S. Obirek, A. Świeżyński: Synod dla Amazonii

20.11.2019

Rozmowa

Stanisław Obirek: Chciałbym porozmawiać o ostatnim synodzie dla Amazonii, który wzbudził sporo emocji w Kościele. Moim zdaniem końcowy dokument synodalny pozwala na sformułowanie dość śmiałej, ale głęboko słusznej tezy – katolicyzm wraca do swoich korzeni, czyli do … chrześcijaństwa.

To zresztą nie po raz pierwszy o tym się mówi, zwłaszcza w kręgach katolicyzmu liberalnego. Marginalizowani i uciszani za poprzednich pontyfikatów teolodzy wskazują, że to właśnie papież Franciszek nawiązuje do zmian zapoczątkowanych przez papieża Jana XXIII, a w pełni rozwiniętych w czasie soboru watykańskiego drugiego w połowie lat 60. minionego wieku.

To właśnie Jan XXIII z haseł dialogu, otwarcia na świat (słynne aggiornamento) uczynił program katolicyzmu, który od czasu soboru trydenckiego w XVI wieku i watykańskiego pierwszego w wieku XIX ustawił się w kontrze do świata, a zwłaszcza do innych wyznań chrześcijańskich (kontrreformacja) i do świata nauki (obsesyjna walka z modernizmem).

Główne postulaty końcowego dokumentu tego synodu można ująć tak oto: „Dokument wzywa wiernych do integralnego nawrócenia, przebiegającego czterema drogami: nawrócenia duszpasterskiego, kulturowego, ekologicznego i synodalnego”.

W tym wezwaniu skrywa się nawiązanie do rdzenia nauczania Jezusa z Nazaretu. Nawrócenie jest jednym z kluczowych pojęć ewangelicznych, którego Jezus użył na początku swego nauczania i oznacza po prostu konieczność zmiany tego co jest, odejście od dotychczasowego sposobu życia.

Wprawdzie wierni Kościoła katolickiego słyszą je przede wszystkim na początku Wielkiego Postu, gdy po zakończeniu mszy ksiądz kreśli przy użyciu pojął znak krzyża na ich czole i wypowiada słowa „nawróćcie się i wierzcie w Ewangelię”, to tak naprawdę powinny one określać całe życie wierzącego w Jezusa Chrystusa. Wtedy wezwanie do nawrócenia nie brzmiałoby dla nich jako rewolucyjny postulat zmiany, ale wpisywałoby się w ich codzienną praktykę życiową.

Ciekaw jestem co o tym sądzisz, a przede wszystkim czy ten synod będzie miał wpływ na codzienność polskiego katolicyzmu?

Adam Świeżyński: Odpowiadając, rozpocznę od dygresji, która jest pochodną mojego skojarzenia dotyczącego nie tyle samej treści synodu dla Amazonii, ile raczej niektórych komentarzy odnośnie jego przebiegu i ustaleń.

Chodzi mi o książkę czeskiego księdza i teologa, Tomasza Halika „Teatr dla aniołów. Życie jako eksperyment religijny” („Znak”, Kraków 2011). W jednym z przypisów wydrukowanych drobniutką czcionką, trudną do odczytania dla zmęczonego oka i przez to kuszącą, aby je pominąć, autor przywołuje wspomnienie dotyczące pewnej międzynarodowej konferencji ekumenicznej, która obywała się przed laty w Gnieźnie i w której uczestniczył (chodzi o Zjazd Gnieźnieński „Europa dialogu”, jaki odbył się we wrześniu 2005 roku).

Podczas tej konferencji jeden z prawosławnych biskupów (Hilarion, ówczesny prawosławny biskup Wiednia i Austrii) zaapelował, aby prawosławni, katolicy i muzułmanie stworzyli mocną koalicję w obronie tradycyjnych wartości przeciwko protestantyzmowi i liberalizmowi. „Gdy słuchałem tego apelu – wspomina Halik – pierwsze, co przyszło mi na myśl w związku z tą propozycją, kiedy już nieco ochłonąłem, było: Oto mamy tutaj staro-nowy program – fundamentaliści wszystkich krajów, łączcie się!”.

Przywołuję tę wypowiedź, bo skojarzyła mi się ona właśnie z krytyczną reakcją niektórych duchownych i świeckich przedstawicieli Kościoła w Polsce wobec propozycji zgłoszonych w czasie trwania niedawno zakończonego synodu. Nie chodzi mi o samą treść tych propozycji, które zapewne wymagają dyskusji, ale właśnie o bezpośrednią reakcję na nie: wieszczenie rozłamów w Kościele, zarzut o odchodzeniu od dotychczasowego nauczania papieży, a nawet twierdzenie o przeinaczaniu treści Ewangelii.

