Bogdan Miś: To przecież nie faszyzm…

20.08.2019

To zdjęcie, autor: Nieznany autor, licencja: CC BY-SA

Pytanie o istnienie w dzisiejszej Polsce elementów faszyzmu powraca oraz częściej. Pojawiło się jakoś tak nieśmiało i półgębkiem za „pierwszego PiS-u”; stawiających je częściej wówczas wyśmiewano, niż przyjmowano ich słowa za dobrą monetę. Histeria, przesada – mówiono, gdy przywoływano podobieństwa do sytuacji opisanych przez Carlo Schmidta albo dopatrywano się analogii do obyczajowości nazistowskiej w debiutujących wówczas marszach nacjonalistów z pochodniami i skandowaniem. Przecież nie skandują „Sieg heil” – mówiono, tylko „Bóg, honor, Ojczyzna”; a to wszak zupełnie, ale to zupełnie co innego.

Minęły lata. Nastał „drugi PiS”. I już się z ostrzegających przed faszyzmem raczej nikt rozsądny nie śmieje; co najwyżej mówi, że jeszcze przecież obozów zagłady ani sądów ludowych nie ma i za samą przynależność do opozycji jakoś nie zamykają. Nawet Berezy Kartuskiej nie ma.

Nie ma w Polsce faszyzmu. Gdyby był, jacyś SA-mani wszak już by byli w redakcji Onetu, broniąc honoru genosse P. To prawda. I nie napiszę „jeszcze prawda”, bo to byłby za łatwy chwyt retoryczny.

Po prostu proponuję, byśmy się wspólnie zastanowili nad definicją.

A to nie jest łatwe, bo definicja faszyzmu jest niezupełnie ostra. Nie chce mi się obciążać uwagi czytelnika zbyt obszernymi cytatami (choć kilku nie uniknę), więc proszę mi uwierzyć na słowo, albo sprawdzić samemu: co encyklopedia, to nieco inne podejście. Albo dzielenie włosa na czworo i bawienie się w rozróżnianie faszyzmu włoskiego od hitleryzmu, dyktatury Salazara w Portugalii, frankizmu w Hiszpanii czy „katolickiego faszyzmu” księdza Tiso w Słowacji. Albo tu nacisk na to, tam na co innego.

Jeśli przyjmiemy taki punkt widzenia, to rzeczywiście nie ma co mówić o faszyzmie; zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że tu czy tam było inaczej, więc u nas to nie. U nas nie ma mowy.

Przypomnę zatem opinię pisarza i filozofa włoskiego, słynnego Umberto Eco. W znanym tekście wymienił on 14 cech charakterystycznych faszyzmu. Lubię to podejście, od niego więc zacznijmy. Oto te cechy:

1) Brak miejsca na rozwój wiedzy (tradycjonalizm).

2) Odrzucenie modernizmu, irracjonalizm.

3) Kult działania dla samego działania, podejrzliwy stosunek do świata intelektualnego.

4) Uznawanie odmiennych poglądów za przejaw zdrady.

5) Rasizm.

6) Szukanie poparcia przede wszystkim u sfrustrowanych klas średnich.

7) Nacjonalizm, wiara w teorie spiskowe.

8) Postrzeganie wrogów jednocześnie jako nadzwyczajnie silnych i nadzwyczajnie słabych.

9) Uznawanie, że pacyfizm jest równoznaczny z brataniem się z wrogiem, i postrzeganie ludzkiego życia jako wiecznej walki.

10) Pogarda dla słabych.

11) Kult śmierci.

12) Kult męskości, czyli lekceważący stosunek do kobiet i bezwzględne prześladowanie wszelkich niekonformistycznych skłonności seksualnych.

13) Przekonanie, że jednostka praw jako takich nie ma, połączone z wyobrażaniem sobie narodu jako monolitu wyrażającego wspólną wolę.

14) Nowomowa.

Nie będę wykazywał punkt po punkcie, które z tych cech bez trudu odnajdziemy w otaczającej nas polskiej rzeczywistości. Moim zdaniem — wszystkie, co do jednej. W różnym stopniu oczywiście. Niekoniecznie na końcu odpowiedniej skali; czasem całkiem blisko jej początku. Ale są.

Koń, jaki jest, każdy widzi — powiada klasyk. Zatem proszę mi na przykład triumfalnie nie obwieszczać, że przecież choćby nowomowa — to termin opisujący sposób mówienia aparatczyków ustroju słusznie minionego, więc do kaczyzmu (pisizmu, czy jak tam kto chce to paskudztwo nazwać) nie pasuje. Posłuchajcie tego ich gadania o „dobrej zmianie” albo tego zwracania się do „Polek i Polaków” i nie zawracajcie mi głowy: nie o słowa tej piosenki tu chodzi, tylko o jej melodię. Dziwnie podobną do „Die Fahne hoch…”, jeśli wam to coś mówi.

Zostawmy rozważania Eco.

Gdy zajrzymy do encyklopedii, znajdziemy jeszcze parę cech, którym warto poświęcić uwagę. Przede wszystkim mam tu na myśli osławioną „zasadę wodzostwa”, orzekającą, że przywódca jest ostatecznym autorytetem i omnipotentnym decydentem. Choćby był „prostym posłem”.

