tym zawsze powołać się można i odpowiedzialność zrzucić na tego wyżej, a wszystkich pozostałych w dół, bez względu na rangę, mir społeczny i zasługi krótko przy mordzie. Ma działać jak swiss made watch. 

*

Wielu niepoprawnych kontestatorów zastanawiało się, dlaczego Sławoraj Czykański, zajmując tak wysoką pozycję, otacza się głównie wyjątkowo prymitywną menażerią: polityczną łobuzerią, bezmyślnym, niedouczonym tałatajstwem i jawnym wazeliniarstwem. Zależnie od sytuacji raz agresywnym, a raz uchachanym do rozpuku, ale w każdym przypadku niespotykanie potulnym. Ale, jak to w życiu, spostrzeżeń, dyskusji i konkluzji było multum, wszystkie niepozbawione sensu, wiele uzupełniających jedna drugą, a bywało nawet wzajemnie sobie przeczących. Głupi jak zwykle najbliżsi byli prawdy, rozgarnięci ledwie się o nią ocierali, a mędrcy brnęli w intelektualne ślepe zaułki, by na koniec ugrzęznąć w podmokłym gruncie własnych wywodów. Racjonalnych wniosków nie dało się uzgodnić. 

On jeden wiedział doskonale. On jeden poznał ich najdrobniejsze grzeszki, szwindle i wykroczenia poprzez pryzmat własnych smrodliwości i zamierzał tę wiedzę do cna wykorzystać, wiedząc, że nie będzie protestów. Dlatego rzucał to mięso polityczne do wykonania najbrudniejszej roboty. Dlatego też sam, niczym legendarny szczurołap z Hameln dzieci, wyboistą drogą doprowadzał niezaczadzonych na skraj przepaści. On jeden bowiem nosił serce przepełnione bólem a głowę omotaną pragnieniem.

Nie, żeby zaraz był to ból niedocenienia a pragnienie zemsty. Nie! On tylko pożądał dziejowej sprawiedliwości. Według jedynie słusznej, własnej projekcji.

Tyle i aż tyle.

I to był prawdziwy jego cel. Cel jego szaleństwa, jak twierdzili różni nieżyczliwi mu malkontenci i zazdrośnicy. Ci zaś wpatrzeni w niego bezkrytyczni czciciele zwali go w uniesieniu zbawcą lub ojcem narodu, lub też, od niedawna — z obca, ale zrozumiale dla świata — Sun-Papą. Pomimo że dla przeciwników politycznych to ostatnie było źródłem niestosownych skojarzeń i drwin. Jednak schlebiało mu to określenie i wypełniało tą niewidoczną dumą sprężającą do niebezpiecznego ciśnienia jego ego. Tyle przecież wiedział, że Słońce zawsze kojarzono z olbrzymią energią witalną. Nie był wyjątkiem w historii. Na długo przed nim wiedziało o tym również kilku innych uzurpatorów słonecznej tytułomanii. 

*

Postronnemu, acz bystremu obserwatorowi zdawać by się mogło, że kraina owa stała jedynym bogactwem naturalnym — wazeliną, ponieważ wydobywano ją wszędzie, z najgłębszych nawet pokładów. Przetwarzano w najwymyślniejszy sposób. Produkowano i wdrażano praktycznie we wszystkich dziedzinach życia. Polecano jako panaceum na wszelkie dolegliwości tak ciała, jak ducha. Okazała się w dodatku najdoskonalszym energetycznie i najtańszym napędem świata. Że mało ekologicznym, przymykano oko. Że kontrowersyjnym — tym bardziej.

