20.08.2019

Pytanie o istnienie w dzisiejszej Polsce elementów faszyzmu powraca oraz częściej. Pojawiło się jakoś tak nieśmiało i półgębkiem za „pierwszego PiS-u”; stawiających je częściej wówczas wyśmiewano, niż przyjmowano ich słowa za dobrą monetę. Histeria, przesada – mówiono, gdy przywoływano podobieństwa do sytuacji opisanych przez Carlo Schmidta albo dopatrywano się analogii do obyczajowości nazistowskiej w debiutujących wówczas marszach nacjonalistów z pochodniami i skandowaniem. Przecież nie skandują „Sieg heil” – mówiono, tylko „Bóg, honor, Ojczyzna”; a to wszak zupełnie, ale to zupełnie co innego.
Minęły lata. Nastał „drugi PiS”. I już się z ostrzegających przed faszyzmem raczej nikt rozsądny nie śmieje; co najwyżej mówi, że jeszcze przecież obozów zagłady ani sądów ludowych nie ma i za samą przynależność do opozycji jakoś nie zamykają. Nawet Berezy Kartuskiej nie ma.
Nie ma w Polsce faszyzmu. Gdyby był, jacyś SA-mani wszak już by byli w redakcji Onetu, broniąc honoru genosse P. To prawda. I nie napiszę „jeszcze prawda”, bo to byłby za łatwy chwyt retoryczny.
Po prostu proponuję, byśmy się wspólnie zastanowili nad definicją.
A to nie jest łatwe, bo definicja faszyzmu jest niezupełnie ostra. Nie chce mi się obciążać uwagi czytelnika zbyt obszernymi cytatami (choć kilku nie uniknę), więc proszę mi uwierzyć na słowo, albo sprawdzić samemu: co encyklopedia, to nieco inne podejście. Albo dzielenie włosa na czworo i bawienie się w rozróżnianie faszyzmu włoskiego od hitleryzmu, dyktatury Salazara w Portugalii, frankizmu w Hiszpanii czy „katolickiego faszyzmu” księdza Tiso w Słowacji. Albo tu nacisk na to, tam na co innego.
Jeśli przyjmiemy taki punkt widzenia, to rzeczywiście nie ma co mówić o faszyzmie; zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że tu czy tam było inaczej, więc u nas to nie. U nas nie ma mowy.
Przypomnę zatem opinię pisarza i filozofa włoskiego, słynnego Umberto Eco. W znanym tekście wymienił on 14 cech charakterystycznych faszyzmu. Lubię to podejście, od niego więc zacznijmy. Oto te cechy:
1) Brak miejsca na rozwój wiedzy (tradycjonalizm).
2) Odrzucenie modernizmu, irracjonalizm.
3) Kult działania dla samego działania, podejrzliwy stosunek do świata intelektualnego.
4) Uznawanie odmiennych poglądów za przejaw zdrady.
5) Rasizm.
6) Szukanie poparcia przede wszystkim u sfrustrowanych klas średnich.
7) Nacjonalizm, wiara w teorie spiskowe.
8) Postrzeganie wrogów jednocześnie jako nadzwyczajnie silnych i nadzwyczajnie słabych.
9) Uznawanie, że pacyfizm jest równoznaczny z brataniem się z wrogiem, i postrzeganie ludzkiego życia jako wiecznej walki.
10) Pogarda dla słabych.
11) Kult śmierci.
12) Kult męskości, czyli lekceważący stosunek do kobiet i bezwzględne prześladowanie wszelkich niekonformistycznych skłonności seksualnych.
13) Przekonanie, że jednostka praw jako takich nie ma, połączone z wyobrażaniem sobie narodu jako monolitu wyrażającego wspólną wolę.
14) Nowomowa.
Nie będę wykazywał punkt po punkcie, które z tych cech bez trudu odnajdziemy w otaczającej nas polskiej rzeczywistości. Moim zdaniem — wszystkie, co do jednej. W różnym stopniu oczywiście. Niekoniecznie na końcu odpowiedniej skali; czasem całkiem blisko jej początku. Ale są.