Po drugie — kult silnego państwa, połączony ze skrajnym nacjonalizmem. Wedle faszystów — naród i państwo stanowią integralną całość, stąd coś Czytelnikowi powinna powiedzieć widoczna tu i teraz otwarta niechęć do jakichkolwiek organizacji ponadnarodowych; choćby do „bezbożnej Unii Europejskiej” czy wręcz „Jewropy”, jak co szczersi prawicowcy powiadają, ujawniając przy okazji swój rasizm.

Widoczny zresztą także w niedawnym sporze o imigrantów, dziś w retoryce „zwykłego posła” i jego kumpli zastąpionych przez odmieńców seksualnych; oczywiście zastąpionych tylko dlatego, że żadni „roznoszący zarazki” imigranci jakoś się nie chcą nad Wisłą pojawiać, natomiast ludzi o innych upodobaniach erotycznych nie zabraknie mocą samej genetyki nigdy. No i zawsze będzie można wmawiać ubogim duchem majaczenia o skuteczności i niebezpieczeństwach homopropagandy…

Włoski faszyzm, a potem hitleryzm

głosił pełen nienawiści program negacji wersalskiego ładu politycznego w Europie, zwracając się przeciwko liberalizmowi i demokracji, pluralizmowi partyjnemu i parlamentaryzmowi, a także kapitalizmowi i bolszewizmowi. Podkreślał, że liberalizm i wiążący się z nim indywidualizm doprowadziły do zagubienia zasady dobra ogólnego, które znaczy więcej niż suma interesów jednostek.

Encyklopedia PWN.

Czy niczego to państwu nie przypomina? No, faktycznie: wtedy wszak nie wołano, kto będzie wisiał na drzewach zamiast liści. Ale liberałów, wówczas jeszcze bez straszliwego przedrostka „neo” nienawidzono już wtedy. No i teraz otwartym tekstem mówi się o wyższości „głosu ludu” nad jakimiś wymyślonymi przez zdegenerowaną kastę jajogłowych prawami…

Jeszcze jeden cytacik encyklopedyczny.

Faszyzm nie stworzył zamkniętej ani tym bardziej spójnej teorii, nie starał się o naukowy wykład swoich twierdzeń, ani nawet o pełny rejestr wartości, które uznawał; głosił pogardę dla intelektualnego wysiłku. W Niemczech A. Hitler do końca odmawiał skodyfikowania zasad „narodowosocjalistycznego światopoglądu”, a Mussolini dopiero 1932 zadecydował o spisaniu zasad, którymi kierował się on i jego ruch. Faszyzm chciał być ideologią „czynu”, chełpił się swą dynamiką, obiecywał przywrócenie Włochom statusu mocarstwa, a ludziom godne życie w walce z wrogami, zarówno zewnętrznymi, jak i wewnętrznymi. Doceniał też siłę „ducha”: Mussolini w pracy Doktryna faszyzmu żądając dla faszyzmu „całego człowieka”, obwieszczał, że faszyzm to nie tylko „system rządzenia”, ale i „system myślenia”, czyli filozofia niepoddająca się jakiejkolwiek weryfikacji.

Ideologia faszyzmu nie gardziła demagogią społeczną, głosząc kres panowania wielkiego kapitału. Już w roku 1919 sformułowano program socjalny, zapewniający m.in. 8-godzinny dzień pracy, minimalną płacę, opiekę socjalną i działania zmierzające do likwidacji chorób społecznych. Formułując hasła socjalistyczne poszukiwano kontaktu z masami; w miarę umacniania się systemu Mussolini — podobnie jak Hitler w Niemczech — stopniowo odchodził od planów przekształceń gospodarczo-społecznych, szukając rozwiązania kwestii socjalnej w realizowaniu programu imperialnego.

Naprawdę niczego podobnego wokół nas nie widać?

Jeszcze więc tylko państwu przypomnę, że faszyści uwielbiali politykę historyczną, a samą historię bez skrupułów naginali do doraźnych potrzeb propagandowych.

Mussolini był początkowo stylizowany na „dziedzica” polityki Oktawiana Augusta, następnie zaś na jego wcielenie. Duce potrafił w doskonały sposób zaadoptować starożytny nośnik propagandy, jakim były monety. W epoce antyku mennice cesarskie, podporządkowane całkowicie woli panującego, dostarczały społeczeństwu krótkie, jednoznaczne komunikaty, zawarte najczęściej na rewersie monet. Dzięki temu władcy docierali ze swą „ideologią władzy”, do wszystkich niemal warstw, sfer i grup społeczeństwa. Nowożytnym odpowiednikiem monet stały się serie filatelistyczne. Zachowywały one przy tym antyczną tematykę i formę. Mussolini bardzo chętnie korzystał z tego nośnika dla przekazywania komunikatów podkreślających podobieństwa między jego rządami, a panowaniem cesarza. Doskonałą ku temu okazję stanowiły dwutysięczne obchody urodzin Augusta i ludzi z jego otoczenia, które przypadały na lata po 1930 roku. To tutaj.

Aha: niektórzy Czytelnicy zauważą zapewne, że kilku wymienionych wyżej cech faszyzmu można się dopatrzyć również w innych, dawniejszych nieco systemach ustrojowych w naszym kraju. Owszem, można. Trzeba by jednak zacząć dokładnie liczyć te cechy. Sam uważam, że występowały one w mniejszej liczbie i mniejszej intensywności.

Dziś jest tego dobra stanowczo za dużo. A w każdym razie dostatecznie dużo, żeby podnosić alarm.

Bogdan Miś

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com