Bogacono się bowiem niewyobrażalnie dzięki niej, ale i popadano w skrajną nędzę, z zachłanności. Z jakąż łatwością można było z jej pomocą osiągnąć szczyty hipokryzji lub dno bezwzględne odczłowieczenia. Lub też odwrotnie. Wazeliniarstwo stało się tu obowiązującym trendem. Wszystko to całkiem niedawno i niespodziewanie udowodnił i przedstawił światu z okazji pełnego jubileuszu Sun-papy aktywny inaczej profesor kilku uczelni, habilitowany socjolog kroczący dumnie w awangardzie krzyżowców przeciw unii, osiągając we własnej konstrukcji batyskafie dno nihilizmu moralnego.

Całkiem możliwe, że tak był pochłonięty owym wiekopomnym eksperymentem, że nie udała się misternie pleciona akcja szturmowej grupy zrobienia z niego konia trojańskiego w mateczniku wroga. A ponieważ ten pierwszy frontalny atak w postaci podrzucania kukułczych jaj również zakończył się całkowitą klapą, zdecydowano o wykrwawianiu przeciwnika za pomocą podjazdowej wojny partyzanckiej. 

*

Tymczasem w Pisuarii niezrażony pierwszymi wyjazdowymi niepowodzeniami Sun-Papa taplał się w błogostanie i zacierał z zadowolenia wydelikacone dłonie. Prawie wszystkie sprawy szły po jego myśli. Kwestią czasu było, kiedy brykną te oporne. Zaufana wszak parlamentarna czyścicielka, doświadczona w latach i praktyce panna Ksyria, choć nieparlamentarnie, ale skutecznie przecie, prała i maglowała wszystko w koło, w zacietrzewieniu nie omijając nawet tych bez zmazy poczętych, jeśli tylko popadli w niestosowne zwątpienie. Współdziałała z dotkniętym zespołem przegiętej pały, ale wyjątkowo jeszcze sprawnym Ramkiem Chcikuńskim, zasłużonym szefem tej zdewaluowanej do jarmarcznej wartości Wielkiej Izby. 

Miał Wielki Animator Sławoraj najlepszą trupę teatralną, jaką ta ziemia, do tej pory jakby pomijana przez Boga, kiedykolwiek nosiła. Najsprawniejszą. Sam był twórczym odkryciem ostatnich lat, płodząc dreszczowiec tysiąclecia — serial obyczajowy o naprawianiu świata buldożerami. I reżyserskim talentem, bez dwóch zdań, który niczym wieloręka bogini Kali poruszał wszystkimi figurami jednocześnie na bezkresnej szachownicy planu. I ekonomicznym dusigroszem żałującym kasy na renowację wartościowej starzyzny. I futurystą twardo osadzonym w gruncie, widzącym oczami wyobraźni błądzącymi po ziemi spalonej, jak promienne wieże strzelają z popiołów… 

Rozmarzył się ten nie do zastąpienia omnibus, pozbawione kapci stopy grzejąc o rozciągniętą przed fotelem kotkę. 

– Weźmy taki na przykład pocieszny Jerzdan Duad…  Śmieją się, że to jak wypadek przy pracy prestidigitatora — nie ten królik, z niewłaściwego kapelusza. Jednak awansem pierwsza i najważniejsza gęba firmująca wszelkie, bez względu na ich zgodność lub nie z prawem, zamierzenia Sun-Papy. Zupełnie bezwolny typ z lękiem wysokości posadzony zbyt dla niego wysoko. To, że kojarzony z najwyższą instancją praworządności krainy, to tylko marnej wartości bajeczny szczegół. Podpisze wszystko, nawet wyrok na siebie, bo nie doczyta wybudzony w porze najlepszego snu. 

