S. Obirek, A. Świeżyński: O czym wolimy milczeć?

11.11.2019

Rozmowa

Stanisław Obirek: Może zacznijmy od tego, że jako człowiek starszy proponuję uproszczenie naszych rozmów i pominięcie wszelkiej tytulatury; to nam pozwoli skupić się na tematach, a nie na tym, kto je porusza. Oczywiście można to nazwać zabiegiem retorycznym, bo przecież nasi Czytelnicy wiedzą kim obaj jesteśmy, ale umówmy się, że dla nas nie ma to większego znaczenia. Po prostu korzystamy z gościnności portalu Studio Opinii i dzielimy się tym, co dla nas obu jest istotne.

Z inicjatywy prof. Stanisława Obirka inaugurujemy dziś nowy dział w naszej witrynie. Nazwaliśmy go po prostu ROZMOWY. Nie będą to rozmowy o sprawach “lekkich, łatwych i przyjemnych”, ale mamy nadzieję, że zainteresują Czytelników; zarówno doborem tematów, jak i rozmówców.

Z racji praktycznych (w pewnym sensie na tym portalu ja jestem gospodarzem, a Ty gościem, ale mam nadzieję, że to się niebawem wyrówna i te nasze rozmowy będą po prostu wymianą myśli. Raz ja będę pytał, a innym razem to Ty będziesz mi zadawał pytania).

Skoro formalności mamy za sobą to przechodzę do pierwszego pytania, może trochę przewrotnego. Otóż w wywiadzie dla Gazety Wyborczej z dnia 6 listopada 2019, w którym wypowiedziałeś się na temat katolików, domagających się odwołania abpa Głódzia — na pytanie dziennikarki Joanny Wiśniowskiej o to, dlaczego zdecydowałeś się pokazać twarz, odpowiedziałeś: „Gdy się milczy, ludzie w pewnym momencie zadają sobie pytanie o to, czy to może oni źle postrzegają rzeczywistość oraz o to, kto ma rację. Gdy ktoś wreszcie przemówi, utwierdza ich w wewnętrznej intuicji, że coś jest jednak nie tak, że trzeba głośno mówić o sytuacjach, na które trudno jest się zgodzić, choćby z punktu widzenia standardów, które w takiej wspólnocie jak Kościół powinny obowiązywać”.

Ciekawi mnie czy mógłbyś sporządzić listę takich spraw, o których się w Polsce milczy? Nie chodzi tylko o Kościół, ale i o sferę publiczną w ogóle, ale też o sferę prywatną. Krótko mówiąc, chodzi o tabuizację wielu sfer naszego życia. Czy można je oceniać tylko negatywnie, czy też może chronią pewne wartości, których zniszczenie może prowadzić do anarchii albo destrukcji tego, co stanowi o naszym życiu w ogóle?

Adam Świeżyński: Może rozpocznę od tego, że milczenie na jakiś temat może mieć rozmaite powody. Można milczeć, bo nie wie się, co w danej sprawie powiedzieć i po prostu nie ma się nic do powiedzenia. Można milczeć, bo czujemy się tak zaskoczeni, zdumieni, przerażeni, że nie sposób cokolwiek wypowiedzieć. Można milczeć ze strachu przed konsekwencjami tego, co zostałoby wypowiedziane. Można milczeć i nie odpowiadać dając tym wyraz lekceważenia czy pogardy dla dyskutanta. Można wreszcie milczeć, bo, jak zauważyłeś, zgodnie z czyimś przekonaniem nie wszystko musi lub nie wszystko powinno być powiedziane.

ks. Adam Świeżyński

Jest pewnie jeszcze wiele innych powodów milczenia w konkretnych sytuacjach. Chcąc te rozmaicie umotywowane milczenia jakoś uporządkować, należałoby zaproponować jakieś kryterium. Być może mógłby nim być określony sposób realizowania własnej wolności. Chodzi mi o to, że ogólnie rzecz biorąc milczenie może być rezultatem podjętej przez kogoś, świadomej i wolnej decyzji, albo efektem zewnętrznego nacisku, jakiegoś wymuszenia, któremu ulega się niejako wbrew sobie. Ten drugi przypadek określiłbym jako „złe milczenie”, to znaczy takie, które jest wynikiem dopuszczenia skrępowania własnej wolności.