Reakcję tę można określić jako głęboko lękową. I nie jest to, moim zdaniem, zwykły lęk przed zmianami, które mogą wytrącić człowieka z wygodnej i spokojnej drzemki przyzwyczajenia się do rzeczy znanych, a przez to swojskich i bezpiecznych. Chodzi raczej o lęk, który nazwałbym lękiem przed nieporządkiem, a może nawet przed chaosem.

A tym właśnie w moim przekonaniu (i w moim osobistym doświadczeniu) jest nawrócenie, o którym wspominasz. Ono początkowo wprowadza w nasze życie okropne zamieszanie, totalny bałagan i głęboki chaos. Rzeczy, sprawy, ludzie, a nawet sam Bóg tracą wskutek niego swoje dotychczasowe utrwalone miejsca i znaczenia. Kruszą się utarte schematy myślowe i załamują troskliwie pielęgnowane obrazy świata. Ulatuje również tak upragnione przez nas poczucie pewności i jednoznaczności.

Krótko mówiąc: wkraczamy w nie-porządek. Być może więc we wspomnianych lękowych reakcjach na przywołany synod mamy do czynienia w gruncie rzeczy z lękiem przed… nawróceniem, przed gruntowną zmianą w myśleniu, mówieniu i działaniu, przed wejściem ze znanego nam porządku, w jakiś inny, którego jeszcze nie widzimy i nie pojmujemy.

Aby lepiej to zilustrować, przywołam pewne kościelne wydarzenie, które odbyło się w sierpniu 2012 roku, o którym już chyba mało kto pamięta, choć, jak to nieraz bywa z tego rodzaju wydarzeniami, organizowano je z wielką pompą i religijnym namaszczeniem. Chodzi  o uroczyste podpisanie Wspólnego Przesłania do Narodów Polski i Rosji przez ówczesnego Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, Arcybiskupa Józefa Michalika oraz Zwierzchnika Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, Patriarchę Moskiewskiego i Całej Rusi, Cyryla.

Przesłanie to, tak szeroko prezentowane i komentowane w mediach, dotyczyło ważnej i wciąż otwartej kwestii pojednania między narodami polskim i rosyjskim oraz zbliżenia między Kościołem katolickim i Kościołem prawosławnym. Interesująca mnie kwestia dotyczy tego, co można nazwać „uzasadnieniem” stworzenia przywołanego dokumentu.

Zawarte jest ono, choć nie całkiem jawnie, w trzeciej części Przesłania, gdzie jego sygnatariusze odsłaniają nieco źródło-motyw, z którego, jak można się domyślać, wypłynęła chęć i decyzja o wspólnym zredagowaniu historycznego tekstu. Możemy tam przeczytać m.in., że „w dobie indyferentyzmu religijnego oraz postępującej sekularyzacji” należy podjąć wszelkie starania, „aby życie społeczne i kultura naszych narodów nie zostały pozbawione podstawowych wartości moralnych”. Oba narody stoją bowiem wobec „nowych wyzwań”: kwestionowania podstawowych zasad moralnych opartych na Dekalogu; promowania aborcji, eutanazji i związków jednej płci; propagowania konsumpcjonistycznego stylu życia; odrzucania tradycyjnych wartości i usuwania z przestrzeni publicznej symboli religijnych. „Fałszywie rozumiana świeckość przybiera formę fundamentalizmu i w rzeczywistości jest jedną z odmian ateizmu” – czytamy w dokumencie.

Nie wchodząc w tym miejscu w polemikę z diagnozą społeczno-religijno-moralną zaproponowaną przez autorów Przesłania, której ogólnikowość, wybiórczość i jednostronność może budzić uzasadnione wątpliwości, chciałbym zwrócić uwagę na inny aspekt przytoczonych wypowiedzi.

Odnoszę wrażenie, że – parafrazując wcześniej przywołane skojarzenie Halika – tutaj również mamy staro-nowy program pod tytułem: „Oblężeni w atakowanej twierdzy moralnych zasad chrześcijanie obu krajów, łączcie się!”. Słuszny skądinąd apel dotyczący pojednania i pokojowego budowania wzajemnych relacji w klimacie dialogu i szacunku został ubrany w ciasny gorset zagrożeń dotyczących porządku moralno-obyczajowego oraz spięty niczym klamrą wezwaniem do zjednoczenia się w obliczu wspólnego przeciwnika, a właściwie wroga, którego należy zwalczać broniąc się przed nim.