Koń, jaki jest, każdy widzi — powiada klasyk. Zatem proszę mi na przykład triumfalnie nie obwieszczać, że przecież choćby nowomowa — to termin opisujący sposób mówienia aparatczyków ustroju słusznie minionego, więc do kaczyzmu (pisizmu, czy jak tam kto chce to paskudztwo nazwać) nie pasuje. Posłuchajcie tego ich gadania o „dobrej zmianie” albo tego zwracania się do „Polek i Polaków” i nie zawracajcie mi głowy: nie o słowa tej piosenki tu chodzi, tylko o jej melodię. Dziwnie podobną do „Die Fahne hoch…”, jeśli wam to coś mówi.
Zostawmy rozważania Eco.
Gdy zajrzymy do encyklopedii, znajdziemy jeszcze parę cech, którym warto poświęcić uwagę. Przede wszystkim mam tu na myśli osławioną „zasadę wodzostwa”, orzekającą, że przywódca jest ostatecznym autorytetem i omnipotentnym decydentem. Choćby był „prostym posłem”.
Po drugie — kult silnego państwa, połączony ze skrajnym nacjonalizmem. Wedle faszystów — naród i państwo stanowią integralną całość, stąd coś Czytelnikowi powinna powiedzieć widoczna tu i teraz otwarta niechęć do jakichkolwiek organizacji ponadnarodowych; choćby do „bezbożnej Unii Europejskiej” czy wręcz „Jewropy”, jak co szczersi prawicowcy powiadają, ujawniając przy okazji swój rasizm.
Widoczny zresztą także w niedawnym sporze o imigrantów, dziś w retoryce „zwykłego posła” i jego kumpli zastąpionych przez odmieńców seksualnych; oczywiście zastąpionych tylko dlatego, że żadni „roznoszący zarazki” imigranci jakoś się nie chcą nad Wisłą pojawiać, natomiast ludzi o innych upodobaniach erotycznych nie zabraknie mocą samej genetyki nigdy. No i zawsze będzie można wmawiać ubogim duchem majaczenia o skuteczności i niebezpieczeństwach homopropagandy…
Włoski faszyzm, a potem hitleryzm
głosił pełen nienawiści program negacji wersalskiego ładu politycznego w Europie, zwracając się przeciwko liberalizmowi i demokracji, pluralizmowi partyjnemu i parlamentaryzmowi, a także kapitalizmowi i bolszewizmowi. Podkreślał, że liberalizm i wiążący się z nim indywidualizm doprowadziły do zagubienia zasady dobra ogólnego, które znaczy więcej niż suma interesów jednostek.
Czy niczego to państwu nie przypomina? No, faktycznie: wtedy wszak nie wołano, kto będzie wisiał na drzewach zamiast liści. Ale liberałów, wówczas jeszcze bez straszliwego przedrostka „neo” nienawidzono już wtedy. No i teraz otwartym tekstem mówi się o wyższości „głosu ludu” nad jakimiś wymyślonymi przez zdegenerowaną kastę jajogłowych prawami…
Jeszcze jeden cytacik encyklopedyczny.
Faszyzm nie stworzył zamkniętej ani tym bardziej spójnej teorii, nie starał się o naukowy wykład swoich twierdzeń, ani nawet o pełny rejestr wartości, które uznawał; głosił pogardę dla intelektualnego wysiłku. W Niemczech A. Hitler do końca odmawiał skodyfikowania zasad „narodowosocjalistycznego światopoglądu”, a Mussolini dopiero 1932 zadecydował o spisaniu zasad, którymi kierował się on i jego ruch. Faszyzm chciał być ideologią „czynu”, chełpił się swą dynamiką, obiecywał przywrócenie Włochom statusu mocarstwa, a ludziom godne życie w walce z wrogami, zarówno zewnętrznymi, jak i wewnętrznymi. Doceniał też siłę „ducha”: Mussolini w pracy Doktryna faszyzmu żądając dla faszyzmu „całego człowieka”, obwieszczał, że faszyzm to nie tylko „system rządzenia”, ale i „system myślenia”, czyli filozofia niepoddająca się jakiejkolwiek weryfikacji.