– Mueszat Wiaromecki to już co innego… Lawirant koncertowy. Arcymistrz, aktualny szef Gabinetu Mistrzów. Arcyblagier również, choć marny erudyta. Bezkrytyczny powielacz Sun-Papowych myśli i karny wykonawca poleceń. Na boku i bez rozgłosu kręci własne lody, o które co rusz dopominają się łakomi żurnaliści drugiej kategorii. Urzędowi węszyciele zachowują zwyczajową wstrzemięźliwość. Zastąpił na stanowisku Abetę Ołdysz, bo ta raz rozlazła i płaczliwa, to znów krzykliwa histeryczka, nie dała się dłużej tolerować na szczycie władzy. Trochę z litości, bardziej z wyrachowania dano jej równorzędny stołek nicnierobienia. Od czasu do czasu wypychano na scenę dla przysłonięcia i ocieplenia atmosfery towarzyszącej różnym szwindlom. I dla tandetnych wodewilowych wystąpień, by kościółkowo-kuchenne kobiety poroniły jaką łezkę nad losem trędowatej. 
 

– Nie do ogarnięcia Inotan Cieremawicz… Podobno zalatujący wschodnim piżmem. Jeśli, to nie wyzywająco; całkiem porządny człek. I zasłużony działacz. Do niedawna Mistrz Demilitaryzacji. Miał dwie pasje: towarzystwo młodych mężczyzn, dla których był prowadzącym autorytetem i tropienie przyczyn niewyjaśnionych do końca, a zaistniałych w XX w., wypadków obiektów powietrznych, począwszy od przypadku tunguskiego w 1908 r. Kosztowne to i czasochłonne badania, ale zaowocowały nowatorskimi teoriami z dziedziny wojskowości. Po pierwsze, podstawowe i jedyne — w ekstremalnych sytuacjach zagrożenia w powietrzu lub wodzie nie ma wielkiej możliwości uratowania życia i sprzętu.

A jako że żołnierz z gruntu rzeczy nie jest istotą ze środowiska wodnego lub powietrznego, powinien twardo stąpać po ziemi. I tylko w takie bezpieczne i oszczędne wojska warto inwestować. Oczywiście jakieś bazy morskie i lotniska powinny istnieć, ale zakamuflowane i z nieliczną dyżurną obsadą. No i te mundury wojsk naziemnych — jak okiem sięgnąć zieleń wtopiona w naturalne barwy otoczenia, a z tysięcy gardeł gromkie pozdrowienie: Szacu-nek-Pa-nie-Mis-trzu! Wszystko by grało, żeby nie dzieciaczyska. Doniosła otóż przedwczoraj wzburzona Nana Besocka, że ich społeczne patrole Życie z Dekalogiem obserwują od jakiegoś czasu, że po podwórkach dzieciaki wymyśliły nową katastroficzną zabawę i w jej trakcie w pewnym momencie bachory zaczynają wydzierać się wniebogłosy: I-no-tan, i-dio-ta! I-no-tan, i-dio-ta!

W czym rzecz nie bardzo wiadomo. Ale podobno nikt nie chce grać roli tego poczciwego tropiciela. W fundacji zastanawiają się, ponieważ chodzi o przyjaciela ich Ojczulka i wielkiego darczyńcę, czyby nie zgłosić tego śledczym, a na antenie już propagują pilną potrzebę zreformowania edukacji również na tym najbardziej podstawowym poziomie, domowo-rodzinnym. Nie poddała się hojnie za swoją reformę wynagrodzona Nana Zlewaska, osłabiła bakalarski gang i zlikwidowała frywolność edukacyjną w szkolnictwie, to i z tym też się uda. 


Same kłopoty. Do pięt mi nie dorastacie, gamonie. Wiem, że zamiast dusić problemy w zarodku, knujecie, niektórzy z was, żeby mnie… Ale ja nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. A za lojalność i pracowitość potrafię nagrodzić, dobrze to wiecie. Najchętniej to bym was wszystkich dla świętego spokoju do San Escobar… Tylko kto wtedy będzie te brudy czyścił…? Robzio!! 