Mamy zatem przesłanie o pojednaniu i pokoju, ale – i tego skojarzenia nie mogę się pozbyć – pojawia się ono jako projekt wyrosły z lęku, poczucia zagrożenia i przekonania o konieczności zwarcia chrześcijańskich szeregów w kontekście toczącej się światopoglądowej wojny. Skoro istnieje wspólny wróg, który zagraża i nam, i wam, spróbujmy stanąć razem i przeciwstawić się mu, pojednajmy się w imię wspólnych obaw, niebezpieczeństw i niepewnej przyszłości – zdają się mówić pomiędzy wierszami sygnatariusze dokumentu.

Strach jest zawsze złym doradcą i trudno przypuszczać, aby próba stworzenia jedności na podstawie tego, że wspólnie się czegoś boimy, mogła zakończyć się trwałym sukcesem.

Ponadto zastanawiam się, czego wspomniany lęk faktycznie dotyczy. Czy chodzi w nim o duszpasterski niepokój związany z perspektywą rozszerzania się obszaru „niemoralnego świata”, czy może raczej (i przede wszystkim) o obawę, że kurczą się „naturalne” strefy wpływu i oddziaływania, korzyści i władzy, choćby rozumianej tylko jako „rząd dusz”?

A nawet jeśli moje skojarzenie i podejrzenie nie są słuszne (jak wiadomo „skojarzenia to przekleństwo”) i powinienem je traktować jedynie w kategoriach dochodzącej do głosu wrodzonej lub nabytej podejrzliwości wobec oficjalnych deklaracji i apeli, to znamienny wydaje mi się jeszcze inny fakt.

Otóż w całym wspomnianym dokumencie nie znajdziemy choćby jednego, jasno i wyraźnie wyrażonego odwołania do rdzenia duchowego chrześcijaństwa Wschodu i Zachodu ani do biblijno-teologicznej wizji rzeczywistości. Nie ma bowiem nawet wzmianki o tym, że istotą dialogu prowadzącego do pojednania między ludźmi jest dialog i pojednanie człowieka z Bogiem dokonujące się najpierw w sercu i świadomości poszczególnej osoby.Przesłaniu nie znajdujemy – poza „kurtuazyjnymi”, zapewniającymi religijną stylistykę tekstu, wzmiankami o Bogu, Chrystusie i Maryi oraz doklejonymi „dla dekoracji” i biblijnej oprawy cytatami z Pisma św. – rzeczywistego odwołania do ewangelicznej wizji chrześcijaństwa, którego istotą jest indywidualne i wspólnotowe poszukiwanie Boga poprzez praktykę życia duchowego (to znaczy w otwartości na to, co przekracza ten świat, ze świadomością własnej skończoności i ograniczoności) oraz osobiste nawracanie się, czyli przemiana sposobu życia dzięki realizowanemu pragnieniu głębszego poznawania i doświadczania, kim naprawdę jest Bóg.

Proces wspomnianego poszukiwania i nawracania się należy rozumieć jako ciąg zawiłych zdarzeń, niekiedy trudnych doświadczeń i ludzkich reakcji na nie, niekoniecznie w każdym przypadku poprawnych, jednoznacznych i jednokierunkowych. Chrześcijaństwo, tak jak je rozumiem w perspektywie całościowego przekazu biblijnego, to coś znacznie więcej niż zbiór prawno-moralnych zasad i reguł postępowania oraz na pewno nie neurotyczna troska o ich rozprzestrzenianie się po świecie.

Tymczasem w Przesłaniu cała wielowymiarowa przestrzeń religijności chrześcijańskiej, a także nieodłączny od niej swoisty dramat egzystencjalny, zostały sprowadzone do chrześcijańskiej moralności (i oczywiście jej zagrożeń) ze szczególnym podkreśleniem konieczności jej upowszechniania jako lekarstwa na całe zło.

W poczuciu zagrożenia dla powszechności tego, co chrześcijańsko-moralne postanowiono zaapelować więc o jedność.

Tymczasem chciałoby się, aby w dokumencie o tak ważnej randze i historycznym znaczeniu wizja pojednania oraz kreowanie autentycznie przyjacielskich stosunków między narodami i Kościołami były osadzone raczej na fundamencie biblijno-teologicznym, a nie tylko teologiczno-moralnym. Skodyfikowana moralność jest zawsze wtórna w stosunku do Bożego objawienia się, ludzkiego doświadczania go i ujawniającego się w nim zmysłu moralnego. I w tym sensie jest ona pochodną, a nie podstawą dla jedności między człowiekiem i Bogiem oraz między ludźmi.