Ideologia faszyzmu nie gardziła demagogią społeczną, głosząc kres panowania wielkiego kapitału. Już w roku 1919 sformułowano program socjalny, zapewniający m.in. 8-godzinny dzień pracy, minimalną płacę, opiekę socjalną i działania zmierzające do likwidacji chorób społecznych. Formułując hasła socjalistyczne poszukiwano kontaktu z masami; w miarę umacniania się systemu Mussolini — podobnie jak Hitler w Niemczech — stopniowo odchodził od planów przekształceń gospodarczo-społecznych, szukając rozwiązania kwestii socjalnej w realizowaniu programu imperialnego.
Naprawdę niczego podobnego wokół nas nie widać?
Jeszcze więc tylko państwu przypomnę, że faszyści uwielbiali politykę historyczną, a samą historię bez skrupułów naginali do doraźnych potrzeb propagandowych.
Mussolini był początkowo stylizowany na „dziedzica” polityki Oktawiana Augusta, następnie zaś na jego wcielenie. Duce potrafił w doskonały sposób zaadoptować starożytny nośnik propagandy, jakim były monety. W epoce antyku mennice cesarskie, podporządkowane całkowicie woli panującego, dostarczały społeczeństwu krótkie, jednoznaczne komunikaty, zawarte najczęściej na rewersie monet. Dzięki temu władcy docierali ze swą „ideologią władzy”, do wszystkich niemal warstw, sfer i grup społeczeństwa. Nowożytnym odpowiednikiem monet stały się serie filatelistyczne. Zachowywały one przy tym antyczną tematykę i formę. Mussolini bardzo chętnie korzystał z tego nośnika dla przekazywania komunikatów podkreślających podobieństwa między jego rządami, a panowaniem cesarza. Doskonałą ku temu okazję stanowiły dwutysięczne obchody urodzin Augusta i ludzi z jego otoczenia, które przypadały na lata po 1930 roku. To tutaj.
Aha: niektórzy Czytelnicy zauważą zapewne, że kilku wymienionych wyżej cech faszyzmu można się dopatrzyć również w innych, dawniejszych nieco systemach ustrojowych w naszym kraju. Owszem, można. Trzeba by jednak zacząć dokładnie liczyć te cechy. Sam uważam, że występowały one w mniejszej liczbie i mniejszej intensywności.
Dziś jest tego dobra stanowczo za dużo. A w każdym razie dostatecznie dużo, żeby podnosić alarm.
Bogdan Miś

Nazwy są mylące. Jeżeli gdzieś pojawiła się jakaś forma zła to nadaje się jej nazwę, np. faszyzm, a potem przy jakimkolwiek podobieństwie sytuacji powiela się tę nazwę. Dam przykład.
System panujący w Korei Północnej nazywa się komunistycznym, podobnie nazywano tak system w Kambodży za rządów Czerwonych Khmerów. Ale to tylko przyjęcie przez rządzących pewnych elementów ideologii komunistycznej i określeń. Ograniczenie praw obywateli, terroryzm państwowy są typowe dla wielu ustrojów i systemów, ale nikt nie nazwał tego co się działo w Chile za Pinocheta komunizmem, więcej – czczono Pinocheta, bo zwalczał wszelkich lewicowców, mimo że stosował takie same metody jak bolszewicy.
Podobnie działania Kościoła katolickiego – Inkwizycję, mordowanie heretyków, innowierców i „nawracanych” ludów nie można nazwać chrześcijaństwem tylko dlatego że Kościół czyniąc to odwoływał się do nauk Jezusa.
Idee chrześcijaństwa czy komunizmu są piękne, ale metody stosowane przez wyznawców religii i ideologii daleko odeszły od nauk ich założycieli, są wręcz ich zaprzeczeniem. Często w imię religii i ideologii popełnia się zbrodnie, przywołując piękne, szlachetne nauki.
Sądzę że ważne jest to co robią źli ludzie, niż to co głoszą. Można powtórzyć za Jezusem: po owocach ich poznacie.