Tak, Zgniewib Robzio nie był łagodnym, jak inni barankiem. Był najzimniejszym chyba draniem z aspiracjami, najbardziej mściwym, w tej mającej mlekiem i miodem w bliżej nieokreślonej przyszłości płynąć krainie. Sam guru mógłby się draństwa od niego uczyć. Ale to Sławoraj Czykański był wielkim, nie tylko z wysokości niedostrzegalnego postumentu, a ten chłystek nieledwie oślizgłym gadem ledwo widocznym w poszyciu u stóp majestatu. I kiedy już przypełzł po bezpardonowym w przeszłości zgnojeniu go i kilku latach wygnania, kiedy wydusił z siebie skrzekliwą namiastkę błagalnego syku, dostał podwójny stolec dla większej wygody swojego niezbyt imponującego siedzenia. Bo wielkie było serce wodza i hojna jego ręka. I olbrzymia we włościach potrzeba posiadania oswojonego jadowitego gada na podorędziu. Został Mistrzem Niesprawiedliwości i Generalnych Sprokurowań. I w niespotykanym nigdzie tempie zabrał się za prostowanie obowiązującego prawodawstwa, chytrze poczynając od wypaczania ludzi prawa. Po godzinach pasjonat hodowli świń do podrzucania. Najlepiej nie spuszczać go z oczu. 

Sun-Papa wzdrygnął się i puścił coś szpetnego pod nosem wyrwany z kończącego się złym akcentem rozmarzenia rozdartym miauknięciem Fiony, którą pomylił z miękkim papuciem. – Koniec lenistwa, Fiona, do roboty! Najwyższy czas rozpisać dialogi na jutro. 

*

Czerstwiak z Gnójtonic z łatwością wpisał się w to towarzystwo. Za wieloletnie właściwe zaangażowanie osiągnął szczyt możliwości, lądując na pozycji pierwszego sługusa i żandarma w gabinecie Arcymistrza. Z odpowiednimi apanażami. I okazjami do forsowania niedorzeczności. A apetyt? Wiadomo…

Tymczasem nierzadko własną piersią musiał bronić sprawy i najważniejszych osób w państwie. I co rusz przeżywać ekscytujące déjà vu. Zadziwiające, jak wielu aktywnych towarzyszy budowania lepszego jutra, nie wykluczając tych jajogłowych profesorków, jakby znał z poprzedniego swego świata… Tylko że wtedy to oni zupełnie co innego wygadywali parobkom przed karczmą na gnójtonickim rynku… 

Dysponując takimi eskadrami niszczycieli śródlądowych, wchodzących w skład armady przyczajonej na cumach gdzieś w bezkresie interioru, w tworzonej tajnej bazie lotniczo-morskiej Rad Marina, Sławoraj Czykański  mógł bez obawy odkładać skiby trudności piętrzących się na drodze do hegemonii i kierować naprawianiem świata stworzonego tchnieniem Nieznanego, a przez tysiąclecia myślą ludzką i wysiłkiem zmienianego. 
*To zaledwie sygnał o garstce ważniejszych naprawiaczy czegokolwiek jakkolwiek. Mających o sobie wygórowane mniemanie lub wykorzystujących koniunkturę. Jest jeszcze wszędy rozsianych wielu takich nadaktywnych spełnionych habilitantów z zaprzepaszczoną szansą na rehabilitacje. Wielu nieuleczalnych doktorów i utytłanych bezprawników.  Partyjnych bombardierów.

I cała sfora nakręcanych ujadaczy gotowych do każdej podłości, za jaki bądź ekstra dodatek do pajdy chleba. Tak jak każda cywilizacja dożywa swego kresu, tak i kończy się wszelkie rozpoczęte życie. Nie każdy zdąży je rozliczyć, bodaj we własnym sumieniu, tym bardziej naprawić poczynione szkody. Odeszli pławiący się za życia w luksusach i bezkarności „słoneczni” Ludwik XIV i Nicolae Ceausescu. Nawet nasza dzienna gwiazda kiedyś zgaśnie. Tak to trudno zrozumieć? 

WaszeR Londyński 

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com