Przechodząc teraz do katalogu spraw, o których milczymy w naszym społeczeństwie, a także w Kościele, mógłbym powiedzieć, że jest ich wiele, może nawet tak wiele, jak wielu jest samych milczących.

Dlatego ważniejsze od ich skatalogowania wydaje mi się wydobycie z wielości tych przemilczeń wspólnego dla nich mianownika. Oczywiście zakładam, że taki istnieje i może zostać uchwycony, bo choć, jak wspomniałem, rodzajów, powodów i przedmiotów milczenia jest całe mnóstwo, to łączy je to, co jest istotą każdego milczenia: niegotowość do wypowiedzenia się.

A dlaczego jesteśmy na to niegotowi? Co jest tym powszechnym, niemal paradygmatycznym doświadczeniem, wobec którego ludzie nie są gotowi, aby o nim mówić? Zaproponuję następującą odpowiedź: słabość – nasza ludzka, wielowymiarowa i różnorodna słabość. Słabość natury biologicznej, wyrażająca się choćby w chorobie, o której lekarz nie potrafi prawidłowo (a nawet niekiedy w ogóle) poinformować pacjenta, a żona swojego męża lub dzieci. Słabość natury psychicznej, ujawniająca się np. we wrażliwości i delikatności, którą przełożony kościelny skrywa pod maską swojej funkcji i niekiedy opacznie rozumianej, surowej odpowiedzialności, nie umiejąc lub nie chcąc wejść w otwarty dialog z osobami mu podległymi. Wreszcie słabość natury duchowej, gdy milczy się także wobec Boga np. w przekonaniu o degradującej i separującej sile tego, co teologia nazywa grzesznością.

Izolujemy się na rozmaite sposoby od naszej wielorakiej w jej przejawach słabości i za każdym razem oznacza to jakąś formę milczenia na temat czegoś, wobec innych, a także wobec samych siebie. A ponieważ wszyscy jesteśmy tak czy inaczej, ale w podobny sposób słabi, pojawiają się również nasze wspólnotowe obszary słabości, przez które zbiorowo przesuwamy się, zamykając oczy, uszy i w konsekwencji także usta.

Słabość, o której mówię, ma jeszcze swoje drugie imię: prawda. To, że jesteśmy słabi jako ludzie, i przekonujemy się o tym raz po raz, na co dzień, oznacza konfrontowanie nas z prawdą o naszej kondycji. A tylko nieliczni tę zwykle dość bolesną konfrontację, czyli prawdę o sobie są gotowi znosić, słuchając jej i mówiąc o niej. Możemy to zaobserwować zarówno w naszym życiu indywidualnym, jak i społecznym. Stąd bierze się tak typowe milczenie na temat tego wszystkiego, co może postawić nas jako jednostkę, ale także nas jako jakąś społeczność w niekorzystnym świetle w oczach innych i zburzyć nasz pozytywny wizerunek. Milczymy, bo nie znosimy prawdy o słabości naszej i o słabości innych ludzi.

W moim przekonaniu problem z milczeniem polega więc nie na samym milczeniu, lecz na tym, dlaczego milczymy. Jeśli moja diagnoza, że wspólny mianownik dla milczenia stanowi brak akceptacji dla ludzkiej słabości, jest słuszna, to milczenie z powodu wspomnianego braku akceptacji jest tym, co wcześniej nazwałem „złym milczeniem”, czyli milczeniem wymuszonym, wynikiem skrępowania wolności.

Przychodzi mi w tym miejscu na myśl scena biblijna z początku Księgi Rodzaju, w której Adam przywoływany przez Boga po spożyciu owocu z drzewa poznania dobra i zła, odpowiadając na pytanie „Gdzie jesteś?”, stwierdza: „Przestraszyłem się, bo jestem nagi i ukryłem się”.

Czego przestraszył się mieszkaniec Edenu? Zwykle uważa się, że Boga – włącza się tu wizja Boga-Sędziego, który za chwilę ogłosi wyrok za ludzkie nieposłuszeństwo. Ja jednak myślę, że Adam przestraszył się nie Boga, lecz samego siebie, a konkretnie własnej „nagości”, która jest tu symbolem tego, co wcześniej określiłem jako słabość.