Dlaczego takie działania są skuteczne i narody ulegają złym ludziom? Bo ludzie są durni i bierni i łatwo ulegają podbechtywaniu i kłamstwu. W książce Swietłany Aleksijewicz „Czasy secondhand” jest m.in. relacja Ormianki żyjącej kiedyś w Azerbejdżanie. To było wspaniałe współżycie wielu narodowości, wspólne obchodzenie świąt, życzliwość, mieszane małżeństwa. I w pewnym momencie nastąpił podział i wczorajsi przyjaciele zaczęli się mordować w bestialski sposób. Brat zamordował siostrę, bo miała męża innej narodowości – a jeszcze niedawno wszyscy oni się przyjaźnili. Sąsiedzi – wczorajsi przyjaciele – polowali na swoich przyjaciół innej narodowości. Podobne rzeczy działy się nie tak dawno w Jugosławii.
U nas mamy nadmiar epitetów. Politycy obrzucają się oskarżeniami o komunizm, rozumiejąc pod tym określeniem najgorsze zło. W ogóle lewicowość ma złe konotacje, oskarżenie partii o „skręt w lewo” oznacza że zaraz jutro zlikwiduje ona własność prywatną i rządzić będzie tajna policja. Ale grozi nam to, że oskarżyciele właśnie tak postąpią, wmawiając nam że to konieczne dla naszego dobra i ochrony przed „komunizmem”. Ministerstwo tajnej policji u Orwella nazywało się Ministerstwem Miłości. Kpiąco brzmi nazwa „dobra zmiana”, bo nie przynosi ona dobra.
Źli ludzie będą bronili się przed określaniem ich jako faszystów. Tak jak w tej anegdocie o wyspie ludożerców. Kiedy podróżnicy pytali tubylców, czy są u nich jacyś ludożercy, ci odpowiedzieli: – Nie ma, ostatniego zjedliśmy w zeszłym miesiącu.
Co zdziałały i jak skończyły faszystowskie Włochy i Niemcy wszyscy wiemy. Miały też swoje pozytywne osiągnięcia cywilizacyjne. Od starszego, prostego Niemca kiedyś usłyszałem wielce pozytywną opinię o dokonaniach socjalnych i gospodarczych rządu Hitlera, który w pamięci jego rodaków byłby pewnie do dzisiaj szanowanym i wielbionym Wielkim Przywódcą. Ów Niemiec z goryczą twierdził, że Hitler wszystko zaprzepaścił awanturą wojenną. Obawiam się, że wiele polskich głów dzisiaj, podobnie jak ów Niemiec, również nie zaprząta sobie uwagi niezrozumiałymi detalami – społeczeństwem obywatelskim, kapitałem społecznym, demokratycznym państwem prawa, pluralizmem światopoglądowym i ogólnie wykluczeniem (rasizmem, homofobią, fanatyzmem religijnym). Myślę, że wspomniany Salazar mógłby służyć za bardziej trzeźwiący przykład. Polacy coraz liczniej odwiedzają Maderę, znaną naszym patriotom z pomnika Piłsudskiego w stołecznym Funcial. Na Maderze właśnie widać jak na dłoni skutki 40. letnich rządów Salazara. Od zamożności lat 20. do nędzy lat 70. Ale cały czas „Wielka” Portugalia „wstawała z kolan” wysyłając swoje wojska na zagraniczne wojny i tłumiąc powstania w swoich koloniach (stricte rasistowskich). Kościół i religia katolicka były fundamentem porządku społecznego. Czytając o Estado Novo trudno nie dostrzec wyraźnych paraleli z państwem PiSu. Tylko, że to było 100 lat temu!!
Z punktem pierwszym u Eco trzeba by pewnie zapytać Bohra jak to było z Heisenbergiem i Heisenberga jak z Bohrem, także tu moglibyśmy mieć problem, wprawdzie fizykę kwantową już Niemcy wtedy machnęły no ale potem ten cały projekt Manhattan i te rakiety, lepiej nie wnikać (a swoją ścieżką słyszałem, że fizyka kwantowa dalej u nas na wiosce popularna). Dziewiątka podpada mi pod marksizm, trzynastka wprawdzie lepiej pod chińczyków ale i o volksgemeishaft już tu wam pisałem, chociaż tak sobie myślę, że takie np. koalicje od wiosny do jesieni to też taki jakby volksgemeinshaft był, nieprawdaż ?
