Zbigniew Szczypiński: Perspektywa długiego marszu…

27.10.2019

Trwa interregnum – wybory odbyły się, ale nie było jeszcze zaprzysiężenia nowych posłów. Tym samym, z formalnego punktu widzenia, mamy jeszcze „stary” Sejm z posłem Piotrowiczem i posłankami Sobecką i Pawłowicz. To, jak będzie wyglądało pierwsze posiedzenie nowego sejmu, kto będzie marszałkiem-seniorem i jaka będzie treść jego wystąpienia – dopiero przed nami.

W debatach publicznych dominuje Senat. Kto będzie miał w nim większość, kto będzie marszałkiem – tyle scenariuszy, ilu dyskutantów.

Nie ma większego sensu rozważać, który ze scenariuszy się pełni, zwłaszcza wtedy, gdy nie mamy wpływu na podejmowanie decyzji, gdy jesteśmy tylko obserwatorami, a nie aktorami na politycznej scenie.

W polityce rola przypadku — takich zdarzeń jednostkowych, których waga i znaczenie okazują się decydujące dla procesu dziejowego, jest ogromna. Niekontrolowane przypadki składają się na historyczne konieczności i wyrażają logikę dziejów – tak było zawsze i tak jest teraz. Druga kadencja rządów „dobrej zmiany” zaczęła się. Jarosław Kaczyński, mając nieco trudniej niż miał dotąd, będzie kontynuował swój plan przebudowy Polski i wychowania nowego Polaka – będzie zapewne ciekawie…

Tym, nad czym warto się pochylić, czemu warto się przyjrzeć i poszukać odpowiedzi są pytania – nie „jak jest” a „dlaczego jest tak właśnie”. To stary podział na nauki idiograficzne i nomotetyczne z nadal nierozwiązanym problemem, jak ma się to do współczesności, do realiów XXI wieku.

Pamiętając o wszystkich ograniczeniach aparatu badawczego nauk społecznych warto, jak sądzę, próbować sformułować przynajmniej hipotezy, zawierające przesłanki prawdziwych odpowiedzi na pytanie o kontynuację rządów „dobrej zmiany”. Kontynuację rządów ekipy, której poziom kompromitacji, liczba skandalicznych afer i przypadków ordynarnego łamania prawa, w tym tego, które ta ekipa sama uchwaliła, jest tak ogromna, że – wydawałoby się – decyzja wyborców ich zmiecie, a głos suwerena, który w retoryce Kaczyńskiego jest głosem boga, zagrzmi przeciw nim.

Polska po wyborach jest pęknięta na pół. Granice pęknięcia pokrywają się, jak słusznie to zauważył Walter Chełstowski, z dawnymi granicami zaborów i występującymi zasadniczymi różnicami wskaźników analfabetyzmu pomiędzy dawnymi zaborami – od 57% w zaborze rosyjskim przez 40% w Galicji, do 5% w zaborze pruskim.

To bardzo trafna uwaga – prawdziwa historycznie. Tak było. Po drugiej wojnie nastąpiły jednak ruchy tektoniczne, wielkie migracje i przemieszczenia ogromnych mas ludności, związane ze zmianą granic państwa polskiego i późniejszymi procesami industrializacji i urbanizacji kraju. Przyjęcie tamtych zjawisk jako wytłumaczenie wyników wyborów parlamentarnych w 2019 roku, w trzydziestym roku od rozpoczęcia wielkiej transformacji ustrojowej, po piętnastu latach naszej obecności we wspólnocie europejskiej byłoby błędem – to nie jest powód tego pęknięcia.

Mówimy jednak o pęknięciu tu i teraz, w 2019 roku, w wyborach o reelekcję rządów „dobrej zmiany”, rządów, które objęła w wyniku tego, że lewica w wyborach 2015 nie przekroczyła progu 8% wyznaczonego obowiązującą ordynacją wyborczą (zabrakło jej pół procenta). To ważne.