Ta „nagość”-słabość nie pojawiła się wskutek upadku pierwszych ludzi (wszak jest o niej mowa także przed fragmentem mówiącym o spożyciu owocu zakazanego). Ona jest konstytutywnym elementem ludzkiej natury, tym, co wręcz czyni nas właśnie ludźmi, a nie jakimiś innymi stworzeniami. Jest niezawiniona, naturalna, oczywista, właściwa dla nas, a w perspektywie teologicznej – zbawcza.

Tyle tylko, że w świadomości Adama „po upadku” jawi się jako to coś, od czego należy się zdystansować, przed czym należy się ukryć i nigdy o tym nie wspominać. Ta słabość stała się wstydliwa, dlatego okrywa się ją milczeniem. Zadanie beznadziejne, bo gdzie można ukryć się przed samym sobą?

Owszem, można samemu próbować milczeć, ale rzeczywistość naszej ludzkiej kondycji milczeć nie będzie. I nie milczy. Odzywa się raz po raz w naszej indywidualnej i zbiorowej historii, a im bardziej staramy się ją zagłuszyć lub zbagatelizować, właśnie przemilczeć, tym głośniej przemawia kolejnymi skandalami kościelnymi i politycznymi, aferami obyczajowymi, lub choćby zdziwieniem wyrażanym przez sąsiadów kobiety maltretowanej przez jej męża: „Przecież to był taki spokojny i sympatyczny człowiek…”. Tymczasem, jak wiadomo, nazywanie rzeczy i spraw, ich definiowanie, czyli świadome, możliwie precyzyjne mówienie o nich, oswaja je, nawet jeśli bezpośrednio nie rozwiązuje związanych z nimi problemów. Takie mówienie jest przejawem i realizacją naszej wolności, a zwrotnie także jej ugruntowaniem, rozwinięciem, może nawet udoskonaleniem.

Przekonuję się o tym za każdym razem, gdy udaje mi się nie być tym, który milczy z powodu lęku przez „nagością”. A jak o niej nie mówić, skoro nasze życie jest tak często i tak powszechnie właśnie w nią ubrane? Dlatego, parafrazując słynne stwierdzenie Wittgensteina, mógłby powiedzieć: O czym nie można milczeć, o tym trzeba mówić. Jeśli milczymy „złym milczeniem” odbieramy sobie tę wolność, o której autor Genesis powiedział: „Chociaż mężczyzna i jego żona byli nadzy [słabi, nie odczuwali wobec siebie wstydu [nie milczeli]”.

Stanisław Obirek: Bardzo dziękuję za tak szerokie potraktowanie pytania. Myślę, że dzięki wypłynięciu na szerokie wody teologii i filozofii milczenie przestaje być jednoznaczne i, paradoksalnie jest niezwykle znaczące.

Na szczęście milczenie w interesującej mnie sprawie abpa Głódzia nie jest całkowite. Wypowiedzieli się niektórzy katolicy świeccy, ale też głos zabrali niektórzy księża. Odnosisz się również do tej sprawy. W jakim stopniu głos zabrany przez nielicznych może coś zmienić i wpłynąć na zmianę sytuacji w Kościele diecezji gdańskiej? Znowu pozwolę sobie przywołać Twój komentarz. Powiadasz: „Jest taka zasada, którą wyznaję, że o słuszności poglądów nie świadczy liczba ich wyznawców”.

To odnośnie do liczby świeckich. Zaś list 16 księży komentujesz podobnie:

Podobnie jak w przypadku wiernych – w skali matematycznej to mało. Dwa, trzy procent księży z diecezji. Ale, powtórzę się, to nie oznacza, że tylko 16 księży tak myśli. I to nie jest przekonanie oparte na moich przemyśleniach, ale na rozmowach z kapłanami, którzy popierają to stanowisko, ale z różnych powodów się pod listem nie podpisali. Tego typu przemiany w myśleniu, mentalności, sposobach reagowania zawsze zaczynają się od pewnej grupy ludzi. 

Myślę podobnie. Przekazuję tę naszą pierwszą odsłonę rozmowy portalowi Studio Opinii i odezwę się niebawem z kolejnym pytaniem z nadzieją, że również nasi Czytelnicy podpowiedzą mi, z jakimi pytaniami zwrócić się do Ciebie.

avatar

Stanisław Obirek

Profesor

Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita. Ur. 1956
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com