No ale nikt nie mówił, że będzie łatwo – narodzić się lewicy.
Szkoda, że PIRS zrezygnował z komentarza. Nawiązanie do znakomitego wyczucia Orwella, który bezbłędnie odczytał instrumentalne użycia języka przez polityków, pasowało wybornie do artykułu. Mózgi mamy wytrenowane przez różne propagandy i to jest nasza odpowiedzialność, żeby się otrząsnąć i nazwom przywrócić ich właściwe, merytoryczne znaczenie. Szczególnie teraz, w zalewie populizmu. Bardzo potrzebny tekst pana Redaktora.
Dzieją się dziwne rzeczy. Pierwszy wpisałem swój komentarz , ale po chwili zniknął. Wpisałem go jako odpowiedź na tekst pana Głuszka i znowu po chwili zniknął. Poproszę Bogdana żeby go wpisał.
No to raz jeszcze komentarz.
Nazwy są mylące. Jeżeli gdzieś pojawiła się jakaś forma zła to nadaje się jej nazwę, np. faszyzm, a potem przy jakimkolwiek podobieństwie sytuacji powiela się tę nazwę. Dam przykład.
System panujący w Korei Północnej nazywa się komunistycznym, podobnie nazywano tak system w Kambodży za rządów Czerwonych Khmerów. Ale to tylko przyjęcie przez rządzących tam pewnych elementów ideologii komunistycznej i określeń. Ograniczenie praw obywateli, terroryzm państwowy, prześladowanie opozycji są typowe dla wielu ustrojów i systemów, ale nikt nie nazwał tego co się działo w Chile za Pinocheta komunizmem, więcej – czczono Pinocheta, bo zwalczał wszelkich lewicowców, mimo że stosował takie same metody jak bolszewicy.
Podobnie działania Kościoła katolickiego – Inkwizycję, mordowanie heretyków, innowierców i „nawracanych” ludów nie można nazwać chrześcijaństwem tylko dlatego że Kościół czyniąc to odwoływał się do nauk Jezusa.
Idee chrześcijaństwa czy komunizmu są piękne, ale metody stosowane przez wyznawców religii i ideologii daleko odeszły od nauk ich założycieli, są często wręcz ich zaprzeczeniem. Nie raz w imię religii i ideologii popełnia się zbrodnie, przywołując piękne, szlachetne nauki.
Sądzę że ważniejsze jest to co robią źli ludzie, niż to co głoszą. Można powtórzyć za Jezusem: po owocach ich poznacie.
Dlaczego takie działania są skuteczne i narody ulegają złym ludziom? Bo ludzie są durni i bierni i łatwo ulegają podbechtywaniu i kłamstwu. W książce Swietłany Aleksijewicz „Czasy secondhand” jest między innymi relacja Ormianki żyjącej kiedyś w Azerbejdżanie. To było wspaniałe współżycie wielu narodowości, wspólne obchodzenie świąt, życzliwość, mieszane małżeństwa. I w pewnym momencie nastąpił podział i wczorajsi przyjaciele zaczęli się mordować w bestialski sposób. Brat zamordował siostrę, bo miała męża innej narodowości – a jeszcze niedawno wszyscy oni się przyjaźnili. Sąsiedzi – wczorajsi przyjaciele – polowali na swoich przyjaciół innej narodowości czy wiary. Podobne rzeczy działy się nie tak dawno w Jugosławii.
U nas mamy nadmiar epitetów. Politycy obrzucają się oskarżeniami o komunizm, rozumiejąc pod tym określeniem najgorsze zło. W ogóle lewicowość ma złe konotacje, oskarżenie partii o „skręt w lewo” oznacza że zaraz jutro zlikwiduje ona własność prywatną i rządzić będzie tajna policja. Ale grozi nam to, że oskarżyciele sami tak postąpią, wmawiając nam że to konieczne dla naszego dobra i ochrony przed „komunizmem”. Ministerstwo tajnej policji u Orwella nazywało się Ministerstwem Miłości. Kpiąco brzmi nazwa „dobra zmiana”, bo nie przynosi ona dobra.