A że łatwiej jest mówić o moralności niż o samym Bogu, no cóż…, drogi wytyczane „na skróty” przestrzennie faktycznie są krótsze, choć bardzo często okazują się w praktyce niemożliwe do przejścia i ostatecznie zmuszają do nadłożenia drogi.

Przywołane Przesłanie, skądinąd może nawet potrzebne, ale w tym przypadku pozbawione rdzenia głęboko chrześcijańskiej wizji Boga, człowieka i świata oraz świadomości złożonych relacji istniejących między nimi, wydaje mi się więc jednym z przykładów zalęknionego wołania o ład i porządek w epoce przenikania się światów: chrześcijańskiego i nie-chrześcijańskiego.

Zdaje się ono zawierać ukryte, choć stosunkowo łatwe do ujawnienia przekonanie, że świat zmierza ku chaosowi i zagładzie, dlatego należy go ratować przywracając ten porządek, który utożsamiony jest jedynie z określoną wizją moralnego aspektu ludzkiego życia. I tu dostrzegam podstawą różnicę między tego rodzaju kościelnymi deklaracjami i dokumentami a synodem dla Amazonii.

W jego przypadku nie zaobserwowałem wspomnianego lęku przed nie-porządkiem. Natomiast usłyszałem zaproszenie do nawrócenia, do ufnego wejścia w to, co być może jawi się jako nie-porządek, a faktycznie jest ładem, tyle że wyższego rzędu, na razie trudnym do uchwycenia, ale dostępnym w perspektywie wiary religijnej, ładem, który kreuje Bóg, a nie tylko sam człowiek.

Zakończę jeszcze jednym odwołaniem z literatury, zaczerpniętym ze sztuki Karela Čapka „Matka”. Na pytanie, co to znaczy zrobić porządek, faszyzujący konserwatysta Kornel odpowiada: „Ustawić rzeczy tam, gdzie były”, podczas gdy jego brat Piotr, socjalistyczny radykał, twierdzi: „Ustawić rzeczy tam, gdzie powinny być”.

Matka ma jednak inne pojęcie porządku – porządek znaczy: „Ustawić rzeczy tam, gdzie jest im dobrze”.

Nawiązując do przywołanych rozumień porządku, odnoszę wrażenie, że przesłanie synodu dla Amazonii uświadamia nam, abyśmy nie łudzili się zarozumiale, że doskonale wiemy, gdzie rzeczy powinny być, ani nie tracili czasu na daremne próby stawiania ich tam, gdzie były dawniej. Moim zdaniem, jest to już niemożliwe, a także niepotrzebne. Rzeczom i ludziom należy pokornie i wytrwale znajdować miejsce tam, gdzie jest im naprawdę dobrze. A uprzedzając ewentualne posądzenie o relatywizm, chcę podkreślić, że słowo „naprawdę” jest tu ważniejsze od słowa „dobrze”.

Stanisław Obirek: Pewnie nie zabraknie takich Czytelników, którzy powiedzą, że odpowiedź jest za długa. Dla mnie taka nie jest. Wręcz przeciwnie. Uważam, że dotknąłeś ważnej, a może fundamentalnej rzeczy. Z jednej strony wskazałeś na lęki ludzi słabo obeznanych z teologią katolicką (to większość polskich publicystów uważających się za reprezentantów zdrowej teologii katolickiej), a z drugiej przywołałeś ogólnikowość deklaracji przedstawicieli instytucjonalnych kościołów (prawosławnego i katolickiego), którzy niby troszczą się o religię, ale tak naprawdę bronią zideologizowanych form religijności.

Mnie akurat to przekonuje i jestem Ci za to szczerze wdzięczny, bo dla większości obserwatorów katolicyzmu polskiego księża (nie wspominając biskupów) są z założenia obrońcami jedynej słusznej ideologii. Ty tej tezie zadajesz kłam pisząc, że jesteś otwarty na dalszą debatę. Taka w istocie nastąpi. Bo zamierzam Cię zapytać o cuda, bo wiem, że jesteś specjalistą właśnie na temat cudów. Nie chcę jednak za dużo na ten temat pisać teraz, tylko sygnalizuję temat naszej następnej rozmowy.

avatar

Stanisław Obirek

Profesor

Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita. Ur. 1956
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com