Gdyby tak się nie stało, PiS nie rządziłby przez ostatnie cztery lata samodzielnie i nie wchodziłby w kampanię 2019 z pozycji hegemona na scenie politycznej. Hegemona, który zawłaszczył TVP, Trybunał Konstytucyjny, Krajową Radę Sądownictwa, zawłaszcza system sądów powszechnych i co tam jeszcze chcecie.

Stało się jednak. Przypadek, który wyraża jednak sens polskiej historii. Skoro tak się stało, to musiało się tak stać.

Jednym z czynników powodujących taki kształt powyborczej Polski jest wynik Wielkiej Transformacji, zmiany politycznej i gospodarczej, która nastąpiła po 89 roku. Zaczęliśmy budować nowe społeczeństwo ludzi przedsiębiorczych, takich, którzy brali swój los w swoje ręce i tworzyli zręby nowego ustroju.

Trzydzieści lat to czas, w którym rośnie nowe pokolenie. Nowe rośnie. A co ze starym, z tymi którzy nie podołali, bo nie potrafili, albo nie mieli wystarczającego kapitału — zwłaszcza społecznego — na start w nowe czasy?

W opisie polskiego społeczeństwa lat transformacji nieobecną kategorią opisu społecznej struktury była (i jest) kategoria klasy społecznej. Kojarzy się ona wszystkim ze starymi czasami, z czymś, co było i słusznie, jak to się obecnie mówi, minęło.

Czy jednak można bezkarnie wyrzucić pojęcie „klasa społeczna” z analizy struktury społecznej polskiego społeczeństwa w dwudziestym pierwszym wieku?

Odpowiadam: wyrzucić można, ale bezkarnie – nie.

Karą jest ślepota badaczy i polityków na procesy społeczne, zachodzące w małych, zamkniętych, pozbawionych ogólnodostępnych środków komunikacji społecznościach wiejskich i małomiasteczkowych. To tam króluje przekaz z ambony i TVP, to tam władza „dobrej zmiany” postrzegana jest jako ta, która dba o „prostego człowieka”. Która mówi, że to on jest solą tej ziemi, że to on podnosi polskość (cokolwiek to znaczy) na należne jej miejsce. Ta władza dostarcza poczucia godności ludziom, których nie dostrzegały poprzednie rządzące elity.

Godności i gotówki. Więcej nie trzeba. Można rządzić długo i bezwzględnie.

Tym wszystkim, którzy mają poczucie wagi tych procesów wykluczenia i beznadziei, jakie zachodziły na terenach obecnej dominacji PiS, chciałbym przypomnieć znakomity esej Stefana Czarnowskiego z 1936 roku – „Ludzie zbędni w służbie przemocy”, mówiący o tym, jaka jest zależność rośnięcia w siłę ugrupowań faszystowskich, budowanych na kulcie wodza i przemocy wobec wrogów wskazywanych przez wodza właśnie, a wielkością grupy z poczuciem wykluczenia, ludzi biednych i słabiej wykształconych. Tak było w 1936 roku, a jak jest teraz?

Z opisów wielu jednostkowych zdarzeń, jakich jest pełno w mediach jedno poraziło mnie naprawdę. Na rozprawę pedofila, karanego już wcześniej za takie przestępstwa, przybyła delegacja mieszkańców miasteczka, w którym oskarżony dokonywał tych przestępstw. Delegacja z transparentem i żądaniem do sądu, aby ten odstąpił od procesu i karania sprawcy. Zdaniem tych ludzi za takie przestępstwa ukarać może jedynie bóg. Przestępcą, pedofilem molestującym małe dziewczynki był bowiem ksiądz tamtejszej parafii.

Wykluczenie i zacofanie podlane religijnym zaślepieniem. To są lekcje do odrobienia przez nas wszystkich. A przez nowych posłów w szczególności.

Mamy przed sobą perspektywę długiego marszu.

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk


Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com