Źli ludzie będą bronili się przed określaniem ich jako faszystów. Tak jak w tej anegdocie o wyspie ludożerców. Kiedy podróżnicy pytali tubylców, czy są u nich jacyś ludożercy, ci odpowiedzieli: – Nie ma, ostatniego zjedliśmy w zeszłym miesiącu.
Zgadzam się z przesłaniem artykułu. Możemy dyskutować czy obecna praktyka ustrojowa w Polsce jest faszyzmem, populizmem, terroryzmem państwowym, czy jak chce prof. Kisilowski autorytaryzmem wyborczym. Niuanse nomenkaturowe są ważne, aby okreslić stopień opresyjności i zaprzeczenia demokracji liberalnej przez praktykę obecnego ustroju państwa polskiego. Wszystkie cechy będące jednocześnie złymi stronami ustroju, które wychwycił Autor w obecnej Polsce, to coś czego jest „…stanowczo za dużo”. Trzeba podnosić alarm i stanowczo przeciwdziałać, zwłaszcza w nadchodzących wyborach.
Dostałem informację, że pojawił się nowy komentarz nawiązujący do mego komentarza, a autorem jest p. Jerzy Łukaszewski. Ale Disqus chyba ma swoje upodobania i nie znalazłem tu tego komentarza. Zamieszczam więc tekst pana Łukaszewskiego i mój do niego komentarz, z nadzieją że nie znikną.
Jerzy Łukaszewski
„ludzie są durni i bierni i łatwo ulegają podbechtywaniu i kłamstwu.”
A może inaczej? Ludzie potrzebują tego kłamstwa kiedy prawda jest nie do zniesienia.
Ludzie są różni, różne są ich możliwości intelektualne, różne mają możliwości działania w zakresie zapewnienia sobie bytu i ew. jego poprawy i są to sprawy często uwarunkowane obiektywnie. Jednak w społeczeństwie funkcjonuje system ocenny, który mówi, że jedni są lepsi od drugich. Ci lepsi, tzw. elita zawsze i wszędzie była i jest mniejszością. To jest fakt sprawdzalny, ale psychika ludzka niełatwo przyjmuje go do wiadomości, zwłaszcza gdy do tej elity nie mamy szans należeć. To jest bardzo gorzka prawda, a gorycz jest (zbadano to) najmniej lubianym smakiem na świecie.
Kiedy więc pojawia się ktoś kto twierdzi, że tzw. elita nie ma racji, jest z gruntu zła i wroga, jest „łże elitą”, pojawia się promyk nadziei na poprawę swego stanu psychicznego. Jedna z potrzeb psychicznych człowieka nagle dostaje szansę na zaspokojenie. Trudno temu promykowi (temu promyku) nie ulec.
Kiedy pojawia się ktoś kto mówi, że „to wy jesteście prawdziwą elitą, prawdziwymi Polakami, prawdziwymi ludźmi” wielu będzie go słuchać nawet wtedy gdy jego twierdzenia są, łagodnie mówiąc, nie do końca udokumentowane. Wielu pójdzie dalej – poprze mówiącego zdając sobie sprawę, że to kłamstwo. Niższy szczebel w drabinie społecznej boli. Zmiana miejsca na tej drabinie możliwa jest na dwa sposoby. Albo dokonam wysiłku i osiągnę wyższy szczebel, co jednak jest trudne i wymaga czasu przy jednoczesnej niepewności co do końcowego wyniku, albo strącę tego, który stoi nade mną, co jest łatwiejsze i przynosi skutek natychmiastowy.
Kwestią indywidualnych możliwości wyobraźni człowieka jest to czy wierzy, by stan taki mógł trwać wiecznie. Ale z drugiej strony – gdyby nawet trwać miał tylko chwilę to czy nie warto w to wejść? Kiedy człowiek w upale haruje na swym zagonie i nagle pada hasło „odsapnijmy w cieniu i napijmy się czegoś zimnego”, rzadko jest w stanie oprzeć się temu wezwaniu.
Istniejące obiektywnie podziały między ludźmi były zawsze, są i będą. I zawsze będą dążenia – nie do ich likwidacji, bo to niemożliwe – do zmiany miejsca na społecznej drabinie.
Tak działa także religia („… the first one now Will later be last…” jak śpiewał Dylan cytując Biblię) i między innymi dlatego jest tak popularna.
