Tadeusz Kwiatkowski: I odpuść nam naszą Polskę, jako i my odpuszczamy naszym patriotom

05.11.2019

Bezideowość to bodaj jedna z największych bolączek polskiego grajdołka, nie tylko politycznego. Owszem, jeśli poszukać w literaturze, zwłaszcza zaś w krojonych na miarę politycznych ambicji podręcznikach szkolnych, kiedy się zadumać przed kolorowymi plamami starych płócien, tudzież wsłuchać w podniosłe melodie narodowych ram pam pam, to jedna wielka idea. W praktyce jeno chora mikra blaga, zionąca pustką grzebalnego dołu.

Przez z górą trzy wieki pomysł był taki, by politycznie trwać za wszelką, w praktyce zawsze tę samą, horrendalnie wygórowaną cenę życia młodych, którym jeszcze starczało sił do walki. Polska nigdy nie cierpiała z powodu deficytu materii organicznej, z której można było utoczyć juchy stanowiącej narkotyczną pożywkę niepodległościowych utopii, natomiast permanentnie dręczy ją klątwa bezmyślności, skutecznie przekreślająca praktyczny sens wszelkich ofiar. Dziś jako drzewiej bywało, złoty cielec polskiej wolności chwieje się na lichym postumencie z truchła. W braku lepiszcza logiki wynikającej z szerszych perspektyw władza pcha w szczeliny znaczące fundament swej legitymizacji kości kolejnych bohaterów, a w Polsce – wiadomo – co bohater, to patriota. Innych opcji brak, po prostu nie mieszczą się w tunelowej wizji skarlałych elit.

Historia dowiodła bezspornie, iż gatunek ludzki nie potrafi okiełznać swych zwierzęcych instynktów. Skoro tak, to i w kształtującej oblicza narodów polityce inaczej być nie może. Gdzie zatem różnica, dzieląca pospolite masakry od tych politycznie użytecznych? Tu także rozwiązanie podpowiada wielowiekowa praktyka: Po owocach ich poznacie je. Czyż zbierają winogrona z cierni albo z ostu figi?

Otóż nie. Spójrzmy choćby na wielkich wodzów starożytności. Choć polityczne ambicje Aleksandra Wielkiego czy Hannibala mocno przeorały świadomość im współczesnych, to wraz z odejściem tychże, obróciły się wniwecz wszelkie ich zamysły. Obaj pozostawili po sobie jeno gruzy i rozpacz, ach, no i oczywiście najważniejsze, swą legendę. Aleksander skonał wśród bajecznego przepychu Wschodu, ledwo jednak zamknął oczy, jago generałowie poczęli krwawo rozdrapywać terytorialne zdobycze, bowiem maszerować po horyzont to idea zbyt wątła, by podtrzymać w ludziach nadzieję na coś więcej niż bitewny bajzel. Hannibal umierał w samotności i udręce, gdyż wyśnioną Kartaginę widział ogromną, a ta rzeczywista musiała się mierzyć z Rzymem. Można zatem na krótko zastraszyć swych przeciwników, pobić ich w polu, a nawet przeprawić całą armię przez pustynię lub góry, lecz w braku idei zakorzenionej w pragmatycznej tkance rzeczywistości, a też środków jej implementacji, wszystko to jeno legendarna słoma.

Byli i inni, którzy woleli sami sczeznąć, niż uznać się za pokonanych, a skoro już o rzymskiej dominacji mowa, warto na pewno wymienić przywódców wpisujących się w szeroko pojmowany i jakże bliski polskim patriotom wizerunek powstańca. Mamy zatem Spartakusa szarpiącego niewolnicze łańcuchy republiki, Wercyngetoryksa z okresu przejściowego pomiędzy republiką i pryncypatem, a także walczącą już z cesarstwem Boudikę. Napędzały ich zarówno motywy osobistej pomsty, jak i wstręt do pomysłu wypuszczenia z rąk ujętych lokalnie i chwilowo lejców władzy. Niepokoje każdego ostatecznie ukoił Rzym, który wszak sam wciąż przechodził krwawe metamorfozy i z pewnością politycznym monolitem nie był.