Trudno się dziwić, że ten mechanizm jest wykorzystywany przez żądnych władzy manipulatorów.
Jest jeszcze kwestia tak często podnoszona – poczucia wolności. Czy ktoś kiedyś przeprowadził wiarygodne badania nad potrzebą jej istnienia? Nie słyszałem (pomijam głupawe ankiety każące odpowiadać na pytanie „czy jest pan za wolnością?), a rzecz byłaby ciekawa choć niełatwa, bo należałoby przygotować metodę badania w taki sposób, by to badający na koniec mógł stwierdzić z kim ma do czynienia, czyli najpierw zdefiniować wolność, o ile to się w ogóle da zrobić.
A wolność to odpowiedzialność. Dziś widać ilu ludzi sobie z nią nie radzi. Zawsze tak było, ale opowieści historyczne zwykliśmy przyjmować jako bajeczki do poduszki. Dziś mamy je przed oczami i przy urnach wyborczych.
W takiej sytuacji nietrudno wytypować zwycięzcę. Niedawno z P. narciarz2 rozmawialiśmy o religii. Przekonywałem wówczas, że nauka nigdy z nią nie wygra ponieważ nie dość, że wielu rzeczy jeszcze nie wie, to na dodatek przyznaje się do tego. Religia wie wszystko i ma odpowiedź na każde pytanie. I nawet jeśli czasem ta odpowiedź jest wyraźnie naciągana, to wielu woli przyjąć ją taką, niż nie mieć żadnej.
A wiara w to, że nie ja jestem niezdolny do czegoś, ale „taka jest wola boga” zdejmuje odpowiedzialność ze mnie. Od razu mi lżej i spokojniej.
Podobnie działa idea „wodza”, przecież to oczywiste.
Wszystkie wspomniane przez Pana reżimy albo skończyły się masakrą, albo miały ją w swojej historii. U nas będzie to samo, prędzej czy później. Jesteśmy już blisko końca trampoliny, kładka pod nogami coraz bardziej sprężynuje, nie ma jak się cofnąć.
Pozostaje tylko skok.
Szczęście i łaska boska jeśli na dole będzie woda.
PIRS: Podane przez Pana przykłady potwierdzają moją uwagę, że ludzie są durni i bierni i łatwo ulegają podbechtywaniu i kłamstwu. Dołączyłbym podane przez Pana przykłady chęci dopieprzenia tym których można uznać za elitę, którzy coś osiągnęli.
Co do drabiny społecznej i chęci wspięcia się wyżej to rzecz jest złożona. Ludziom chyba zależy na splendorze jaki daje „wyższe” położenie na drabinie społecznej. Miałem starszego znajomego, działał w tej samej branży. Stwierdził kiedyś w rozmowie, że ktoś kto do 35 roku życia nie został dyrektorem – praktycznie nie liczy się. Miałem wtedy więcej lat i nigdy nie marzyłem żeby zostać dyrektorem. Nigdy nie zazdrościłem tym co stali wyżej na tej drabinie, także finansowo.
PiS realizuje to, co kiedyś powiedział Kaczyński: stwórzmy własne elity. I pokazuje w praktyce, że każdy może zostać dyrektorem, prezesem, szefem gabinetu politycznego – wystarczy być posłusznym i niszczyć przeciwników. Wielu ludzi tak rozumie politykę. A wzmacnia to nastawienie religia, która każe stale czuć się winnym i słuchać kapłanów – też grzesznych, ale lepszych.
Zdaje się że rzeczywiście ześlizgujemy się. Obawiam się, że nawet jeśli tam będzie woda to płytka.
Faszyzm pochodzi od łacińskiego słowa „fascia,ae” = rózga (?). Najprostsza definicja faszyzmu to „ustrój opresyjny”. W tym określeniu zawierają się wszystkie cechy faszyzmu. A zatem każde państwo opresyjne jest państwem faszystowskim, niezależnie od sposobu stosowania opresji, bolszewickie też było faszystowskie, choć nazywano je inaczej. W Polsce mamy do czynienia z opresją słowną, przyjdzie czas, pojawi się fizyczna.