Pośród korowodu barwnych postaci antyku prym wiedzie Gajusz Juliusz Cezar, okrutnie ambitny i w swych ambicjach okrutny. Jak sam miał o sobie rzec, wolał być pierwszym w ostatniej zapadłej wiosce, niźli drugim w Rzymie. Jednak w tak radykalnie nakreślonych ramach wizji samego siebie, czy to przypadkiem, czy też w wyniku starannego namysłu, dostrzegł był schyłek możliwości ukształtowanych w łonie republiki i konieczność powrotu do znienawidzonych przez Rzymian rządów jednostki. Cezar z pewnością odrzuciłby konstytuujący polski patriotyzm mit plemienia pokonanego, lecz niezwyciężonego. Idea planowej przegranej musiałaby wydać mu się majakiem zrodzonym z szaleństwa. Sam doświadczył goryczy porażki, był jeńcem i wygnańcem, wielokrotnie otarł się o śmierć na polu bitwy, przeżył dwie wojny domowe, z których drugą wygrał, zagarniając pełnię władzy. Zdobywca Galii był jednocześnie jej katem, wiedział więc z własnego doświadczenia, iż przegrana i chwała są jak ślady kół wozu odciśnięte na drodze, zawsze obok siebie, lecz nigdy razem w jednej koleinie losu. Ostatecznie rozniesiony na sztyletach spiskowców, pchnął państwo ku niekwestionowanej wielkości, zapładniającej wyobraźnię wielu politycznych przywódców następnych stuleci.

Zatem istotnie skuteczny polityk, to nie ten, któremu zaledwie uda się przeżyć swych wrogów, a taki, któremu zawsze obecne osobiste ambicje nie przesłaniają nadrzędnego celu, jakim jest osiągnięcie raz wytkniętego celu. Wódz musi mieć wizję, ideę wielkości daleko wykraczającą poza troski szarych obywateli i, o ile to konieczne, być zdolnym realizować ją również wbrew ich woli, choć zawsze w szeroko pojmowanym interesie mas.

Stąd np. morze krwi przelanej w Galii, zapewniło Cezarowi środki na spłatę długów i kontynuowanie działalności politycznej, kupowanie stronników, utrzymanie armii. Podobnie milionowe rzesze, które użyźniły glebę podczas galopujących reform, jak kolektywizacja i industrializacja, były ceną szybkiej budowy scentralizowanej gospodarki, zdolnej ostatecznie wydźwignąć państwo z cywilizacyjnej zapaści okresu schyłkowego caratu i porewolucyjnego chaosu. Pomimo rozlicznych wad systemu i kosztem gigantycznych cierpień, Rosja ostatecznie unowocześniła rolnictwo i stworzyła niemal od zera przemysł ciężki, bez których nie byłoby mowy o prowadzeniu skutecznej polityki opartej na sile militarnej.

Dzisiaj podobnie tytaniczne i krwawe zmagania ze społeczno-polityczną materią prowadzą władze Chin, których marsz pod rewolucyjnymi sztandarami był przez lata tematem dowcipów, aż do czasu, kiedy śmieszkom chichot uwiązł w ściśniętych trwogą gardłach.

Tak jak kiedyś, w polityce mocarstwowej nadal liczą się pieniądze, zasoby ludzkie i naturalne, brutalna siła wsparta najnowszymi osiągnięciami techniki, słowem wszystko, czego Polsce brakuje. Trzecioligowi gracze, wśród których wylądowała miotana zmiennymi wichrami historii Polska, skazani są co najwyżej na rolę powoli konsumowanych przystawek, jak niegdysiejsi sojusznicy Rzymu. Zarówno wszelkie symulacje demograficzne, jak i aktualna sytuacja geopolityczna wskazują, iż w żadnej prawdopodobnej wersji przyszłości temu krajowi nie grozi wielkość. Jako najwierniejszy z wiernych wasal Stanów Zjednoczonych w regionie, choćby tylko ze względów geograficznych nie mamy szans na bycie pożartymi przez Wuja Sama, który nie wykazuje nawet specjalnej ochoty, aby nas poślinić. Kto zatem raczy pochłonąć gasnącą polską państwowość i czy będzie to proces gwałtowny, czy też uda się tym razem oszczędzić tradycyjnych ubytków biomasy? Pytanie tyleż niewczesne, co zasadne, zwłaszcza w perspektywie bliskich już celebracji jeszcze narodowych, przynajmniej, póki my żyjemy.

Całość polskiej polityki wewnętrznej zorientowana jest na utrzymanie i koncentrację coraz słabszej, z każdą kadencją mocniej przeciekającej władzy. Obecnie krucha równowaga wspiera się na oczekujących operacji kolanach. Nawet w razie medycznego powodzenia przedsięwzięcia ani na takich kolanach usiąść, ani klęczeć w kruchcie. O ile Polska jako ta iskiereczka z popielnika, może jeszcze zdąży mrugnąć literackim Noblem, Oscarem lub innym mniej, lub bardziej indywidualnym międzynarodowym wyróżnieniem, o tyle ogólne perspektywy narodowej prosperity przedstawiają się cokolwiek iluzorycznie.

Strzeżcie się siwych głów. Nie wierzcie gasnącym starcom, którzy udają ślepców, albo po prostu nie potrafią dostrzec, że od dawna nikt od nich nie oczekuje hołubców wywijanych na prowincjonalnej scenie politycznego teatrzyku. Stojąc tyłem do publiki w krótkim korytarzu wiodącym ku wyjściu, przeżuwają żółć, bełkocząc o patriotycznych powinnościach. Czynią tak nie dlatego, iż w to wierzą, ale właśnie dlatego, że odchodzą.

Zapomnijcie o patriotyzmie. W polskim wydaniu i warunkach to pewny przepis na klęskę. Bądźcie egoistami na miarę czasów, w których przyszło wam żyć. Myślcie o sobie i swoich bliskich bez owijania w biało-czerwony sztandar pokracznej wolności robienia, co komu pijana ułańska fantazja podpowie.

Uczcie się, twórzcie i śnijcie na własny, skromy rachunek.

Wcześniej próbowali tego z dobrym skutkiem Polański, Świerzy, Pągowski, Stańko, Beksiński, Rybczyński, Mitoraj, Wolszczan i wielu innych. Jeśli szczęśliwym zrządzeniem losu lub własnym staraniem uda się wam zaczepić za granicą, to nigdy tu nie wracajcie. Jeżeli nie chcecie albo nie możecie wyjechać, emigrujcie do wewnątrz i nade wszystko chrońcie dzieci przed polskimi patriotami. Niebawem znów wylegną na ulice stolicy, naznaczonej piętnem idei wiekuistej grobowej wolności wyzbytej wszelkich racjonalnych hamulców, w tym zwykłego poczucia śmieszności i wstydu, wygrażając pięściami i wrzaskiem obojętnemu światu i sobie nawzajem.

avatar

Tadeusz Kwiatkowski

Pedagog, publicysta

Rocznik 1977. Absolwent Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Jednostka głęboko aspołeczna. Przejawia objawy organicznego uczulenia na polski patriotyzm, pojmowany jako przekonanie o nadrzędnej roli Polski w historii, oraz tzw. polskiej racji stanu w stosunku do interesów Europy w dobie postępujących procesów globalizacji. Z przekonania i zamiłowania antyklerykał. Na razie, od blisko dwudziestu lat szczęśliwy mąż, od kilku również ojciec; od ponad dekady aktywny entuzjasta biegów długodystansowych.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com